Tour de France 2017 / ASO

Gdyby dane mi było opowiedzieć wyłącznie jedną historię, to byłaby ta historia. Historia, która od pierwszej chwili chwyta za serce i sprawia, że na wszystko patrzy się z innej perspektywy. Historia o jasnym uśmiechu, który promienieje bez względu na niezawinione cierpienie i łzy. O dobru, które triumfuje nad złem. Ale też historia o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno przedwcześnie skreślać osoby, której nie zdołały złamać największe z możliwych do wyobrażenia krzywd. Historia kolarza, który nie zapisze się na kartach dyscypliny jako najwybitniejszy zawodnik swojej generacji, ale jest najbardziej inspirującą z jej postaci. Kolarza, którego porażki nie bolą przez wzgląd na świadomość, że on już wygrał życie, które nigdy nie było mu dane. Historia Rigoberto Urana, najszczęśliwszego z przegranych… 

Jest rok 2001. Tego dnia w położonym na zachód od Medellin Urrao, rodzinnym mieście Rigoberto, rozgrywana jest jazda indywidualna na czas. 14-latek pojawia się w okolicy linii startu na za dużym składaku, w znoszonych ubraniach codziennego użytku – nawet najniższej klasy sportowy ekwipunek znajduje się poza zasięgiem jego rodziny. To jego pierwszy wyścig i nie ma pojęcia, na czym na polegać rywalizacja, dlatego trener w możliwie najprostszych słowach wyjaśnia mu, że ma jak najszybciej dotrzeć na metę. Rigoberto wsiada więc na swój odrapany rower i pedałuje z całych sił. Wygrywa.

Do lokalnego klubu zapisał się zaledwie kilka dni wcześniej, za namową ojca. Jako chłopiec wiódł najzwyczajniejsze życie i interesował się wieloma dyscyplinami sportu, jednak długie rowerowe przejażdżki po otaczających Urrao górach sprawiały mu wyjątkową przyjemność.

W sierpniu tego samego roku jego ojciec wychodzi z domu, by już nigdy nie wrócić, pojmany i zamordowany przez oddział stacjonujących w górach partyzantów. W statystykach był tylko jedną z setek przypadkowych ofiar walk pustoszących Kolumbię w owym czasie, jednak zanim zginął, zdołał nadać życiu swojego syna kierunek i cel, który odciśnie piętno na całym jego życiu.

Urrao było miastem, które bardzo ucierpiało podczas krwawych starć różnych formacji. Oddziałów paramilitarnych, partyzantów… Było pogrążone w wojnie, podczas której zginęło wielu niewinnych, ciężko pracujących ludzi. Jednym z nich był mój ojciec, który został zamordowany w sierpniu 2001 roku. Jednego ranka wyszedł potrenować na rowerze i zostały zatrzymany na zorganizowanej przez partyzantów nielegalnej blokadzie drogi. Tam został pojmany, a później zabity.

Powiedziano nam, że był jedną z trzech osób, które wówczas zginęły. Oddział paramilitarny porwał je z blokady na drodze, wykorzystał do kradzieży bydła z dużej farmy, a następnie zamordował. To wszystkie informacje, jakie udało nam się uzyskać,

Treck

– Uran opowiedział w wywiadzie udzielonym hiszpańskiemu dziennikowi El Tiempo.

Straciwszy mentora i jednocześnie osobę, która była mu na tym etapie życia zdecydowanie najbliższa, 14-latek nie ugiął się pod ciężarem obowiązków, które niespodziewanie na niego spłynęły. Nie pozwolił też, by pochłonęła go zdająca się nie mieć końca spirala zła, gniewu i zemsty, która pustoszyła w owym czasie jego rodzinny kraj. Kolumbia miała już dość przemocy, a on stał się symbolem tej przemiany. Już wówczas miał w sobie to światło i optymizm, które dziś zarażają i jednocześnie nie pozwalają uwierzyć, jak długą i wyboistą przeszedł drogę. Wiedział, że należy patrzeć w przyszłość, nawet jeśli z jego własnej perspektywy nie malowała się ona w jasnych barwach. Jeszcze nie wtedy.

Opuszczał dom, w którym mieszkał z matką i młodszą siostrą o siódmej rano, by wrócić po północy. Dzień rozpoczynał zajęciami w szkole, następnie trenował, a długie wieczory spędzał pracując na utrzymanie rodziny – tak jak wcześniej jego ojciec, sprzedawał na ulicy bilety na loterię. Dla nastoletniego chłopaka było to olbrzymie obciążenie, jednak nie poddał się pokusie pójścia na łatwy kompromis i przyzwyczaił się do narzuconego sobie rygoru. Nie tylko podołał roli głowy rodziny, ale z czasem zaczęły przychodzić wyniki na arenie sportowej.

Kontynuowałem pracę, którą przed śmiercią wykonywał mój ojciec. Dalej chodziłem też do szkoły, co z początku było bardzo trudne. Jednak przyzwyczaiłem się do tego, a czas mijał. Miałem wiele szczęścia i wydaje mi się, że właśnie moja mozolna praca i oddanie kolarstwu zawiodło mnie do Europy szybciej, niż kiedykolwiek mógłbym tego oczekiwać.

Po upływie dwóch lat, głównie z uwagi na rosnące koszty utrzymania rodziny, łączenie tak wielu obowiązków stało się dla 16-letniego wówczas Urana zbyt trudne. To wtedy po raz pierwszy nie tylko czynami, ale również w warstwie werbalnej udowodnił, że za zdającym się nie mieć granic optymizmem kryje się zdeterminowany młody mężczyzna, nieskłonny do kompromisów. Miał postawić dyrektorowi swojej drużyny – Orgullo Paisa – ultimatum, że albo dostanie profesjonalny kontrakt już teraz, albo na zawsze porzuci kolarstwo, podejmując się sprzedawania loteryjnych biletów na pełen etat. Talent Kolumbijczyka nie wzbudzał wątpliwości, jednak nie spełniał warunku ukończenia przepisowych 18 lat, koniecznych do zawarcia tego typu umowy. Przy odrobinie dobrej woli z obu stron i niewielkiej gimnastyki przepisy udało się jednak obejść, kontrakt oficjalnie podpisała mama Rigoberto (choć zawodowym kolarzem zostać nigdy nie planowała), a on zaczął zwyciężać nie tylko w jeździe indywidualnej na czas, ale również wyścigach etapowych i na torze. Tak zwrócił na siebie oczy Europy, a do kolebki dyscypliny trafił zaledwie trzy lata później.

Jeszcze w Kolumbii, ścigałem się w drużynie Orgullo Paisa. Wygrałem dla nich wiele wyścigów, podobnie jak w barwach reprezentacji, zarówno na szosie jak i na torze. Dzięki tym rezultatom otrzymałem propozycję podpisania kontraktu z europejską ekipą Tenax. Nie zastanawiałem się nad tym dwa razy i po prostu pojechałem. To zapoczątkowało ścieżkę, na której cały czas się znajduję.

W przypadku Rigoberto nie była to jednak ucieczka, a Europa nie była celem samym w sobie. Konsekwentnie realizował założony przez siebie plan, i choć podobnie jak wielu jego rodaków przeżył szok kulturowy i zmagał się z wszechogarniającym poczuciem izolacji, również to nie mogło go złamać. Z perspektywy czasu wydaje się, że to właśnie zdolność przetrwania against all odds doprowadziła go tak daleko. To, i równie przekorna miłość do ludzi.

Rigoberto całował podium girls, kiedy jeszcze Sagan bawił się w piaskownicy (Rigoberto Uran / Instagram)

Był przedstawicielem nowej fali w kolumbijskim kolarstwie i zapoczątkował napływ zawodników z Ameryki Południowej do Europy, dlatego brakowało mu przewodnika, który wskazałby mu drogę – wszystkiego musiał nauczyć się sam. Albo prawie sam. Jego otwartość i wewnętrzne ciepło sprawiły, że przypadkowo poznane na lotnisku włoskie małżeństwo wzięło go pod swoje skrzydła, udzieliło schronienia i nauczyło języka, stając się jego drugą rodziną.

Już jako 20-latek odniósł swoje pierwsze etapowe zwycięstwa w Euskal Bizikleta i Tour de Suisse, co otworzyło mu drzwi największych ekip zawodowego peletonu. A ponieważ nieustannie wierzył, że za dobro należy odpłacać dobrem, on otwierał drzwi swojego domu w hiszpańskiej Pampelunie kolejnym napływającym do Europy Kolumbijczykom, stając się ich mentorem i łagodząc szok związany z adaptacją do życia w zupełnie innym środowisku. Jednym z nich był młody Nairo Quintana.

Jest rok 2014. Uran powraca na trasy Giro d’Italia po tym, jak rok wcześniej stanął na drugim stopniu podium klasyfikacji generalnej imprezy i uratował wyścig dla Team Sky po wycofaniu się Bradleya Wigginsa. Choć do dziś jest to najlepszy rezultat brytyjskiej ekipy wywalczony we włoskim wielkim tourze, wówczas był nieco bagatelizowany – Kolumbijczyk w dużej mierze uzyskał go prześlizgując się poza zasięgiem radaru i zyskując czas nad rywalami po zbagatelizowanym przez nich skutecznym ataku na Altopiano del Montasio. Teraz, już w barwach Quick-Stepu ma udowodnić, że zasługuje na rolę lidera na największe wyścigi etapowe.

Uran miażdży rywali w rozgrywanej wśród zachwycających winnic Barbaresco i Barolo jeździe indywidualnej na czas, prezentując moc i technikę, o które nigdy wcześniej nie był podejrzewany – przylgnęła do niego łatka znakomitego górala. Promieniejąc na podium, zakłada różową koszulkę lidera Giro d’Italia i wydaje się gotowy na decydujący, trzeci tydzień rywalizacji w górach. Za jego plecami znajdują się Cadel Evans i Rafał Majka. Nairo Quintana, dopiero piąty, traci do swojego rodaka ponad dwie i pół minuty.

Quick-Step Floors / Tim De Waele

Pięć dni później rozgrywany jest jeden z najbardziej klasycznych etapów Giro, z podjazdami pod Gavię i Stelvio. Na przełęczach zalega śnieg, jest zimno, a mgła ogranicza widoczność. Organizatorzy Giro podejmują decyzję o zneutralizowaniu zjazdu z drugiego z pokonywanych wzniesień, a kolarze zatrzymują się na jego szczycie, by cieplej się ubrać. Wśród nich jest lider wyścigu. W takich okolicznościach atakuje Quintana, dosłownie i w przenośni znikając z pola widzenia. Panuje zamieszanie, a pościg zostaje zorganizowany zbyt późno. To młodszy z Kolumbijczyków zakłada w Val Martello maglia rosa i już jej nie odda, choć Uran pozostanie przyklejony do jego koła na Rifugio Panarotta i dotrzyma mu kroku w szalonym sprincie pod piekielnie stromy Monte Zoncolan.

Nigdy otwarcie nie skrytykuje swojego rodaka ani nie dokona krytycznej oceny przeprowadzonej przez niego akcji. Powie, że przez własną nieuwagę przegrał wyścig. Z typowym dla siebie uśmiechem stanie na podium w Trieście i z optymizmem będzie patrzył w przyszłość.

A później na długie miesiące zniknie nam z oczu, ginąc w anonimowości wyników w znacznie częściej drugich niż pierwszych dziesiątkach wyścigów.

Quick-Step Floors / Tim De Waele

Jest 9 lipca 2017 roku. Jeszcze przed rozpoczęciem Wielkiej Pętli Uran nie był wymieniany nawet w szerokim gronie pretendentów do zajęcia wysokich miejsc w klasyfikacji generalnej wyścigu, a bukmacherzy jego szanse na odniesienie zwycięstwa wycenili na 400/1.

Nic nie zmienił w tej kwestii anonimowy występ w jeździe indywidualnej na czas na mokrych ulicach Dusseldorfu, jednak od momentu opuszczenia Niemiec 30-letni Kolumbijczyk jest bezbłędny. Do tej chwili, podczas swojego najsłabszego dnia w górach, stracił do Chrisa Froome’a 6 sekund na La Planche des Belles Filles.

Ten dzień zapowiada się na jeden z decydujących, a wąskie i kręte szosy Jury już zbierają swoje żniwo. Rigoberto wspina się jednak z najlepszymi, z niespotykaną u niego nigdy wcześniej lekkością, a po licznych atakach na szczyt piekielnie stromego Mont du Chat wjeżdża w bardzo wyselekcjonowanej grupie z Froomem, Romainem Bardet, Richiem Porte, Fabio Aru, Danielem Martinem i Jakobem Fuglsangiem. Jak się później okaże, już w owym momencie wykrystalizowała się hierarchia najlepszych wspinaczy Wielkiej Pętli.

Nie był to jednak koniec dramatów. Na technicznie trudnym zjeździe nikt nie wykazuje dość rozsądku, by przestać kręcić – przeciwnie, pretendenci do tytułu próbują go wykorzystać celem zyskania przewagi nad rywalami. Presja rośnie, a Australijczyk przestrzeliwuje zakręt, uderzenie tłumiąc ciałem znajdującego się w złym miejscu o złej porze Irlandczyka. Dla tego pierwszego to już koniec wyścigu, dla drugiego koniec marzeń o wysokim miejscu w klasyfikacji generalnej Tour de France. Do Kolumbijczyka tym razem uśmiecha się natomiast szczęście. Choć obrywa rykoszetem, kończy się na uszkodzonej przerzutce, a on kontynuuje jazdę w grupie liderów.

Kolejnych kilkanaście kilometrów będzie najlepszym świadectwem sprytu i doświadczenia, jakie Rigoberto zyskał w ciągu jedenastu lat w zawodowym peletonie. Nie tylko prośbą i groźbą nakłoni mechanika z wozu neutralnego do wychylenia się na pełnej prędkości z samochodu i wrzucenia najcięższego przełożenia, ale chwytając się go sam odpoczywa, podczas gdy rywale bez wytchnienia jadą po zmianach. I wygra, co z perspektywy czasu wydaje się jedynym słusznym zakończeniem tego szalonego etapu.

Niezależnie od tego, jak dalej potoczyłaby się dla nich rywalizacja w Tour de France, dla ekipy Jonathana Vaughtersa był to wielki dzień. W końcu uzyskali oni potwierdzenie, że wiara i cierpliwość okazane najbardziej utytułowanemu z ich zawodników miały sens. Niektórzy jej członkowie wiedzieli to natomiast jeszcze zanim 30-latek okazał się zwycięski w chaotycznym sprincie w Chambery.

Większość zawodników jadących na czele, kiedy pobierają na szczycie wzniesienia bidony, ma rozbiegane spojrzenia, za nadrzędny cel obierając sobie przetrwanie. Mają rozpięte koszulki, błyszczą od potu, a twarze oblewają rumieńce.

Na Grand Colombier Rigoberto Uran spojrzał na mnie 30 metrów od szczytu, kiwnął głową i podjeżdżając do mnie, delikatnie zabrał bidon. Nietypowa lekkość zważywszy na ogrom wysiłku.

Kilka godzin, jedno przełożenie i jedno zdjęcie później, wygrał etap. Wówczas pomyślałem, ‚okay, to się dzieje naprawdę…’

– wspominał rzecznik prasowy ekipy Cannondale-Drapac, Matthew Beaudin.

Wrażenie to nie znikło aż do końca rywalizacji w Wielkiej Pętli, a Kolumbijczyk wywalczył najlepszy rezultat z tych, które obiektywnie były w jego zasięgu. Powiedzieć, że wrócił, to jak nie powiedzieć nic. Tego lata, po raz pierwszy w całej karierze, wszystkie elementy kolarskiego kunsztu złożył w idealną całość, by stać się zdecydowanie najlepszą wersją samego siebie. Stojąc na podium, ponownie drugi, uśmiechał się promiennie.

Jest wrzesień 2013 roku, wyścig ze startu wspólnego mistrzostw świata we Florencji. Jeszcze kilka minut temu jechał w wyselekcjonowanej grupie pięciu najlepszych zawodników imprezy z realną szansą na medal, a teraz, po kraksie na ostatnim ze zjazdów, pokonuje linię mety na 41. miejscu.

Wygląda na zmęczonego, zaciska usta w nietypowym grymasie. Jego biały strój reprezentacji Kolumbii pokrywa błoto, podobnie jak jego twarz. A jednak kiedy mnie widzi, momentalnie szczerzy białe zęby. Widząc moje zdziwienie natomiast mówi, że wygrał w życiu już tyle, że nie jest w stanie załamać go jedna czy druga porażka. Są rzeczy większe i ważniejsze.

Ja natomiast w mig pojmuję, co ma na myśli.