Wiem, że minęło już trochę czasu ale warto by coś napisać o kolejnym, jak by nie patrzeć udanym starcie we Włoszech. Z założenia wyścig miał być startem treningowym, nikt z nas nie musiał nic udowadniać, bo już wszyscy byliśmy pewni startu w Giro. Ja potrzebowałem wyścigu po górach. Ostatnie dni a nawet tygodnie, w sumie od Coppi e Bartali, spędziłem na płaskim. Nie myślę nawet o jakimś wysokogórskim zgrupowaniu i tysiącach metrów przewyższeń dziennie, wręcz przeciwnie, Pino Cerami, Koln, Brabantse Pijl to wszystko w sumie płaskie, może nie jak stół ale podjazdy nie dłuższe jak 2 km.

Przed startem rozmawiałem z dyrektorem i powiedziałem, że każdy etap chcę pojechać mocno, że muszę potrenować bo w domu za żadne skarby świata nie poćwiczę tak jak na wyścigu. Efektem tego na cztery etapy trzy miejsca w pierwszej dziesiątce. Gdyby nie kraksa przed finałowym podjazdem ostatniego dnia może i udało by się wyścig skończyć w pierwszej 10. Nic to … innym razem.

Teraz już ostatnie przygotowania do Giro, raczej takie mentalne niż fizyczne, aczkolwiek dzisiaj sześć godzin w siodle a kolejne dni krócej lecz bardziej intensywniej ale jednak to nastawienie psychiczne jest najważniejsze. Walizki jeszcze nie zacząłem pakować, choć lecę już w poniedziałek rano bo po drodze jadę jeszcze klasyk we Frankfurcie, ale po tylu latach życia na walizkach załatwiam to w góra 10 min.

Źródło: www.huzarski.pl

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments