Fot. Bahrain-Merida / Luca Bettini/BettiniPhoto©2017

Rekin z Mesyny w 2016 roku znajdował się w podobnej sytuacji co Christopher Froome i Fabio Aru, a ostatecznie zdołał wyjść z rywalizacji zwycięsko.

Po dwóch tygodniach ścigania w Giro d’Italia 2016 wydawało się, że Vincenzo Nibali (wtedy Astana, aktualnie Bahrain-Merida) nie zdoła zdobyć swojego drugiego tytułu w La Corsa Rosa – strata do Stevena Kruiswijka (LottoNL-Jumbo) osiągnęła niemal trzy minuty. Ostatecznie jednak, m.in. po kraksie Holendra i znakomitych atakach Włocha, to Rekin z Mesyny triumfował w 99. Giro d’Italia. Pomny swoich doświadczeń zwycięzca tegorocznego Milano-Sanremo przestrzega, że jest zbyt wcześnie, by skreślić Christophera Froome’a (Team Sky) i Fabio Aru (UAE Team Emirates).

Simon Yates pokazuje świetną formę, ale rozliczenie przyjdzie dopiero na mecie w Rzymie. Fabio Aru? Na razie poniósł niewielkie straty, ale niedługo wjedziemy na jego teren i wtedy zobaczymy. To samo tyczy się Froome’a. Brytyjczyk ma za sobą dwie kraksy, co też ma wpływ na jego morale. Musi się odrodzić, po to ma tak znakomity zespół jak Team Sky

– mówił Nibali w rozmowie z ANSA.

Liderowi Bahrain-Merida, który przygotowuje się do ataku na drugie zwycięstwo w Tour de France, podoba się za to jazda Toma Dumoulina (Team Sunweb). Broniący tytułu Holender jest w podobnej sytuacji jak przed rokiem – wtedy tracił 30 sekund do Nairo Quintany (Movistar), a teraz 38 do Simona Yatesa (Mitchelton-Scott).

Jest cwany, bo prawie w ogóle się nie wyróżnia, ale zawsze jest w odpowiednim miejscu. Może sobie pozwolić na trochę strat, bo z łatwością nadrobi to z nawiązką na czasówce.