Spełniło się jedno z moich dwóch największych marzeń na wyjazd na Mistrzostwa Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025. Dotyczyło ono tego, że chciałem na żywo zobaczyć pierwszy od 4 lat polski medal w zawodach tej rangi. Dziś w ramach Misji Kigali zapraszam do tego jak przeżywałem ten sukces.
Podczas cyklu Misja Kigali przybliżam Państwu różne rzeczy związane z Mistrzostwami Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025, choć czasem w bardzo luźnym stopniu. Tym razem jednak wydanie będzie wyjątkowo kolarskie, bo i biało-czerwoni zasłużyli, by pisać o nich dużo i pozytywnie. Po czasie zadumy, który opisywałem Państwu w czwartkowym wydaniu Misji Kigali, nadszedł czas intensywnych, kolarskich emocji, w efekcie których pierwszy raz na tym wyjeździe nie byłem w stanie napisać wszystkiego tego, co sobie zaplanowałem. To nie tak, że żałuję, bo jest wręcz przeciwnie – przeżywanie tych mistrzostw jest przecudowne, a wydarzenia sportowe czy spotkania z naszymi sprawiają, że czuję się szczęśliwy jak nigdy dotąd.
„Szampan wylewa się”
Zacznijmy od końca – całkowicie umordowany, nie mający już siły ani ochoty na nic, udałem się do hotelu, gdzie mieszka reprezentacja Polski, by przeprowadzić wywiady z naszymi reprezentantkami przed jutrzejszym wyścigiem ze startu wspólnego elity kobiet. Polki jednak były zajęte – masaż, kolacja, zatem grzecznie czekałem, gdy dostałem propozycję nie do odrzucenia, a brzmiała ona „wpadaj, akurat będziemy wznosili toast za medal”. Tak, MAMY MEDAL MISTRZOSTW ŚWIATA, a to nadal do mnie nie do końca dociera. Okej, już nie płaczę, tak jak roniłem łzy przy finiszu Jana Jackowiaka, kiedy ten wychodził na podium czy wreszcie gdy miałem okazję mu pogratulować, ale to wciąż wyzwala we mnie niezwykle wiele emocji, gdy pomyślę, że mogłem zobaczyć to na żywo. Po którym przemówieniu Jana Jackowiaka, a także 5. dziś Mateusza Gajdulewicza, ktoś zażartował sobie intonując „Szampan wylewa się” i to wspomnienie zostanie ze mną na długo… Choć może kolejny dzień to zmieni?
Atmosfera? Absolutny top
Spikerzy, realizatorzy, fotografowie, postronni kibice, a wreszcie sami zawodnicy – wszyscy oni zauważają, że w Kigali nie sposób nie zauważyć polskich flag. Choć tak naprawdę jest nas tutaj piątka osób nie pracujących przy kadrze, to wraz z moimi współtowarzyszami podróży, czyli Jurkiem i Rafałem, a także mieszkającymi w tym samym obiekcie Michałem i Danielem, robimy co możemy, by było tu polsko, by było nas widać, słychać i czuć. Tym, co niezwykle mnie buduje, jest fakt, że zauważają to także sami zawodnicy, których to niesie – nawet nie wiecie jak bardzo brakuje mi momentami sił po wielu intensywnych dniach pełnych wywiadów, ich spisywania, pisania zapowiedzi czy po prostu kibicowania i zwiedzania, ale potem przypominam sobie, że jestem tu w imieniu wszystkich Państwa – polskich fanów kolarstwa, a to motywuje mnie do tego, by słać tą pozytywną energię do naszych zawodników.
Oni Was widzą – na dobre i złe
Ludzie są różni – jedni potrafią się całkowicie wyłączyć od otoczenia, inni zaś chłoną je jak gąbka. Jedni zatem mniej, inni bardziej, zauważają czy wręcz biorą do siebie to, co pojawia się na ich temat m.in. w sieci. Wiecie – kibicowska energia przy trasie niesie, a sami zawodnicy bardzo zachęcają, żeby pojawiali się Państwo jak najczęściej przy trasach wyścigów, z drugiej jednak strony czasem bardzo łatwo napisać coś, co może działać bardzo demotywująco – nawet jeśli nikt się do tego bezpośrednio nie przyzna.
Wasze gratulacje nie pozostają niezauważone, Wasze podziękowania działają pozytywnie na wiele, wiele osób i bardzo się cieszę, że po sukcesach biało-czerwonych pojawiło się wiele miłych słów w stronę reprezentantów naszego kraju. Dziękuję w ich, a także i w swoim imieniu, bo to niezwykle budujące, że mimo różnych perypetii wciąż trwamy na kolarskiej mapie świata, a kto wie – może najlepsze dopiero przed nami?
