fot. Dariusz Krzywański | DkpSport&Life

Przyjechała, wystartowała, zaatakowała i odjechała rywalkom, by zdobyć swój kolejny złoty medal Mistrzostw Polski w kolarstwie szosowym. Dominika Włodarczyk po rocznej przerwie powraca do posiadania biało-czerwonej koszulki mistrzyni naszego kraju, a styl, w jakim to zrobiła, był wyjątkowo efektowny. Kolarka UAE Team ADQ wraca z czempionatu w sumie z dwoma tytułami, albowiem była najlepsza nie tylko ze startu wspólnego, ale i 2 dni wcześniej w jeździe indywidualnej na czas.

Wiele ciepłych słów można napisać o Dominice Włodarczyk, a zapewne nadal nie uda się nawet w połowie oddać tego, jak świetną kolarką przez ostatnie lata stała się dziś 25-letnia zawodniczka UAE Team ADQ. Wychowanka MLKS Wieluń, następnie przez lata reprezentantka MAT Atom Deweloper Wrocław przez kolejne sezony ewoluowała sportowo, ale przy tym zachowała swój przesympatyczny charakter oraz niewątpliwą inteligencję – tak kolarską, jak i życiową. Wszystko to zaprowadziło skromną dziewczynę z Okalewa do podwójnego mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym. Co po przecięciu linii mety w Lubawie czuła powracająca na polski tron, posiadająca obecnie podwójną koronę Dominika Włodarczyk?

To jest niesamowite. Tak naprawdę w głowie mi się to nie mieści. Generalnie zazwyczaj dużo mówię, ale teraz nie mam słów. Nie dość, że była bardzo wymagająca pogoda, to ja też narzuciłam sobie bardzo dużo wewnętrznej presji narzuciłam, bo chciałam po prostu pojechać dobry wyścig, niczego nie żałować. Mistrzostwa Polski to są takie zawody, na których najczęściej nie wygrywa najsilniejszy, a ja po prostu nie chciałam sobie pluć w brodę po wyścigu i faktycznie sobie nie pluję

— zaczęła mistrzyni Polski elity kobiet Anno Domini 2026.

Tematem, o który pytały chyba wszystkie media, była aura towarzysząca rywalizacji. Nim zatem udało mi się złapać Dominikę Włodarczyk na dłużej i wypytać ją nieco dokładniej o wyścig, a także wiele innych rzeczy, poznaliśmy dość ciekawą opinię nie tylko na temat aury, ale i bardzo specyficznego ulokowania zmagań elity kobiet w programie tegorocznych Mistrzostw Polski.

Generalnie można się domyślić, że 33 stopnie Celsjusza w cieniu to nie jest temperatura do uprawiania jakiegokolwiek sportu. Naprawdę biję się, bo od jakichś 3-4 tygodni, od kiedy zobaczyłam regulamin i fakt, że startujemy w sobotę o 9:00, to po prostu, że tak delikatnie powiem, prosiłam organizatorów, żeby może start elity kobiet przesunąć na południe, jako taką wisienkę na torcie mistrzostw, tak jak jutro elita mężczyzn startuje jako ta wisienka na torcie w niedzielę. Uważam, że my tak samo powinniśmy być tym głównym wyścigiem dnia, ale wczoraj widząc prognozy stwierdziłam jednak, że to bardzo dobrze, że startujemy o 9 [śmiech]

— odpowiadała Dominika Włodarczyk.

Powracając zatem do tematu przebiegu wyścigu – 25-latka całkowicie zdominowała rywalizację odjeżdżając rywalkom na niemal 3 minuty, ale długo nie zanosiło się na to, że możemy być świadkami takiego scenariusza. Pierwsza runda została przejechana dość spacerowym tempem, później zaś rywalki długo dawały radę odpowiadać na kolejne ataki przypuszczane przez zawodniczkę UAE Team ADQ. Czy istniał zatem jakiś moment zwątpienia w głowie Dominiki Włodarczyk?

