Według zdecydowanej większości kolarskich historyków najlepszym zawodnikiem w historii był Eddy Merckx. A co gdyby stworzyć hierarchię za plecami słynnego “Kanibala”? Kto byłby na drugim, trzecim, czwartym (…) miejscu? Zależy kogo spytać. Jednym bardziej imponują seryjne zwycięstwa w Tour de France Anquetila czy Hinaulta, innym klasyczne dokonania De Vlaemincka, Kelly’ego czy Van Looya, a jeszcze innym długowieczność Poulidora. Niezależnie jednak od tego, kto byłby autorem takich rozważań, w pewnym momencie musiałby dojść do Francesco Mosera.
Według Pro Cycling Stats – największej kolarskiej bazy danych, osiągnięcia Włocha plasują go na trzecim miejscu w całej ponadstuletniej historii naszego ulubionego sportu. Ocenianie kolarzy wyłącznie na podstawie suchych statystyk wcale nie musi być najlepszym pomysłem. Tym bardziej, gdy mówimy o tych, którzy ścigali się wiele lat temu (jeden z powodów ku temu – być może najważniejszy, uważny czytelnik z całą pewnością dostrzeże w poniższym tekście). Czy Francesco Moser faktycznie znajduje się wśród trzech najlepszych kolarzy w historii? Tego nie zamierzamy zatem przesądzać – z pewnością jednak zasługuje na miano legendy.
I z tą właśnie legendą miałem okazję porozmawiać w dniu zakończenia Tour de Pologne. Gdy zasiedliśmy w biurze prasowym wyścigu, tymczasowo umiejscowionym w jednym z pomieszczeń stadionu im. Józefa Piłsudskiego w Krakowie. Mój wyjątkowy rozmówca zdecydowanie nie wyglądał na swoje 72 lata. Widziałem bowiem mężczyznę, któremu wysportowanej sylwetki mógłby pozazdrościć niejeden zdecydowanie młodszy człowiek – Do dziś jeżdżę na rowerze, ale ostatnio przerzuciłem się na rower elektryczny – przyznawał po włosku, zwracając się do towarzyszącego nam tłumacza.
W Polsce nie znalazł się wcale po raz pierwszy. Nasz kraj odwiedzał już wielokrotnie za sprawą Czesława Langa. Organizator największego wyścigu w naszym kraju spędził z Francesco Moserem w jednej ekipie sezon 1983. Rok po przyjściu Mosera do Gis-Gelati Czesław Lang postanowił odejść do Del Tongo, jednak raczej nie stało się tak dlatego, że miał dość towarzystwa Włocha. Przeciwnie, tamte 12 miesięcy wystarczyło im, by stworzyć zalążek przyjaźni, która trwa już blisko pół wieku.
Rzeczywiście spędziliśmy razem tylko jeden sezon, ale zapewniam, że mogło być tego więcej – wielokrotnie namawiałem szefów swoich zespołów, żeby ściągnęli Czesława! Niestety – nie udawało się to z różnych względów. Mimo wszystko i tak zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Odkąd Lang organizuje Tour de Pologne, przyjeżdżam do was właściwie co roku. Czesław też często przyjeżdża do Włoch, bo ma dom nad jeziorem Garda. Często się wtedy odwiedzamy. Po prostu jesteśmy przyjaciółmi. Chodziliśmy razem na polowania, polowaliśmy nawet w Polsce
– mówi, jednak zapewnia, że na owe polowania nie wybierali się podczas Tour de Pologne. Prawdopodobnie dlatego, że życie organizatora wyścigu, w trakcie trwania imprezy nie jest łatwym zadaniem. Tym bardziej, że oprócz spraw bieżących, w trakcie jej trwania toczyły się już także rozmowy na temat przyszłorocznej edycji, która mogła rozpocząć się na Monte Cassino.
Gdyby się to udało, największy polski wyścig zagościłby we Włoszech już po raz drugi. Za pierwszym razem pochodzący z Trydentu Moser, pełnił ważną rolę przy organizowaniu etapów, kończących się na Madonna di Campiglio i Passo Pordoi. Teraz sytuacja była nieco inna – Szczerze mówiąc, dowiedziałem się o tej informacji dopiero podczas wyścigu, od któregoś z dziennikarzy – zapewniał.
O stanie rozmów między Czesławem Langiem, a włoskimi prezydentami i burmistrzami nie mógł zatem zbyt wiele powiedzieć, ale dla mnie nie był to poważny problem. W końcu nie chciałem rozmawiać z nim o Tour de Pologne, lecz o jego karierze, w której nie brakowało ani ciekawych wydarzeń, ani ciekawych postaci.
Od legendy do legendy
Coppi e Bartali, Bartali e Coppi – nawet jeśli kolarstwo doczekało się wielu fantastycznych pojedynków – Poulidora z Anquetilem, Fignona z Hinaultem czy obecnie – Vingegaarda z Pogacarem, to para, która pozostaje tą najbardziej legendarną pozostaje niezmienna. Sposób, w jaki przez lata wspominano tę rywalizację sprawił że dziś gdy myślimy o jednym z dwójki Fausto Coppi-Gino Bartali, to niemal automatycznie do głowy przychodzi nam także ten drugi.
Kiedyś po prostu nie było innej opcji – jeśli byłeś fanem sportu – musiałeś się określić – Bartali czy Coppi (zresztą, nawet jeśli sport średnio cię interesował, często i tak nie było wyboru – trzeba było wybrać). I wcale nie dotyczyło to jedynie osób urodzonych w latach największych sukcesów obu zawodników. Francesco Moser urodził się w roku 1951. Nie miał prawa pamiętać Bartalego z szosy – był trzylatkiem, gdy ten zakończył karierę. A mimo to, gdy pytam go, kto był jego dziecięcym idolem, odpowiada bez wahania – Bartali!
Przyznać należy jednak, że przypadek Mosera jest dosyć specyficzny. Włoch, z którym spotkaliśmy się w centrum prasowym ulokowanym w klubowym budynku Cracovii, ponad 60 lat temu nie był zwykłym dzieckiem. Był wręcz skazany na kolarstwo. Jego bracia – starsi od niego o kilkanaście lat Enzo i Aldo byli kolarzami przez wiele lat byli zawodowymi kolarzami – w dodatku takimi, którzy przez jakiś czas jeździli w pewnej wyjątkowej ekipie
– Po zakończeniu kariery Gino Bartali prowadził kolarską ekipę – San Pellegrino. W sezonie 1960 miał w niej nawet jeździć sam Fausto Coppi Wszystko było ustalone, współpraca prawie dopięta. Niestety, zanim sezon się rozpoczął, Coppi pojechał do Afryki na Safari no i niestety zmarł na malarię. Coppi nie został więc zawodnikiem San Pellegrino, ale za to w klubie tym jeździli moi bracia – Aldo i Enzo. Gino Bartali był ich dyrektorem.
– Gdy mój brat – Enzo sięgnął po różową koszulkę, Bartali przyjechał do nas do domu. Miałem wtedy 12 lat i to był pierwszy raz, kiedy go widziałem. Później, w czasie, gdy zacząłem jeździć, w Toskanii, widywałem go bardzo często. Odpowiedź na pytanie “Coppi czy Bartali” była więc oczywista – brzmiała “Bartali”, ponieważ to jego znałem
– opowiada o swoich kolarskich początkach Moser.
Trudno przecenić wpływ, jaki na młodego Francesco mieli starsi bracia. To właśnie oni sprawili, że dorastał on praktycznie zanurzony w kolarskiej kulturze. Od starszego z nich dostał też swój pierwszy rower szosowy.
Z tym rowerem wiąże się ciekawa historia. Na jego ramie, w miejscu na nazwę producenta widniał napis GBC, czyli firmy produkującej… telewizory! To były jednak inne czasy i drużyny kupowały sobie rowery, które później oklejały swoją nazwą. Nie tak jak teraz – dziś, żeby dostarczyć drużynie rower trzeba zapłacić miliony euro, a wtedy to drużyny musiały wydawać na to pieniądze. Świat się zmienił…
– podsumowuje.
Było już o Bartalim, ale Włoch nie był jedyną kolarską ikoną, którą dzięki swoim braciom mógł oglądać z naprawdę bliska. W końcu najpierw jako dziecko, a później coraz starszy nastolatek, wielokrotnie chodził na trasę Giro d’Italia, by pokibicować swoim braciom. Ci zresztą osiągali naprawdę dobre wyniki – obaj spędzili po dwa dni w Maglia Rosa. Francesco całym sobą chłonął jednak nie tylko ich występy, ale również innych kolarzy. Jednego z nich nie zapomni do końca życia.
To było w 1968 roku, gdy sam się trochę ścigał, ale jednocześnie wciąż jeszcze pozostawał zapalonym kibicem. I dzięki temu na własne oczy miał zobaczyć dzień, w którym rodzi się największa postać w historii kolarstwa – Eddy Merckx. Słynnemu dziś Belgowi daleko było wówczas do tego, by zasłużyć sobie na miano “Kanibala”. Owszem – był diabelnie skuteczny. Miał zaledwie 22 lata, a na koncie już trzy monumenty. Jednak jeśli chodzi o wielkie toury, to wciąż zdarzali się tacy dziennikarze jak Gigi Boccacini z La Stampy, którzy pisali, że “w górach jest mocny, ale nie dość silny, by zwyciężać”.
Zmieniło się to dopiero po etapie Giro d’Italia z metą na Tre Cime di Lavaredo – najbardziej przerażającym podjeździe tamtych czasów. Rok wcześniej, gdy debiutował na trasie – etap metą na jego szczycie został zneutralizowany, ponieważ większość kolarzy podjeżdżała go korzystając z niedozwolonego wsparcia kibiców. Teraz bardziej niż sam podjazd, rywali sterroryzował sam Merckx, który po raz pierwszy w karierze udowodnił tak dobitnie, że jest kolarzem zdolnym do rzeczy wielkich.
– Do dziś pamiętam ten dzień. Wyjechaliśmy z domu, była piękna pogoda. Nie mieliśmy żadnych bluz, żadnych swetrów – w końcu było ciepło. Tylko że ten etap był rozgrywany na poziomie powyżej 2 tysięcy metrów nad poziomem morza, a pogoda na tej wysokości potrafi się bardzo różnić od tej na dole. I gdy szliśmy na górę, zaczęło padać i mocno zmokliśmy. Mimo wszystko było warto
– wspomina Francesco, który wtedy, stojąc na szosach prowadzących ku słynnemu szczytowi mógł tylko marzyć o tym, żeby kiedyś być jak świeżo koronowany król kolarstwa, albo jak kto woli – “Kanibal”.
Na celowniku prasy
Gdyby ktoś powiedziałby mu wówczas, że za kilka lat będzie rywalizował z “Kanibalem” jak równy z równym, pewnie by nie uwierzył. Tymczasem już w 1975 roku, niecałe trzy lata po podpisaniu pierwszego zawodowego kontraktu, Moser starł się z Merckxem na trasie największej z kolarskich scen – Tour de France. I zaczął od… zwycięstwa. Na prologu Merckx był jedynym kolarzem, który był w stanie rzucić mu rękawicę, ale na koniec i tak przegrał o dwie sekundy. Moser pokonał zatem wielkiego “Kanibala”, został pierwszym liderem największego wyścigu na świecie, a na koniec nawet nie był zaskoczony.
– Naprawdę, nieszczególnie mnie to zdziwiło, ale muszę przyznać, że satysfakcję odczułem ogromną. Pokonać najlepszego kolarza na świecie, w największym wyścigu na świecie, w dodatku takiego, który zaczynał się u niego, w Belgii, w Charleroi… To było coś wyjątkowego. On mi później chciał odebrać tę koszulkę za wszelką cenę. Udało mu się po pięciu etapach, ale na końcu i tak został ograny przez Theveneta
– opowiadał Moser, który ostatecznie tamten wyścig zakończył na 7. miejscu w klasyfikacji generalnej i zwycięzca klasyfikacji młodzieżowej. Po nieco ponad dwóch latach w zawodowym peletonie był w stanie rywalizować jak równy z równym z najlepszymi kolarzami na świecie na największej kolarskiej scenie. Ktoś mógłby pomyśleć – wspaniały początek kariery…
Tylko że tamta Wielka Pętla nie była dla Mosera żadnym przełomem – wyjątkowym występem, który sprawił, że jego kariera ruszyła z kopyta. W końcu rok wcześniej siódmy w klasyfikacji generalnej był także na trasie Giro d’Italia. Z kolei w 1973 roku wygrał jeden z etapów największego z włoskich wyścigów.
A musicie wiedzieć, że 1973 rok był dla niego pierwszym w zawodowym peletonie – Ścigali się tam zarówno Aldo, jak i Diego, a Enzo był naszym dyrektorem sportowym. Pewnie to mi pomogło dostać się do drużyny, ale szybko udowodniłem, że na to zasługuję – wspomina, a jego słowa chyba lepiej niż to, co pisałem akapit wyżej, potwierdzają nagłówki La Stampy z tamtych czasów.
Chcąc sprawdzić, w jaki sposób prasa podchodziła do rozpoczynającego swoją karierę przyszłego króla włoskich szos, wpisałem w wyszukiwarkę hasło “Francesco Moser” i zawęziłem zakres poszukiwań do 1974 roku. W oczy rzuciły mi się dwa artykuły o bliźniaczo wyglądających tytułach “Tutti contro Moser”. Początkowo myślałem, że to błąd i po prostu jeden z artykułów pokazał mi się dwa razy, ale prawda była inna – jeden z nich był zapowiedzią Mistrzostw Włoch – drugi Giro di Romagna.
Żadnego z tych wyścigów Moser ostatecznie nie wygrał. Nagłówki prasowe nie były bowiem żadną przenośnią. Felice Gimondi, Franco Bitossi, Italo Zilioli i wielu innych wielkich kolarzy regularnie zawiązywali coś w rodzaju sojuszu przeciwko młodemu kolarzowi. Nie było to zresztą niczym zaskakującym w tamtych czasach – W kolarstwie nie ma nigdy nic za darmo. Jeśli chcesz coś wygrać – musisz sobie to sam wywalczyć. Teraz jest inaczej, ale kiedyś młodzi kolarze mieli bardzo ciężko. Starsi rywale bardzo utrudniali im wejście do peletonu
– tłumaczył Moser, który mimo wszystko sezon 1974 zakończył z wieloma wielkimi zwycięstwami. Wygrywał Giro di Toscana, Paryż-Tours, Cronostaffetę czy Trofeo Baracchi. Według Pro Cycling Stats w tamtym sezonie aż 10-krotnie podnosił na mecie ręce, bynajmniej nie na znak kapitulacji, a trzeba pamiętać, że ta największa baza z kolarskimi wynikami pomija wiele nieco mniej istotnych wyścigów z tamtych lat, w których Włoch również okazywał się najlepszy. Gdy pytamy go o to, czy faktycznie czuł się już wtedy wielką kolarską gwiazdą, odpowiedział:
– Faktycznie wygrałem wtedy wiele ważnych wyścigów, ale myślę, że naprawdę dużą popularność przyniósł mi dopiero 1975 rok. Drugie miejsce w Milano-Sanremo, tamto Tour de France, naprawdę udany występ w Paryż-Roubaix [5. miejsce – przyp. red]… Tak, myślę że to właśnie wtedy zaczęło się pojawiać naprawdę duże zainteresowanie ze strony kibiców.
To zainteresowanie z biegiem lat było coraz większe i momentami stawało się naprawdę uciążliwe – Dziennikarze patrzyli na wyniki i nas oceniali. No i oczywiście cały czas chcieli wywiadów. Naprawdę cały czas, nie tak jak teraz. To były inne czasy. Nie było rzeczników prasowych i dziennikarze naprawdę mieli nas dosłownie na wyciągnięcie ręki – mówił Moser, który w czasie swojej kariery był zdecydowanie najbardziej rozpoznawalnym kolarzem w swoim kraju. No, prawie – w końcu był jeden kolarz, którego sława dorównywała tej moserowej…
Jak pies z kotem
– Dla wielu “tifosi” rywalizacja tych dwóch zawodników symbolizowała istotny podział obecny we włoskim społeczeństwie. Moser był uosobieniem twardych i konserwatywnych terenów wiejskich, natomiast Saronni reprezentował zamożną, uprzemysłowioną Lombardię
– czytamy w książce: “Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu na świecie” Colina O’Briena.
