Michael Matthews ma za sobą niezwykle intensywną karierę, jednak sezon 2025 był prawdziwym rollercoasterem nawet jak na jego standardy. Australijczyk przeplatał wielkie sukcesy, takie jak zwycięstwo w Eschborn-Frankfurt z dramatyczną walką o powrót do zdrowia po zatorowości płucnej, która mogła zakończyć się tragicznie. Dziś, w pełni sił i gotowy do debiutu w sezonie 2026 podczas Classica Camp de Morvedre, kolarz Team Jayco AlUla wraca myślami do tych trudnych chwil.
Początek ubiegłego roku był dla Matthewsa solidny, choć nie brakowało niedosytu. Mimo czwartego miejsca w Mediolan-San Remo i dobrych występów w Ardenach, w tym piątej lokaty w Amstel Gold Race, to dopiero zwycięstwo w Eschborn-Frankfurt pod koniec wiosny przyniosło mu prawdziwą satysfakcję. Jednak to, co wydarzyło się później, całkowicie zmieniło jego perspektywę na sport i życie.
Najtrudniejszym momentem okazały się problemy zdrowotne, które początkowo błędnie zdiagnozowano jako zwykłą alergię. W rzeczywistości była to zatorowość płucna, która nie tylko zagroziła jego dalszej karierze, ale przy braku odpowiedniej diagnozy mogła doprowadzić do śmierci w ciągu zaledwie kilku dni.
Nie wiedzieliśmy, skąd to się wzięło ani co wywołało skrzepy w moich płucach. Gdybym kontynuował dotychczasowe treningi przez kolejne dwa dni, mogłoby dojść do najgorszego. Świadomość, że byłem tak blisko tragedii, jest przerażająca
– wyznaje Matthews w rozmowie z Danielem Bensonem, wspominając moment postawienia diagnozy.
Mimo tak poważnego incydentu, Australijczyk ani przez chwilę nie pomyślał o porzuceniu kolarstwa. Zamiast tego skupił się na żmudnej regeneracji i odzyskiwaniu formy, co zaowocowało nowym kontraktem i powrotem do peletonu w zupełnie innym stylu. Dzisiejszy start w Hiszpanii to dla niego symboliczny nowy początek.






