fot. GreenEDGE Cycling / Sprint Cycling Agency

Kolarstwo to jeden z najbardziej kontaktowych sportów bezkontaktowych na świecie. Teoretycznie zawodnicy rywalizują bowiem bez fizycznej interakcji między sobą, acz w praktyce do tej dochodzi każdego dnia. Szczególnie wiele incydentów ma miejsce podczas sprinterskich końcówek – te mimo teoretycznych wysiłków UCI wciąż momentami bardziej przypominają Dziki Zachód niż unormowane przepisowo potyczki.

Nazywam się Jakub Jarosz i od kilku lat niemal każdy swój dzień rozpoczynam od przeglądu zagranicznej „prasy”, czyli zagranicznych i polskich portali kolarskich oraz innych miejsc w sieci, gdzie można się dowiedzieć czegoś cennego. Twitter, GCN, WielerFlits, Sporza, HLN, Tuttibici… długo by wymieniać miejsca, gdzie szukam dla Państwa ciekawych informacji, a dla siebie dodatkowej wiedzy by tworzyć możliwie ciekawe treści dla Naszosie.pl. Podczas jednego z takich przeglądów w holenderskim WielerFlitsie rzucił mi się w oczy nagłówek „Jury UCI doprowadziło do sprintów jak na Dzikim Zachodzie„. Kliknąłem, przeczytałem, w pełni się zgodziłem i postanowiłem przełożyć ten tekst wzbogacając go o swoje przemyślenia także na grunt naszego polskiego portalu.

Geneza problemu

Raymond Kerckhoff za miejsce teoretycznego punktu zwrotnego w ocenianiu sprintów uznaje pamiętny wypadek podczas Tour de Pologne w Katowicach. Dylan Groenewegen wepchnął wówczas w barierki Fabio Jakobsena, za co finalnie został skazany na aż 9-miesięczną banicję. Głośno wówczas było o tym czy jeden Holender potraktował tak drugiego z jakąkolwiek świadomością czy intencyjnością swoich czynów, zastanawiano się także czemu wysokość kary jest tak mocno skorelowana ze skutkami, a nie próbuje po prostu sankcjonować się przyczyn tego typu zdarzeń. UCI, czyli Międzynarodowa Unia Kolarska zapowiedziała zmiany mające na celu poprawę bezpieczeństwa… i po 4 latach wiemy, że nie do końca im to wyszło.

Czy kar finansowych i relegacji jest więcej niż w przeszłości? Wydaje się, że tak. Sprinty stały się czystsze, acz wciąż daleko im do słowa bezpieczne. Takie zapewne nigdy nie będą – zniszczyłoby to jakikolwiek urok tej części kolarstwa gdyby spróbować unormować wszystko do maksimum i zabronić absolutnie wszystkiego. Problemem nie jest jednak brak kar, a ich wybiórczość – po wczorajszym „faulu” Jaspera Philipsena w komentarzach byli Państwo bardzo zgodni, że to nie był pierwszy jego tego typu wyczyn. Czemu tym razem dostał karę, a innymi jej nie miał? Tu zaczyna się właśnie kłopot z decyzjami jury.

Naiwne przekonanie, że system może być sprawiedliwy

Najważniejszą lekcją, jaką kolarstwo powinno było wyciągnąć z wypadku w Katowicach jest to, że reakcja na nieprawidłowości powinna być jasna, czytelna i konsekwentna. Niestety w rzeczywistości mamy swoiste koło fortuny – raz kary sypią się ostro, innym razem dopuszczane jest coś na pograniczu Dzikiego Zachodu. Ciężko za to winić kolarzy – ci robią wszystko by osiągać zwycięstwa i starają się działać wewnątrz prawa naginając je do maksimum. Nikt nie będzie bowiem jechał ostrożniej gdy rywal będzie mógł sobie pozwolić na więcej i potencjalnie zyskać tym wygraną. To rolą UCI i wyłącznie UCI jest wyznaczenie twardych granic i ich respektowanie. Na dobry początek wydaje się, że kwestią do rozwiązania powinno być utrzymywanie prostej linii podczas sprintu.