Być może rywalizacja Mosera z Saronnim nie naznaczyła kolarstwa w taki sposób jak ta ich poprzedników – Coppiego i Bartalego, jednak z pewnością odcisnęła swoje piętno na obu kolarzach. Było to piętno na tyle mocne, że gdy w 1990 roku Saronni poinformował o zakończeniu kariery, La Stampa artykuł o całej jego karierze oparła niemal w całości o wątek rywalizacji z Moserem, który nie ścigał się już od czterech sezonów.
A jednak, gdy pytam o Saronniego, Moser zdaje się uciekać od tematu. – Saronni nie był moim jedynym rywalem. Wcześniej byli Battaglin, Hinault, Maertens, Thurau, De Vlaeminck… dużo ich było. Z każdym z tych kolarzy miałem po kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt bardzo zaciętych pojedynków. Wielokrotnie zdarzało się, że na mecie dzieliły nas centymetry. W tamtym okresie było mnóstwo naprawdę dobrych kolarzy. Mocni byli też Hiszpanie – na początku mojej kariery świetny był Fuente, a pod koniec miałem okazję rywalizować m.in. z Mikelem Indurainem.
– słyszę. Jednak gdy nieco mocniej naciskam, w końcu dostaję odpowiedź, a także możliwe uzasadnienie niechęci mojego rozmówcy do opowiadania o Saronnim – Ech, no dobrze, przyznaję, moja rywalizacja z Saronnim faktycznie była najbardziej zacięta. Nie lubiliśmy się te prywatnie – tak jest zresztą do tej pory. On ma trudny charakter i myślę, że lepiej, żebyśmy się nie spotkali – odpowiada. Jak widać, czas nie zawsze leczy rany, choć o jaką ranę chodzi akurat w tym przypadku – nie udało mi się dowiedzieć.
Dziś Moser wolałby uniknąć spotkania z Saronnim – kiedyś spotykali się regularnie na szosie. Według samego Pro Cycling Stats [którego baza, jak już wspominaliśmy, nie obejmuje wszystkich wyścigów] pokazuje, że obaj ścierali się ze sobą 232 razy. I raczej nie były to najprzyjemniejsze spotkania. Między oboma panami nieustannie iskrzyło. – Ty nieuczciwy mediolańczyku, ty zdrajco! – albo – Ty przebrzydły oszuście! – właściwie nie było wyścigu, na którym obaj panowie nie obrzucali się inwektywami.
Ich rywalizacja z jednej strony pomagała im sięgać po kolejne sukcesy. – Jego [Mosera – przyp. BK] zwycięstwo w Roubaix było dla mnie dodatkowym źródłem motywacji – mówił Saronni po wygraniu Strzały Walońskiej. Natomiast z drugiej, ich wzajemna antypatia niejednokrotnie rujnowała im wyścigi – często można było odnieść wrażenie, że bardziej niż na zwycięstwie, zależy im na niepowodzeniu rywala.
Cierpliwość jest kluczem
Zdecydowanie najczęściej tego typu utarczki miały miejsce na trasie Giro d’Italia. Był to bowiem jedyny wielki tour, na którym zdarzało im się regularnie spotykać. Obaj regularnie odpuszczali Tour de France (mają po jednym starcie w tym wyścigu), czego przyczynę Moser wyjaśnia w taki sposób.
– Jeździłem tylko we włoskich drużynach, a włoskie drużyny miały włoskich sponsorów, którzy swoje interesy prowadzili głównie we Włoszech. To powodowało, że właśnie Giro było dla nas najważniejszym wyścigiem, na który, jako gwiazda drużyny, jeździłem praktycznie co roku. Swoją drogą, w ciągu całej kariery spędziłem 50 dni w koszulce lidera – tylko Merckx i Binda mają ich więcej.
– A startując w Giro trudno było przygotować się do Tour de France. Czasu na przygotowanie się było jeszcze mniej niż dzisiaj, bo zaledwie 20 dni. Wtedy to nie było takie ważne. Skoro wygrywałem wyścigi klasyczne, dobrze spisywałem się w Giro, to nie musiałem jeździć na Tour de France. Dziś jest trochę inaczej. Gdybym ścigał się w dzisiejszych czasach, z pewnością częściej pojawiałbym się na trasie Tour de France. W 1975 roku zdecydowałem się na start w tym wyścigu tylko dlatego, że nie podobała mi się trasa Giro, która była dla mnie zbyt trudna.
– opowiadał.
