Jeszcze kilka lat temu był symbolem epoki marginal gains. Metodycznego treningu, obsesyjnie powtarzanych sekwencji, chłodnej, niemal nieludzkiej regularności i skuteczności. Kraksa z 2019 roku brutalnie zamknęła tę część jego kariery. Zmieniła go z dominatora w zawodnika, który co prawda pozostał częścią peletonu, ale już tylko w roli cichego widza spektakli kreowanych przez innych. Chris Froome spotkał się z nami w Wieliczce, by opowiedzieć o życiu po życiu, cenie drugiej szansy i trudnej sztuce cieszenia się kolarstwem bez najlepszych dziesięciu procent samego siebie.
Spotkanie z Chrisem Froomem w trakcie Tour de Pologne 2025 nie miało w sobie nic z chłodnego dystansu, jaki czasem budują rekordy i palmares. Był spokojny, skupiony, gotowy na rozmowę o krętej drodze powrotnej, o definicjach sukcesu i o zmianach, jakie zaszły w kolarstwie na przestrzeni jego kariery.
Wieliczka, sierpień 2025
Spotkaliśmy się w niedzielne popołudnie, kiedy rozgrywany był wieńczący 82. edycję imprezy etap jazdy indywidualnej na czas. Chris miał już swój przejazd za sobą. Z parkingu, na którym równo ustawiły się barwne autokary worldtourowych ekip, widać było końcowe fragmenty trasy prowadzącej przez parkową część miejscowości. Obok teamowego autobusu Israel-Premier Tech, w promieniach wysoko zawieszonego słońca pracowały trenażery z rozstawionymi rowerami Factor – lśniły w ostrym świetle, a charakterystyczny brzęk kół mieszał się z głosami kibiców stojących przy barierkach. Wnętrze tworzyło duży kontrast: zaprowadzono nas do klimatyzowanego, zacisznego pomieszczenia, gdzie Chris znalazł chwilę na spokojną rozmowę z naszosie.

Dauphiné, 2019 – moment, który wszystko zmienił
Etap jazdy indywidualnej na czas – dokładnie takie okoliczności, w jakich spotkaliśmy się tej niedzieli – stał się punktem zwrotnym kariery Froome’a. Wtedy, w czerwcu 2019 roku, podczas rutynowego rekonesansu trasy w okolicach Roanne, zwykłą rozgrzewkę na rowerze czasowym przerwała kraksa, z konsekwencjami której czterokrotny triumfator Wielkiej Pętli mierzy się do dziś. Jeden silny podmuch wiatru przy prędkości około 55 km/h. Efekt: złamana kość udowa, łokieć, żebra, urazy kręgosłupa i wewnętrzne obrażenia – lista była długa, a lekarze otwarcie mówili, że zagrożone jest nie tylko jego dalsze ściganie, ale i życie.
To był moment, w którym naznaczona sukcesami kariera złamała się jak suchy patyk. Jak przerwana linia życia na dłoni, nazbyt jasno wskazująca, że do minionego wcielenia nie będzie już powrotu. Kiedy ponownie stanął na nogi, Froome znalazł się po drugiej stronie, pozbawiony kontaktu ze swoją dawną wersją – niepokonanym i pozbawionym wyrazistych emocji dominatorem, dla którego zwycięstwa były niemal rutyną. Z drugiej strony trudno nie widzieć w tym klamry: jeszcze dekadę wcześniej pojawił się w peletonie w sposób równie nagły i niespodziewany. Długo nie rokował, nie robił wyników, a potem eksplodował jako kolarz o potencjale, którego nikt się nie spodziewał. Wypadek zamknął tamten etap kariery równie gwałtownie, jak się rozpoczął.
Kraksa na Critérium du Dauphiné nie tylko pogruchotała mu kości, ale przełamała też narrację z Chrisem Froomem pozostającym tym gościem, którego trzeba pokonać w drodze po największe sukcesy. Lekarze mówili o zagrożeniu życia. On sam wiedział jedno: powrót – jeśli w ogóle nastąpi – będzie inny niż wszystko, czego doświadczył wcześniej.
„Najtrudniejsze było to, że nie wracały odczucia, które znałem od zawsze. Normalnie wiedziałem, że jeśli przepracuję trzy–sześć miesięcy bez chorób i kontuzji, będę gotowy do wygrywania. Po wypadku nawet jeśli robiłem wszystko perfekcyjnie, wchodziłem w wyścig i nadal brakowało mi dziesięciu procent do najlepszych. To było naprawdę ciężkie, bo miałem poczucie, że robię wszystko. Więc co tu nie działa? Ale myślę, że to po prostu część sportu i część życia z kontuzjami. Ciało czasami nie jest gotowe i nie można go zmusić”.
Dziś wspomina ten czas jako doświadczenie, które przewartościowało jego podejście.
„Było to dla mnie też doświadczenie uczące, w pewnym sensie. Dość upokarzające, ale cieszę się, że przez to przeszedłem. To inna strona sportu, której wcześniej nie znałem”.

