Kontuzja poniesiona w kraksie podczas Giro d’Italia miała być dla jego kolarskiej kariery gwoździem do trumny − tak myślał Eddie Dunbar w maju tego roku. Dziś sięgnął po swój największy sukces, w pięknym stylu wygrywając etap Vuelta a España po solowym ataku w końcówce.
Gdy ścigał się w Team Sky, prognozowano mu świetlaną przyszłość. Irlandzki talent – zwycięzca Ronde van Vlaanderen orlików – miał osiągać największe sukcesy, czy to w klasykach, czy w górach, w których także spisywał się znakomicie. Eddie Dunbar przez lata pozostawał jednak w cieniu coraz to nowszych gwiazd brytyjskiej ekipy i ciężko było mu zabłysnąć na ich tle.
Już nie tak młody Irlandczyk potrzebował zmiany otoczenia. Wybrał Team Jayco AlUla, gdzie mógł liczyć na szanse, których w INEOS Grenadiers najzwyczajniej w świecie by nie dostał. Ubiegłoroczny Giro d’Italia po dobrej jeździe zakończył na 7. miejscu, co było optymistycznym prognostykiem na kolejne miesiące w australijskiej ekipie.
W osiąganiu czołowych miejsc Dunbarowi przeszkadzało jednak coś więcej niż tylko bardziej wyróżniający się koledzy z drużyny – liczne kontuzje i upadki. Kilkukrotne złamania obojczyka, kości rąk czy „zwyczajne” kolarskie szlify – z tym również musiał mierzyć się w ostatnim czasie Irlandczyk.
W wielu rozmowach przyznawał, że przeciwności losu odbijały się nie tylko na jego zdrowiu fizycznym, ale i psychicznym. Podkreślił to również dzisiaj, tyle że tym razem żaden kłopot nie stanął mu na drodze. Pokonał wszystko i wszystkich, a konkurentów na 11. etapie Vuelta a España miał całkiem sporo.
Wraz z Filippo Zaną, Eddie Dunbar znalazł się w kilkudziesięcioosobowej ucieczce. „Znalazł się” w tym wypadku jest określeniem jak najbardziej adekwatnym, bowiem po długiej walce od samego startu Irlandczyk nie wierzył, że uda mu się dziś odjechać. A jednak – w pewnym momencie grupa lidera powiedziała „basta” i zablokowała resztę stawki, zostawiając dwóch kolarzy Team Jayco AlUla i innych z przodu.
− Miałem bardzo zły początek wyścigu. Straciłem sporo czasu, a przyjechałem tu po to, żeby walczyć o klasyfikację generalną. Nie miałem nóg, by to zrobić. Przygotowania do wyścigu poszły dobrze, więc pozostało mi skupienie się na etapach. Dziś nadarzyła się okazja, której się nie spodziewałem. Od początku próbowałem zabrać się w ucieczkę, traciłem siły, a ona nie odjeżdżała. Nagle urwała się grupa ze mną i Pippo
– opisywał.
Analizując skład odjazdu, mało kto mógł się pokusić o wytypowanie Eddiego Dunbara do zwycięstwa, a z każdym kilometrem jego szanse wcale nie wzrastały. Z przodu szalał Filippo Zana, podczas gdy Irlandczyk parokrotnie zostawał za jego plecami. Lata niepowodzeń sprawiły, że Irlandczyk zdążył nabrać już doświadczenie w walce z rozmaitymi trudnościami.
Tym razem również stawił im czoła, choć nie obyło się bez szczypty szczęścia, które – jak nigdy – dziś mu sprzyjało. Specyficzny układ w czołowej grupie zadecydował, że po ostatnim podjeździe z przodu znalazło się kilkunastu kolarzy.
Zwycięstwo w bezpośrednim sprincie z Quintenem Hermansem czy Jhonatanem Narvaezem wydawało się nierealne, ale Eddie Dunbar miał asa w rękawie. Wyciągnął go 600 metrów przed metą, decydując się na atak va banque.
Konsternacja pozostałych zawodników i zaoszczędzona energia Irlandczyka sprawiły, że nie dał się dogonić i z ewidentnym wzruszeniem na twarzy przeciął linię mety z rękami w górze. Za jego plecami z wygranej cieszył się Filippo Zana.
− Próbowaliśmy cały dzień, by zabrać się we właściwą ucieczkę. Razem z Eddiem byliśmy w mocnym odjeździe i w końcówce wykonaliśmy świetną pracę. Niezwykłe zwycięstwo! Dla Eddiego to ciężki rok, dlatego cieszę się, że sprawił sobie taki prezent
− mówił Włoch na antenie Eurosportu.
− Trochę minęło, odkąd ostatni raz byłem w takiej sytuacji. Starałem się wykorzystać swoje doświadczenie. Cierpiałem na stromym podjeździe i uświadomiłem sobie, że z Pippo z przodu mogłem zaryzykować i spróbować poczekać do finiszu. Wiem, że mój sprint po tak trudnym wyścigu jest dobry, ale wiedziałem, że muszę ruszyć wcześnie. 600 metrów to długo jak na sprint, ale musiałem to zrobić. Nie mogę w to uwierzyć
− dodał Eddie Dunbar, dla którego jest to największy triumf w karierze. Zwycięstwo w Padrón jest dla Irlandczyka o tyle niezwykłe, że przydarzyło się po tylu komplikacjach zdrowotnych. W powyścigowym wywiadzie przyznał, że po kolejnych kontuzjach w jego myśli wielokrotnie wkradała się wątpliwość dotycząca jego przyszłości w kolarstwie, a uszkodzenie więzadła w Giro d’Italia miało być „gwoździem do trumny”. Eddie Dunbar znalazł jednak sposób, by się z niej wydostać.
− Od ubiegłorocznej Vuelty miałem wiele kraks. Odciska to swoje piętno fizycznie, ale też psychicznie. Wielokrotnie myślałem, że przez kraksy i kontuzje nie będę miał przyszłości w kolarstwie. Po Giro, gdzie uszkodziłem więzadło, myślałem, że to gwóźdź do trumny, ale mam wokół siebie niesamowite wsparcie. Zawsze jest przy mnie moja dziewczyna, rodzina, bliscy drużyna. To, że mogłem się im odwdzięczyć, wiele dla mnie znaczy
− zakończył Irlandczyk, którego inspirująca historia doskonale wpisuje się w tegoroczną Vueltę, zachwycającą pod każdym względem.