Dzień z życia polskiego dziennikarza / kibica
Wybaczcie chaotyczne zmienianie wątków, ale to idealnie oddaje to, jakie jest moje życie od kilku dni tutaj. Spytacie dlaczego? Otóż od dłuższego czasu nie za bardzo jest mi dane się wyspać, a winne temu jest nie tylko to, ile sobie wymyślam do zrobienia, ale i po prostu emocje związane z pobytem tutaj.
Weźmy taki przykładowy piątek – w czwartek szedłem spać po północy, tuż po spisaniu ostatnich wywiadów i stworzeniu zapowiedzi. W piątek pobudka zaś była zaplanowana na 6:30 (co się nie do końca udało), bo trzeba było się wykąpać, zjeść śniadanie, spakować wszystko do pracy i kibicowania, by już o 8:05 machać polską flagą w kierunku naszych juniorów. Wtedy też zaczynała się wędrówka po trasie – kolejne rundy oglądaliśmy w różnych miejscach, by finalnie dotrzeć na Côte de Kimihurura. Wyprzedzając fakty – wieczorem zegarek mojego współtowarzysza podróży pokazał ponad 16 kilometrów, a zapewne nie są to wszystkie, jakie przyszło mi pokonywać przez ten jeden dzień.
Wracając – na Côte de Kimihurura dotarliśmy na 4. rundzie, a zatem tuż przed półmetkiem. Tam dopingować Polaków można było 2 razy, choć wymagało to nieco przemieszczania się, dodatkowo na rogu mieści się super knajpa, gdzie na niejednym ekranie można było śledzić zmagania przez resztę czasu. Potem już tylko szybkie przebijanie się na metę, głośne krzyki do finiszującego Janka, bieganie po strefie wywiadów, namiocie kadry itd. by poczuć atmosferę sukcesu – łez, uścisków itd. było co nie miara, by tuż po ceremonii medalowej wreszcie złapać Janka na rozmowę – konkretnie pierwsza jej część była po angielsku, bo prowadził ją zagraniczny dziennikarz, następnie miałem „swój” moment po polsku, a końcówka pochodziła z konferencji prasowej, na którą zawitały dziesiątki dziennikarzy.
W międzyczasie złapałem też wypowiedzi Ksawerego Gancarza czy Bartosza Łyżwy, więc udałem się je spisywać, a w ten sposób przegapiłem start orlików. Trzeba było zatem po dłuższej chwili pracy znów biegać, by zdążyć na darcie mordy dopingowanie biało-czerwonym orlikom, a za sprawą jazdy Mateusza Gajdulewicza i Michała Pomorskiego okazji do głośnych krzyków było sporo. Na oddalonym o ponad kilometr od mety Côte de Kimihurura znów byłem aż do zakończenia przedostatniej rundy, a potem to samo – przemarsz na metę, doping finiszującego Polaka, chwila z kadrą, wywiad z Mateuszem, spisywanie rozmowy i myk – mamy niemal 18, a tu wciąż nie było czasu na obiad. Prosto z niego zaś czekał mnie „jedynie” 2-kilometrowy marsz, bo właśnie spóźniałem się na rozmowę z Martą Lach i Karoliną Perekitko, co klamrą zamyka nam ten tekst. Potem tylko zostało złapać taksówkę do hotelu, spisać 2 wywiady, stworzyć zapowiedź kolejnego dnia, napisać nową Misję Kigali i po ponad 16 godzinach na nogach można iść spać. Nie żałuję, a wręcz mam nadzieję, że jutro będą powody, bym przewrócił się ze zmęczenia. Trzymajcie za to mocno kciuki, a ja dalej będę głośno krzyczał w Waszym imieniu!
Wszystko o Mistrzostwach Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025:
- Pozostałe artykuły z cyklu „Misja Kigali”
- Ogólna zapowiedź zawodów
- Skład reprezentacji Polski
- Wszystkie artykuły
Podczas tych Mistrzostw Świata przygotuję dla Państwa, czytelników Naszosie.pl, materiały prosto z serca wydarzeń, czyli rwandyjskiego Kigali. W związku z tym serdecznie zapraszam, wręcz zachęcam do śledzenia naszego portalu podczas całego tegorocznego czempionatu!









Tak mi się skojarzyło jak pisałeś o tym fragmencie dot. Zaproszenia na toast – hotel toast spula kompiel 😀
Fajne relacje i fajnie ze są powody do radości. Pod kątem atmosfery to co widzę w tv i na relacjach w mediach społecznościowych – mistrzostwa dowożą, cieszy radość tych ludzi, którzy się cieszą na widok kolarzy.
Zniknęła mi możliwość subskrypcji komentarzy na stronie, co mnie martwi
Zgodzę się z fragmentem z komentarza @Alka o radosnych ludziach. Były wątpliwości odnośnie atmosfery na tych mistrzostwach przed ich rozpoczęciem, ale tych kibiców bardzo dobrze się ogląda.
Jaka to miła odmiana w porównaniu z tym agresywnym bydłem z Vuelty, którego jedynym celem było zniszczenie wyścigu.