W kolejnych latach podobnego problemu Moser nie miał. Skoro zarówno on, jak i Saronni lepiej czuli się w nieco łatwiejszym terenie, to organizatorzy starali się umieszczać na trasie jak najmniej gór. Co zresztą przynosiło wymierne efekty. Obaj regularnie plasowali się na podium wyścigu – Saronniemu udało się to czterokrotnie – Moserowi siedem razy.
Choć ta statystyka “Szeryfa” może imponować, to na zwycięstwo musiał czekać bardzo długo. Tak jak Saronni wygrywał różowy wyścig już jako 22-latek, tak lata mijały, a Moser na swoje pierwsze zwycięstwo nie mógł się doczekać. Gdy w 1983 roku napomknął w mediach, że kończy karierę, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że na wyścigach – w tym na trasie ukochanego Giro go nie zobaczymy, nie miał na koncie ani jednego zwyięstwa w tej imprezie.
Dlatego zrezygnował z podjętej decyzji. Choć sam mówi, że trasa była bardzo wymagająca, to wielu nazywało ją najbardziej płaską w historii wyścigu. Niezależnie od tego, jak faktycznie było – na trasie znalazło się kilka groźnych podjazdów. W tym jeden, który okazał się naprawdę istotny – Moim zdaniem kluczowy był etap z metą na Blockhausie – mówi nam Moser. Włoch wyraźnie odjechał tam wówczas Fignonowi, który, prawdopodobnie z powodu wygłodzenia organizmu, miał poważny kryzys w końcówce i stracił do Włocha minutę.
Tylko że ani to, ani późniejsze straty na czasówkach nie zniechęciły jednak Francuza, który, gdy peleton wjechał w góry, nadrobił wszystko z nawiązką. Przed ostatnim etapem miał nad 33-letnim Moserem olbrzymią przewagę, wynoszącą półtorej minuty. Tylko że na 42-kilometrowej czasówce w Weronie stracił wszystko. Włoch – świeżo upieczony rekordzista świata w jeździe godzinnej – pojechał czasówkę życia. Takie połączenie musiało dać oszałamiający wynik i dało.
51 km/h – taką średnią prędkość osiągnął Trydentczyk na ulicach miasta Romea i Julii. To wystarczyło by nie tylko odrobić całość strat do Fignona, ale nawet zakończyć wyścig z dużym minutowym zapasem. To co dla Francuza mogło być zapowiedzią tego, co w 1989 zrobi z nim w Paryżu Greg LeMond, dla Włocha było wymarzonym sukcesem.
Sukcesem, na którym nie zamierzał się zatrzymywać, bo w kolejnych latach zajmował jeszcze odpowiednio 2. i 3. miejsce. Moser był jak na tamte czasy długowiecznym kolarzem, choć, jak przyznaje, wcale nie był nigdy przesadnym profesjonalistą.
– Starałem się prowadzić się sportowy tryb życia, ale nigdy nie miałem obsesji na punkcie profesjonalizmu. Na pewno jadłem zawsze to, co chciałem, raczej nie ograniczałem się pod tym względem jakoś szczególnie. Nigdy się też nie oszczędzałem. Jednego roku zaliczyłem łącznie 100 dni wyścigowych! Gdy dodamy do tego podróże na wyścigi, to wyjdzie, że spędzałem mnóstwo czasu poza domem.
Kolarz monumentalny
Moser rzadko łączył ze sobą wielkie toury. Zdecydował się na to tylko raz – w 1984 roku, gdy przejechał zarówno Vuelta a Espana, jak i Giro d’Italia. Jak wobec tego zgromadził tak dużą liczbę dni wyścigowych? Choćby startując w klasykach i to z olbrzymim powodzeniem. Dość regularnie wygrywał największe wyścigi jednodniowe na świecie. O które chodzi? Zapewne wiecie – w końcu w tej kwestii nie zmieniło się wcale tak wiele.
– Kiedyś wyścigi wyglądały zdecydowanie inaczej. Były mniejsze składy, dziś łatwiej jest kontrolować wyścigi. Jest też inna technologia – radio itd. Kolarstwo przez te lata bardzo się zmieniło, ale hierarcha najważniejszych wyścigów jednodniowych wygląda tak samo. To właśnie Milano-Sanremo, Ronde van Vlaanderen, Paryż-Roubaix, Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia są najważniejsze
– mówił mi Moser.