Na 1. rundzie byłam spokojna, wróć, generalnie byłam spokojna i to był bardzo dobry znak. Bardzo lubię ten stan u siebie i gdzieś tam fakt, że uciekają tylko 2 dziewczyny sprawiał, że czułam się raczej bezpiecznie. Nie powiem niczego odkrywczego jeśli stwierdzę, że analizując wyścig przed startem zakładałam, że gdzieś będzie ucieczka, że pewnie zobaczymy na początku skoki, ale wiedziałam, że nie chcę puścić większej grupy. Na początku trochę mi się zapaliła lampka w głowie, gdy zobaczyłam 3 zawodniczki – 2 z Atomu i 1 z Fitnessu, ale zobaczyłam, że jedna z Atomu wraca i już wiedziałam, że „jesteśmy w domu”. Generalnie na początku nie było żadnych problemów, może troszkę bałam się jedynie, że w moim aucie będą panikować, dlatego zjechałam ich uspokoić, powiedziałam, że nie ma tragedii

— mówiła o początku wyścigu Dominika Włodarczyk, która następnie opowiadała o tym jak zawiązała się pogoń oraz jak wyglądała dalsza współpraca.

Muszę powiedzieć, że prawie wszystkie dziewczyny z zagranicy, bo porozmawiałam z Martą Jaskulską, Agą Skalniak-Sójką, Martą Lach i innymi, chciały współpracować. Stwierdziłyśmy wtedy, że jest spokojnie, mamy czas by podgonić, a jednocześnie umówiłyśmy się, że jak wychodzimy, to wszystkie razem, zgodnie pracujemy, a czas na czarowanie się przyjdzie później i faktycznie tak zrobiłyśmy na 2. rundzie. Wtedy przyspieszyłyśmy, ja poczułam moment i powiedziałam dziewczynom „teraz jedziemy”, a od tamtego czasu byłam już tylko coraz bardziej zestresowana, całkowicie nie wiem dlaczego [śmiech]

— kontynuowała mistrzyni Polski.

fot. Dariusz Krzywański | DkpSport&Life

Już na początku tekstu napisałem co nieco o ewolucji Dominiki Włodarczyk, ale były to wówczas jedynie moje przemyślenia autora i rozmówcy naszej tegorocznej królowej Mistrzostw Polski. Warto jednak było zapytać u źródła jak sama zawodniczka ocenia swoją sportową drogę i czy ta czuje, jak bardzo się zmieniła na przestrzeni ostatnich lat w takich obszarach jak np. pewność siebie.

Oczywiście, że kolarsko się zmieniłam, dojrzałam, o wiele bardziej lubię siebie jako kolarza, o wiele bardziej lubię też to, jak zachowuję się na rowerze, ale to jest proces i ja gdzieś w środku, tak poza kolarstwem, uważam, że się nie zmieniłam. Wiadomo, to nie pytanie do mnie, a bardziej mojego otoczenia, a tu całe szczęście, że mam rodziców, którzy mnie skutecznie sprowadzają na ziemię i czuwają nad tą kwestią. Co do kolarskiego punktu widzenia – ja chcę być pewną siebie zawodniczką, ja chcę być pewna siebie, wykorzystywać swoje atuty, ścigać się na swoich warunkach i właśnie to dziś pokazałam. Spora w tym zasługa Sylwka Szmyda, z którym obecnie pracuję

— odpowiedziała Dominika Włodarczyk.

Swoje atuty” to słowa, których warto było się nieco bardziej złapać. Co właściwie charakteryzuje bowiem 25-latkę z Okalewa? Ta na przestrzeni lat potrafiła walczyć w kolarstwie przełajowym, próbować swoich sił w finiszach, szczególnie z mniejszych grup, ścigać się z powodzeniem na mniejszych i większych podjazdach, czego pokłosiem było rok temu 4. miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de France Femmes, a teraz jeszcze udało jej się zdobyć tytuł w jeździe indywidualnej na czas. Pamiętam, że kiedyś Dominika Włodarczyk mówiła, że się nie nadaje w wysokie góry, że nie lubi roweru czasowego, a jednak wyniki pokazują obecnie co innego. Czy jest zatem coś, czego 25-latka nie lubi, co sprawia jej najmniejszą radość?