Monako, 2019-2020 – odbudowa
Od lat mieszkając w Monako, na krętych szosach wokół księstwa, które dla wielu zawodowców stały się nużącą scenerią codziennej pracy, Froome zaczął odbudowywać się od zera. Każdy krok na drodze do odzyskania sprawności był publiczny, obserwowany i komentowany. Teraz przebrani w stroje kolarskie kierowca F1 czy były piłkarz mogli spróbować swoich sił przeciwko wielokrotnemu zwycięzcy Touru – i zbić sobie piąteczkę po dobrze wykonanej pracy. Dla Chrisa, wysiłek fizyczny był tylko jedną z części bardzo skomplikowanej układanki, a jego pierwszy oficjalny start nastąpił dopiero osiem miesięcy później, na UAE Tour 2020.
„Fizycznie to była brutalna droga, próba odzyskania mocy, którą straciłem w wyniku kontuzji. Ale psychicznie również było ciężko, bo kiedy widzisz tak małe postępy po tak ciężkiej pracy, to jest trudne”.
Zapytany, czy był moment, w którym poczuł, że odzyskał wszystko, nie pozostawia wątpliwości.
„Nie. Nigdy nie wróciłem do 100% po tej kraksie”.
Tamten okres oznaczał też koniec jego długiej przygody w Sky/Ineos. Drużyna, która przez lata stanowiła fundament jego kariery, nie mogła już zapewnić mu roli, jaką miał wcześniej. Against all odds to właśnie Israel-Premier Tech wyciągnęła do niego rękę, oferując nie tylko kontrakt, ale i możliwość powrotu na własnych zasadach.

Hiszpania, 2020 – motywacja
Wraca na trasy wielkich tourów na Vuelcie, która niegdyś okazała się dla niego tak prorocza i szczęśliwa. Jest w kolarstwie, choć postaci znanej z Tour de France w pewnym sensie już nie ma. Pozostaje częścią peletonu, jednocześnie będąc cichym widzem spektaklu, w którym do niedawna odgrywał pierwszoplanowe role i nadawał ton. Nie uzyskuje rezultatów na miarę ambicji, ale na jego twarzy wciąż widać coś, co można nazwać uporem podszytym radością. Skąd, wbrew wzrastającej świadomości tego, że powrót na sam szczyt nie będzie możliwy, czerpał motywację?
„To proste – z mojej miłość do sportu. Gdybym naprawdę nie kochał tego, co robię, nie byłbym w stanie robić tego codziennie. Nie byłbym w stanie wstawać każdego dnia z myślą o treningu, o przekraczaniu granic, o wszystkich poświęceniach. To naprawdę dlatego, że szczerze lubię jeździć na rowerze, lubię się ścigać, lubię atmosferę drużyny. To mnie trzymało”.
To doświadczenie zmieniło jego perspektywę.
„Uświadomiło mi, jakie miałem szczęście w latach, kiedy wygrywałem. Bo wszystko musiało się zgrać. A gdy brakuje jednego elementu, jak czułem przez ostatnie lata, to naprawdę pokazuje, jak dobrze wszystko musiało działać wcześniej. Stałem się bardziej wdzięczny za te doświadczenia, które miałem”.