Spośród pięciu wymienionych przez siebie wyścigów, dziś powszechnie znanych jako “monumenty” Włoch w ciągu swojej kariery wygrał aż trzy. Trzykrotnie był najlepszy w Paryż-Roubaix, w Il Lombardii triumfował dwukrotnie, a po Milano-Sanremo ustrzelił raz. Do pełnej kolekcji brakuje mu zatem jedynie triumfu w Ronde van Vlaanderen i w Liege-Bastogne-Liege. Zresztą, w obu wyścigach zdarzało mu się stawać na podium – nawet jeśli w “Staruszce” startował tylko raz.
Gdy dodamy do tego triumf w mistrzostwach świata, to wyjdzie nam, że na świecie mało jest kolarzy, którzy mogą się pochwalić podobnym palmares. A jednak Moser nie zawsze był najbardziej utytułowanym kolarzem w swojej ekipie. W latach 1978 i 1984 był w jednej ekipie z inną legendą – Rogerem De Vlaeminckiem – 11-krotnym zwycięzcą monumentów. Nie przeszkodziło mu to jednak w sięganiu po kolejne zwycięstwa
– Nie było nam łatwo się dogadywać. Cały czas ze sobą rywalizowaliśmy. Każdy chciał być tym lepszym. Ale jakoś nam się to udawało. Ten 1978 rok był dla mnie najlepszym w karierze, jeśli chodzi o występy w klasykach. Wygrałem Paryż-Roubaix i Il Lombardia. W “Piekle Północy” zdobyliśmy nawet dublet, ale on nie miał tam wtedy ze mną żadnych szans! W pewnym momencie zaatakowałem i odjechałem mu na prawie dwie minuty! Nie był zadowolony, ale oczywiście po wszystkim podszedł do mnie i pogratulował.
– mówił Moser, który wprawdzie nie był zbyt wylewny, przy opisywaniu swoich relacji z “Cyganem”, ale łatwo zauważyć, że dwa sezony, podczas których musieli walczyć o pozycję lidera ekipy, nie uczyniły ich śmiertelnymi wrogami. Na pierwszy rzut oka widać w końcu, że Moser darzy go zdecydowanie cieplejszymi uczuciami, niż wspomnianego Saronniego.
Zapewne ma to związek z tym, o czym sam Moser wspominał. Obu legendarnym kolarzom może i trudno było się czasami dogadać, ale mimo wszystko obaj odnosili duże sukcesy. Przynajmniej za pierwszym razem, bo gdy w 1984 spotkali się po latach w Gis-Gelati, o udanym roku mówić mógł już jedynie Moser, który, jak już wiecie, wygrał wtedy Giro d’Italia i wiele innych wyścigów, m.in. Milano-Sanremo. Lista sukcesów jego 37-letniego kolegi była zdecydowanie krótsza, a tamten sezon właściwie zakończył jego poważną karierę.
Moser natomiast wytrzymał na szosie jeszcze przez trzy sezony i swój ostatni wyścig przejechał w 1987 roku. – Tak naprawdę mogłem jeździć nawet dłużej, ale nie chciałem rozmieniać kariery na drobne. Gdy zobaczyłem, że moje ciało zaczyna stawać się coraz słabsze, uznałem, że nie ma co ciągnąć jej na siłę – wspomina.
Faktycznie, choć jego ciało było coraz słabsze, to można powiedzieć, że 36-letni wówczas kolarz zestarzał się naprawdę godnie. Na trasie Firenze-Pistoia – wyścigu jednodniowego będącym 35-kilometrową jazdą indywidualną na czas, ostatnią w jego bogatej karierze, zajął 4. miejsce, przegrywając jedynie z Helmutem Wechselbergerem, Giannim Bugno i… naszym Lechem Piaseckim. Po wszystkim natomiast mógł z czystym sumieniem pojechać do położonego pod Pistoią Botte, gdzie przyjaciele, których spotkał w czasie długich kilkunastu lat kariery zgotowali mu przyjęcie pod hasłem “Ciao Moser!”
Z Francesco Moserem rozmawiał podczas Tour de Pologne Bartek Kozyra, tłumaczyła Kamila Zienke.