Generalnie to nie powiedziałam, że nagle zaczęłam lubić jeździć na czas. Po prostu okazało się, że jak się jeździ na nim częściej niż 2 razy przed Mistrzostwami Polski, to daje to jakieś efekty – fajnie, nie powiem, że nie. Nie zmienia to jednak faktu, że zasadniczo to wolę trasy nawet cięższe niż ta tutaj, pasowałoby mi by były stromsze ścianki, może trochę częściej, bo taki styl ścigania pasuje mojej głowie najbardziej. Na takich trasach bawię się najlepiej, a duże góry są po to, żeby cierpieć, a przecież nikt nie lubi cierpieć. Fajnie jest w wysokich górach jak „cierpisz innych” [śmiech]

— kontynuowała kolarka UAE Team ADQ, którą zatem zapytałem, czy to znaczy, że nadal najbardziej kocha ardeńskie klasyki, a wysokie góry to po prostu teren do walki z samą sobą.

Powiem tak – ciężko mi się jakoś klasyfikować, wpisywać w jakieś ramy. Moje ciało cały czas się zmienia, cały czas ewoluuje. Przede wszystkim chcę być zdrowym człowiekiem, a jeśli to się uda i fizycznie, i psychicznie, to myślę, że naprawdę mogę wielu rzeczy próbować i cały czas bawić się tym kolarstwem

— mówiła Dominika Włodarczyk.

Podczas wywiadu w pewnym momencie w mojej głowie pojawiła się myśl, że strasznie ciężko zapytać o coś mistrzynię Polski, bowiem ta prowadzi niezwykle ciekawe media społecznościowe, w których dzieli się nieraz niezwykle celnymi, a przy tym niekoniecznie popularnymi przemyśleniami, dodatkowo w ostatnim czasie 25-latka była bohaterką naprawdę wielu dłuższych rozmów. Czymś, co jednak nie wybrzmiało chyba podczas żadnej z nich jest fakt, jak Dominika Włodarczyk radzi sobie z popularnością – swoistym hype’m wokół własnej osoby, setkami komentarzy, próśb o zdjęcia czy autografy.

Komentarzy raczej staram się obecnie nie czytać pomiędzy etapami, ale nie ukrywam i pewnie będzie to pewnie niemałe zaskoczenie, bo jednak wszyscy mówią, że hype mnie nie rusza, to powiem krótko – rusza mnie. Jak ktoś mi pisze, że coś jest nie tak z moim zdrowiem, jak byłam chora w ardeńskich klasykach, to rusza mnie coś takiego. Uważam, że moje sociale powinny być strefą wolną od hate’u i oczywiście, jeśli ktoś chce wyrazić swoje zdanie to śmiało, ale jeśli wchodzisz tam by wyrazić swoją niepochlebną opinię nie wiedząc co robię na co dzień, jak wygląda moje życie, to… Ja robię swoje social media dla aktywnych ludzi, dla ludzi, którzy kochają kolarstwo. Chcę im je pokazywać, a ktoś, kto jest niezadowolonym z siebie bucem nie ma tam wstępu. Generalnie nie zależy mi na like’ach, rozpoznawalności – taka jest prawda. Będzie mniej komentarzy i takiego syfu? Super, spoko

— mówiła autorka jednych z najlepszych polskich profili kolarskich w internecie, która następnie kontynuowała temat sportowego życia w świetle medialnych fleszy i obecności fanów.

Ja zawsze staram się być uśmiechnięta, choć nie jest to proste, bo czasami po wyścigu wszyscy chcą mnie klepać, robić zdjęcia, a ja po prostu jestem zmęczona… Nie jest to łatwe, uczę się tego. Ostatnio wspomniałam nawet w wywiadzie, że bardzo podziwiam Justynę Kowalczyk, że ona się nigdy nie zmieniła, choć media cisnęły ją z różnymi tematami, jak wymuszały na niej inną opinię, a ona i tak była taka sama, zawsze miała cięty język. Teraz gdy sama mam częstszy kontakt z mediami, tym bardziej widzę, jakie to jest trudne. Wszyscy chcą usłyszeć miłe rzeczy, a prawda czasem jest ciężka, ale uważam, że prawda zawsze się obroni

— rozwinęła Dominika Włodarczyk.