Raymond Kerckhoff wypomina tu dziesiątki zdarzeń w ostatnich latach, podczas których takowej zabrakło. Tylko w 2020 roku, na świeżo po aferze wokół zdarzenia w Katowicach, w Mediolan-San Remo Michael Matthews finiszuje sobie od prawej do lewej i z powrotem walcząc o trzecie miejsce. Na Mistrzostwach Świata Elisa Longo Borghini uniknęła kary, choć omal nie wepchnęła Annemiek van Vleuten w płot, a na jej szyi zawisł brązowy medal. Dziennikarz WielerFlits mnoży te przykłady, mi się nie chce – takie wypominanie tego co było i tak nic nie zmieni, a każdy kto śledzi kolarstwo ma w głowie niejeden nieregulaminowy sprint.

Czy istnieje rozwiązanie?

Tak. Choć może wydawać się to ciężkie to każdy kłopot można pokonać. Przykład tegorocznego Tour de France pokazuje, że jury potrafi z dnia na dzień wyciągać pewne wnioski. W Turynie część sprinterów mocno zmieniała linię jazdy i zostało to całkowicie zignorowane. 2 dni później karę relegacji dostał już Phil Bauhaus, a sędziowie udali się na rozmowy do kilku innych sprinterów by wytłumaczyć im, że działają na krawędzi i czego należałoby unikać. 6. etap to już kara dla Jaspera Philipsena za przewinienie, które w poprzednich latach prawdopodobnie uszłoby mu płazem.

Od nowego roku do przepisów wejdzie uznawany przez wielu za rewolucyjny system żółtych kartek. Jeśli ten zostanie połączony z pewną konsekwencją i ocenianiem przyczyn, a nie skutków to być może za kolejny rok, dwa czy pięć doczekamy się sprintów, w których kraksy będą spowodowane wyłącznie zdarzeniami losowymi takimi jak np. wpadnięcie w dziurę, nie zaś umyślnym działaniem na granicy przepisów.

I nie, mimo aktualnych nastrojów pt. „karać” i wykrzykiwanych przez niektórych haseł typu „dożywocie” nie będę apelował o zaostrzanie przepisów. Te już dziś są naprawdę restrykcyjne obejmując kary za zmianę linii czy nieodpowiednie ruchy głową, barkiem albo łokciem. Kolarstwo szosowe to nie Zwift i pewna doza szaleństwa przy takich prędkościach zawsze będzie obecna, a przykre sytuacje będą się zdarzały. Ważne jest by zarówno sportowcy, jak i my widzowie, dobrze rozumieli z czego wynikają kary i co jest legalne.

Co jeszcze do zrobienia?

Przepisy są względnie dobre, ale nie oznacza to, że wszystko zostało już zrobione tak jak należy. Wciąż zdarzają nam się końcówki poprowadzone tuż po zjazdach bądź na nich samych, gdzie prędkości są wyższe, a przez to zagrożenie większe. To tu jest z pewnością wciąż pole do zmian, acz ciekawą zmianę w swoim felietonie proponuje także cytowany co rusz Raymond Kerckhoff. Ten zwraca uwagę, że fajnym rozwiązaniem mogłoby być wyklejenie prostych linii co np. metr szerokości na ostatnich 200 metrach. Te nie służyłyby jako obowiązkowe korytarze do sprintu, ale były podpowiedzią dla zawodników czy nie zbaczają z linii finiszu, zaś dla sędziów mogłoby być ułatwieniem przy weryfikacji wideo w ocenie tego czy ktoś nie zajechał rywalowi drogi.

W walce o zwiększenie bezpieczeństwa podczas kolarskich sprintów konieczne są zdecydowane działania przeciwko jeździe rodem z Dzikiego Zachodu. Tour de France jest świetnym miejscem by wyznaczać te standardy przed wielomilionową publicznością największego wyścigu kolarskiego na świecie, acz do sukcesu potrzebne jest także to, by później analogiczne wcielano podobny system kar na każdym szczeblu. Kto wie, może za kilka lat doczekamy się prawdziwie czystych sprinterskich potyczek?

Poprzedni artykułTour de France 2024: Kolejność startu do indywidualnej jazdy na czas
Następny artykułJasper Philipsen: „Nie mam wątpliwości, że sędziowie podjęli słuszną decyzję”
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze