Za nami bardzo ciekawy, pełen nieprzewidzianych sytuacji i rozstrzygnięć, tradycyjnie nieco dłuższy niż pozostałe 1. tydzień Tour de France. Liderem 111. edycji po tym okresie jest Tadej Pogačar, acz bohaterami tych dni byli bardziej prowadzący w klasyfikacji punktowej Biniam Girmay oraz najlepszy po raz 35. w karierze na etapie Mark Cavendish.
Nie spodziewałem się, że w życiu napiszę choć fragment tytułu swojego artykułu po francusku. Nie spodziewałem się jednak wielu rzeczy i dlatego wpisałem w translator frazę „czas niespodzianek” i właśnie ona trafiła na początek tekstu. To idealnie oddaje moje codzienne zaskoczenie przebiegiem tegorocznego Tour de France – począwszy od tego, że Romain Bardet po raz pierwszy w karierze założy żółtą koszulkę, poprzez to, że i drugiego dnia dojedzie ucieczka, królem sprintu zostanie nie będący planowo nawet pierwszym sprinterem swojej ekipy Biniam Girmay, aż po to, że z taką pewnością rekord wszech czasów wygranych etapów pobije Mark Cavendish.
Za nami 9 pasjonujących, choć będąc szczerym trzeba pamiętać, że nie zawsze, dni ścigania we Włoszech oraz Francji. Poniedziałek, czyli dzień przerwy, to doskonały moment by bardziej szczegółowo przyjrzeć się temu co już za nami w ramach 111. Tour de France.
Faworyci na „remis ze wskazaniem”
Czy pierwszy tydzień przyniósł nam walkę w klasyfikacji generalnej? Zdecydowanie tak! Już drugiego dnia Tadej Pogačar, Remco Evenepoel, Jonas Vingegaard i o dziwo Richard Carapaz, a nie Primož Roglič, zyskali 21 sekund nad rywalami. 2 dni później wietrzne Col du Galibier było areną pięknej walki, po której ósemka zawodników wyraźnie oderwała się od reszty, a Tadej Pogačar na dobre umocnił się na prowadzeniu w całym wyścigu. Różnice przyniosła nam także czasówka, ale i tu „wielka czwórka” zmieściła się w ledwie 37 sekundach kolejny raz zyskując głównie nad resztą rywali. Wreszcie niedzielny, szutrowy etap przynosił nam ataki już na przeszło 100 kilometrów przed metą, ale finalnie skończył się rozczarowująco, czyli na remis.
Znany z wielu sportów zwrot „remis ze wskazaniem” oddaje zatem idealnie to, co zobaczyliśmy w 1. tygodniu 111. edycji Tour de France. Tadej Pogačar był wyraźnie najmocniejszy i zyskał nieco nad konkurentami, ale jego zaliczka wydaje się być na tyle mała, że można ją odrobić podczas jednego z górskich etapów, które nadal na nas czekają. Co rusz kłopoty przeżywał za to Primož Roglič, który finalnie traci tylko 1,5 minuty i wciąż liczy się w walce o zwycięstwo. 1. tydzień dał odpowiedzi na wiele przedwyścigowych pytań, ale mam wrażenie, że stworzył ich jeszcze więcej niż mieliśmy dotychczas.

Uciekając po marzenia
Co łączy Romaina Bardeta, Kévina Vauquelina i Anthony’ego Turgisa? To właśnie ta trójka kolarzy sięgnęła po wygrane po skutecznych ucieczkach, których byliśmy świadkami w 1. tygodniu. Nie jest to jednak jedyne, co łączy tych panów – wszyscy oni są także Francuzami, czyli przedstawicielami gospodarzy, których można było nieco lekceważyć przed startem.
Najwyżej sklasyfikowanym trójkolorowym po 1. tygodniu jest Guillaume Martin, który zajmuje 23. miejsce i traci ponad 7 minut. W sprincie swoich sił próbują nieco wiekowi Bryan Coquard i Arnaud Démare, którym daleko do ścisłej światowej czołówki. W obliczu tego wszystkiego gospodarze teoretycznie przed startem mogliby się martwić o to czy będą cokolwiek znaczyli w swoim domowym wyścigu, ale już pierwsze dni pokazały, że obawy były błędem.
Przede wszystkim trzeba tu oddać hołd dla Romaina Bardeta i Team dsm-firmenich PostNL. 33-latek po raz pierwszy w karierze założył żółtą koszulkę po fantastycznej akcji z udziałem obecnego wcześniej w ucieczce dnia Franka van den Broeka. Wiem, wielu by chciało, żeby to 10 lat młodszy Holender dostał etap i pewnie tak by się stało gdyby Romain już kiedyś dzierżył maillot jaune, ale nie ma co wracać do tych decyzji. DSMowcy dali show, które na długo zapisze mi się w pamięci – popis tak wspaniały, że brakuje mi nieco pochwalnych epitetów dla Kévina Vauquelina czy wiecznie solidnego, ale nareszcie zwycięskiego Anthony’ego Turgisa. Tak, 30-letni Francuz z TotalEnergies wygrał po raz pierwszy na poziomie World Tour, choć w karierze stawał m.in. na podium monumentalnego Mediolan-San Remo oraz północnych klasyków.
Rekordzista Mark
Mam wrażenie, że na ten dzień czekał cały peleton 111. Tour de France. Gdy Mark Cavendish po raz 35. w karierze unosił ręce w górę w geście zwycięstwa na etapie Wielkiej Pętli szczęśliwi byli chyba wszyscy – on sam, jego zespół, kibice, ale nawet i rywale, którzy masowo spieszyli z gratulacjami. 39-latek niczym filmowy Rocky Balboa przetrwał podczas swojej kariery różne ciężkie próby, ale zawsze wracał silniejszy i nie patrząc na swój wiek jeszcze raz okazał się być tym najszybszym spośród wszystkich. Co za historia napisała się na naszych oczach!

Nieczytelny jak decyzja sędziowska
Dobry sędzia to taki, który ma kontrolę nad wydarzeniami, ale pozostaje niezauważony dla widzów – mniej więcej taką definicję poznałem gdy zacząłem swoją przygodę z tym zawodem. Niestety sztuka bycia w cieniu nie udała się jury tegorocznego Tour de France, które kilkukrotnie znalazło się na ustach kibiców kolarstwa, a raz zdołało nawet wyjść daleko poza „bańkę” tego sportu.
Kara dla Juliena Bernarda, bo o niej mowa, poniosła się po sieci będąc miejscami skrajnie przeinaczaną, hiperbolizowaną i dopasowywaną do narracji czyniąc z sędziów lub nawet organizatorów głąbów, imbecyli czy wręcz wrogów tradycyjnego modelu rodziny. Oczywiście dopatrywanie się w karze dla Francuza decyzji politycznych to ogromna głupota, ale dało się jej uniknąć przymykając oko na to, że 32-latek zatrzymał się podczas etapu jazdy indywidualnej na czas łamiąc w ten sposób przepisy – bo właśnie za to naruszenie otrzymał słynne już 200 franków kary.
Przymykanie oka trwało za to w najlepsze podczas sprinterskich potyczek – do tego stopnia, że po naruszeniach przepisów na 5. etapie ktoś się ocknął i stwierdził, że tak być nie może, a sędziowie zamiast karać udali się następnego dnia rano na „rozmowy wychowawcze” do autobusów Astany oraz Alpecinu. W tym drugim przypadku pogadanka chyba jednak nie podziałała, a znany ze swojej dość nieczystej jazdy Jasper Philipsen doczekał się bardzo satysfakcjonującej większość kibiców relegacji za faul na Woucie van Aercie. Lepiej późno niż wcale.
Słabsze zespoły, wielkie zwycięstwa
Czy wiecie, że 6 spośród 9 dotychczasowych etapów wygrali kolarze 7 najsłabszych drużyn na starcie 111. Tour de France? Czysto statystycznie po triumfy sięgali przedstawiciele 1. w rankingu UAE Team Emirates (Tadej Pogačar), 5. Soudal Quick-Step (Remco Evenepoel), 12. Team Jayco AlUla (Dylan Groenewegen), 16. Arkéa – B&B Hotels (Kévin Vauquelin), 18. Team dsm-firmenich PostNL (Romain Bardet), 19. Intermarché – Wanty (dwukrotnie Biniam Girmay), 21. Astana Qazaqstan Team (Mark Cavendish) oraz ostatniego spośród wszystkich drużyn, 22. TotalEnergies (Anthony Turgis).
Można to sobie tłumaczyć tym, że największe zespoły są w pełni skupione na klasyfikacji generalnej i przez to nie sięgają po etapowe triumfy. Wiadomo też, że doszło do kilku niespodzianek – mało kto spodziewał się zapewne, że ani razu po wygraną w sprincie nie sięgnie dominujący przed rokiem Jasper Philipsen. Powody można by wypisywać tak długo, ale fakt jest taki, że to właśnie słabsi pokazali w 1. tygodniu swoją moc i determinację do walki odnotowując bardzo cenne zwycięstwa.
We are not crying… you are 🥹#TDF2024 pic.twitter.com/FaSuyGzGAx
— Tour de France™ (@LeTour) July 8, 2024
Jak na stypie
Pochwaliłem słabe ekipy, ale w tej beczce miodu jest też łyżka dziegciu. 230 kilometrów z Piacenzy do Turynu zapisało się jako jedno z najnudniejszych w tegorocznym kolarstwie. Poza krótkim skokiem kolarzy Uno-X Mobility, którzy śmiejąc się zatrzymali się na siku, a także próbą Fabiena Grelliera z TotalEnergies, przez większość dnia oglądaliśmy peleton jadący nieco ospale i bez większego sensu by się spieszyć na metę. Okej, co roku jest taki etap bez woli walki, ale czemu już 3. dnia? Jakby tego było mało to 2 dni później ponownie nie za bardzo komukolwiek chciało się jechać przed peletonem, a potem to samo powtórzyło się także na 6. etapie, gdzie ucieczki po prostu nie było. 8. odcinek uratował wielki bohater 1. tygodnia, czyli Jonas Abrahamsen (Uno-X Mobility), który w dniu, kiedy spodziewaliśmy się walki harcowników o etapowy triumf znalazł się na solo na czele i motywował peleton do sprawnej jazdy. Istnieje spora szansa, że bez prób Norwega zobaczylibyśmy kolejny odcinek ciągnący się jak flaki z olejem.
Dalej Panowie! Kamery jadą z Wami od startu do mety! Róbcie widowisko! Patrząc na sukcesy Romaina Bardeta, Kévina Vauquelina i Anthony’ego Turgisa dobra akcja nie musi być wcale skazana na pożarcie. 😉
Veni, vidi, Bini
9 etapów, 8 różnych ekip z wygraną i tylko jeden kolarz, który dwukrotnie zaznał smaku zwycięstwa. Biniam Girmay pisze genialną historię dla siebie, swojej drużyny Intermarché – Wanty, Erytrei oraz dla wszystkich czarnoskórych osób na świecie. 24-latek sprawił, że Asmara niejeden raz nie poszła już spać, a warto pamiętać, że na wyścig przyjechał po kraksie podczas Giro d’Italia i nie był nominalnie nawet pierwszym sprinterem w swoim zespole. Finiszować według pierwotnego planu miał bowiem Gerben Thijssen, którego Biniam Girmay miał rozprowadzać. Los chciał jednak, że Erytrejczyk zgubił z koła swojego belgijskiego kolegę z ekipy i spróbował sam, a gdy już założył zieloną koszulkę to ekipa w pełni na niego postawiła. 24-latek ma teraz ogromną przewagę w klasyfikacji punktowej i zanosi się, że za 2 tygodnie Bini może napisać kolejny rozdział swojej w pięknej sportowej historii.