Na koniec niemal każdej rozmowy z medalistkami i medalistami Mistrzostw Polski w wyścigach ze startu wspólnego daję jeszcze pole do publicznych podziękowań dla osób, bez których sportowiec nie byłby w tym miejscu, w którym jest obecnie. Komu za pomoc w drodze do tego podwójnego mistrzostwa Polski w elicie kobiet chciałaby zatem podziękować wychowanka MLKS Wieluń?

Tak naprawdę dziękuję wszystkim, których spotkałam na swojej drodze, bo KAŻDY, kogo spotkałam czegoś mnie nauczył i nie mówię tu tylko o kolarstwie, ale i ogólnie o moim normalnym, osobistym życiu. Jeśli chodzi o sport, to tak od początku był przy mnie trener Michał Kuś i cały MLKS Wieluń, ludzie którzy tam pracowali. Potem był MAT Atom Deweloper Wrocław, czyli Paula i Paweł Bentkowscy, Pan Władysław Piszczałka – to jest człowiek, który… Nie wiem czy jest to pochlebne określenie, ale jest mecenasem polskiego kolarstwa

— mówiła Dominika Włodarczyk, którą zapytałem co jest niepochlebnego w byciu mecenasem?

Bo polskie kolarstwo to ostatnio tak sam wiesz jakie są komentarze… Ale tak, Pan Władysław Piszczałka to jest po prostu człowiek, który poświęca swoje prywatne pieniądze na rozwój takich dziewczyn jak ja. Bez nich nie byłabym tu, gdzie teraz jestem. Oczywiście jest też obecna ekipa, która wspiera mnie sprzętowo i mentalnie, wszystko z ich strony jest zawsze super przygotowane. Ogólnie mam wokół siebie naprawdę niesamowitych ludzi. Przyjechało tu ze mną mnóstwo osób [w tym momencie podchodzi brat Dominiki z jednym z dziesiątek transparentów w ręce]. O! Takie „Allez Dominika”, „Dawaj Dominika” – miałam najwięcej kibiców na trasie, co było naprawdę super. Do tego Klaudia, Kama, czyli fizjoterapeutki, poświęciły swój wolny czas, przyjechały tutaj, ogarniały mnie i moich rodziców, którzy byli tu tak zestresowani… Jest też Dorian Bartkiewicz, mechanik, do tego Sylwek Szmyd – mój trener. Ci wszyscy ludzie są tu dla mnie, bo chcą tutaj być i to jest niesamowite. To, że oni chcą tutaj być jest dla mnie nagrodą samą w sobie. Dzięki temu mam w głowie tę myśl, że coś tam w życiu robię dobrze [śmiech]. Naprawdę super, że mam takich świetnych ludzi wokół siebie i jestem wdzięczna za każdego jednego człowieka, który był tu dzisiaj dla mnie

— zakończyła Dominika Włodarczyk.

fot. Dariusz Krzywański | DkpSport&Life

Teraz przed Polką krótka przerwa, powrót do treningów i 1 sierpnia rusza Tour de France Femmes, czyli wyścig, w którym kolarka UAE Team ADQ była przed rokiem 4. w klasyfikacji generalnej. Patrząc na obecną formę 25-latki można napisać tylko jedno – nie pompujmy balonika, ale po prostu mocno trzymajmy kciuki za zdrowie i szczęście, a wówczas z tak solidnymi nogami i dobrą głową wyniki same przyjdą, czy to teraz, czy w kolejnych latach. Rozwój Dominiki Włodarczyk na przestrzeni ostatnich lat był wprost niesamowity, a ta dziś z pewnością wyrasta na kolejną ambasadorkę polskiego kobiecego kolarstwa na świecie.

W Lubawie wywiad ze złotą medalistką przeprowadził Jakub Jarosz.


Wszystko o Mistrzostwach Polski w kolarstwie szosowym 2026:

Poprzedni artykułMedia: Paula Blasi przechodzi do Movistaru
Następny artykułTour de France 2026: David Gaudu nie wystartuje
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
roni
roni

Rok temu czwarta w TdF, teraz życzymy pudła 🙂