The streets of Asmara celebrating the Tour de France victory of Biniam Girmay 🇪🇷😍 #TDF2024 pic.twitter.com/74zkjzk4GA
— Intermarché-Wanty (@IntermarcheW) July 6, 2024
Grand Depart poza Francją
Temat zagranicznych startów wielkich tourów zawsze wywołuje ożywione dyskusje, w których ile osób, tyle opinii. Tradycjonaliści uważają, że skoro mamy „Wyścig Dookoła Francji” to absurdem jest wyjeżdżanie z nim poza tytułowe państwo. Zwolennicy zagranicznych startów zwracają z kolei uwagę na to, że wielkie toury na stałe przypisane są do ledwie 3 państw na świecie i fajnym zabiegiem jest gdy te choć na 3 dni mogą stać się świętem kolarstwa w innym państwie, które nigdy takiego wyścigu nie zorganizuje samodzielnie. Atmosfera na takich startach bywa często bardzo gorąca – chyba nikomu nie trzeba przypominać milionów Duńczyków na poboczu w 2022 roku.
Tegoroczne Grand Depart było jednak dziwne – odwiedziło bowiem kraj, który ma swój wielki tour i było to widać. Atmosfera nie była aż tak emocjonalna i wydaje się, że Włosi nie pokochali Tour de France aż tak jak się tego spodziewano. Cóż, miesiąc temu mieli swoje Giro d’Italia i ja się im nie dziwię. Na tegorocznym Grand Depart skorzystali zatem przede wszystkim organizatorzy – ci bowiem przytulili zapewne niemałą sumkę za wizytę Wielkiej Pętli we Florencji. Moim zdaniem jednak ten eksperyment zakończył się co najmniej częściowym niepowodzeniem i oby wyciągnięto na przyszłość z tego pewne wnioski.
„Scio nihil me scire” – wiem, że nic nie wiem
Powyższa sentencja, której autorstwo przypisuje się Sokratesowi, idealnie oddaje to, co czuję po 1. tygodniu. Niby powstały już różnice w klasyfikacji generalnej i wyłoniła się w niej dość ścisła czołówka, niby też Biniam Girmay ma zieloną koszulkę na wyciągnięcie ręki, ale w sumie po 9 z 21 etapów wyścig jest jeszcze bardzo daleki od ostatecznych rozstrzygnięć. To rzecz jasna dobrze – nikt chyba nie chciałby powtórki z tegorocznego Giro d’Italia, gdzie po 1. tygodniu zostało nam emocjonowanie się pobocznymi historiami, które choć były wyjątkowe i piękne, to jednak dla wielu były niewystarczające wobec dominacji Tadeja Pogačara.
Tu wciąż się może wiele wydarzyć, a 2. tydzień przyniesie nam 3 etapy dla sprinterów, środowe pagórki do Le Lioran, gdzie zapewne zobaczymy „dwa wyścigi”, a także wspaniale zapowiadający się weekend, kiedy to w sobotę i niedzielę kolarze wjadą w prawdziwie wysokie góry przejeżdżając m.in. przez Col du Tourmalet i Pla d’Adet oraz Col d’Agnes i Plateau de Beille. Zapowiadają się wielkie emocje, o których rzecz jasna przeczytają Państwo każdego dnia w naszym serwisie.
Wszystko o 111. Tour de France:
- Trasa wyścigu
- Lista startowa
- Plan transmisji telewizyjnych
- Faworyci klasyfikacji generalnej
- Faworyci klasyfikacji punktowej
- Faworyci klasyfikacji pobocznych
- Najnowsze artykuły