Colle delle Finestre, 2018 / dziś – rewolucja na talerzu
Froome czterokrotnie zwyciężał w Tour de France, zawsze w sposób przekonujący, ale jeśli wskazać jeden moment, który definiuje jego wielkość, to był nim atak na Colle delle Finestre w 2018 roku. Odważna, solowa akcja odwróciła losy niemal przegranego Giro d’Italia, a tłem stała się zapierająca dech sceneria jednego z najpiękniejszych podjazdów Alp. Na szutrowych serpentynach wznoszących się ku przełęczy tłum kibiców rozstępował się w wąski korytarz, a kolarz w różowej koszulce coraz bardziej tracił kontakt – obraz odrodzenia i upadku uchwycony w jednym kadrze. Tamten dzień był jak spektakl rozgrywany na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów, z głównym bohaterem, który jeszcze dzień wcześniej typowany był jako jeden z największych przegranych.
Zazwyczaj w takich chwilach mówi się o heroizmie i odwadze, ale Froome, patrząc dziś z dystansu, zwraca uwagę na coś innego – na techniczny aspekt wysiłku tej skali i na rewolucję w odżywianiu, która na nowo zdefiniowała granice wydolności w peletonie.
„Największa zmiana to zdecydowanie odżywianie. Wcześniej ścigaliśmy się na dużo mniejszej ilości węglowodanów. Pamiętam, kiedy wygrałem ten etap Giro na Colle delle Finestre, wszyscy mówili, że to szaleństwo, bo jadłem blisko 100 gramów węglowodanów na godzinę. A teraz zawodnicy w każdym wyścigu jedzą znacznie powyżej stu, czasami 140, 150 gramów. To naprawdę olbrzymia zmiana”.

Alpy, 2022 – dane kontra instynkt
To Froome był pierwszą twarzą słynnej filozofii marginal gains – drobnych, obsesyjnie dopracowywanych ulepszeń, które w poprzedniej dekadzie zmieniły kolarstwo szosowe. Brytyjczyk stał się symbolem epoki, w której nauka i technologia przeniknęły do peletonu na niespotykaną wcześniej skalę. A jednak dziś to właśnie on sam najczęściej podkreśla, jak daleko ten proces zaszedł.
Contador atakował wstając z siodełka i wszyscy dawali się zahipnotyzować tańcowi Hiszpana. Kilka lat później Froome zostawiał rywali w tyle wpatrzony w Garmina, niezgrabnie pochylony, z charakterystycznie przekręconą głową. Nie było w tym stylu, ale były liczby, z którymi nikt nie mógł się równać.
„Jedną z największych zmian w ostatniej dekadzie jest wykorzystanie VeloViewera przez dyrektorów w samochodach. To daje informacje dosłownie metr po metrze – jakie nachylenie, jakie przeszkody na drodze, zwężenia, każdy detal. Wcześniej kolarze polegali na instynkcie, na radach starszych zawodników, którzy może jechali tymi drogami wcześniej. Teraz wszyscy jadą w stu procentach według tego, co mówi dyrektor przez radio. To bardzo zmieniło wyścigi”.
Konsekwencje bywają niebezpieczne.
„Myślę, że to uczyniło kolarstwo bardziej ryzykownym. Wszyscy teraz walczą o pozycję przez cały czas i to powoduje dużą część kraks. Zwłaszcza w środku etapu, kiedy tak naprawdę nie ma powodu, żeby walczyć o miejsce. Ale jest jakaś wąska kładka czy most i wszyscy chcą być pierwsi. To jedyny sport, gdzie jeśli powiesz, że przed nami znajduje się jakieś niebezpieczeństwo, reakcją jest przyspieszenie. W innych dyscyplinach ludzie by zwolnili. To paradoksalne, ale tak jest. I myślę, że to odebrało wartość doświadczeniu starszych kolarzy i sprawiło, że bardziej polegamy na technologii”.

Polska, 2025 – poza mainstreamem
Sierpień w Polsce to nie Alpy ani Pireneje, a wielu kolarzy obawia się niebezpieczeństw czających się na wąskich i krętych drogach południa kraju. Tutaj jednak Froome pozwala sobie na oddech – mniej presji, więcej życzliwości, atmosfera inna niż w regionach położonych bliżej centrum kolarskiego wszechświata.
Tour de Pologne spina w jego karierze wyraźną klamrę. Po raz pierwszy wystartował w nim w 2011 roku – i nie bez przesady można napisać, że właśnie tamtego sierpnia, na szosach Mazowsza, Śląska i Podhala, po raz ostatni był kolarzem niemal anonimowym, traktowanym jako zawodnik z drugiego szeregu. Tego samego miesiąca nastąpiła eksplozja formy i przełomowy występ w hiszpańskiej Vuelcie, który był pierwszym zwiastunem nadejścia epoki mającej zdefiniować kolarstwo szosowe w kolejnych latach. Jego epoki. I epoki rządów Team Sky.
Gdy wrócił w 2025, ten rozdział był już definitywnie zamknięty Trudno nie widzieć w tym symbolu: ten sam wyścig na początku i na końcu, jak dwa punkty wyznaczające granice w pewnym sensie dziwnej, bo do ostatniej chwili niespodziewanej kariery.
„Było naprawdę bardzo pozytywnie. To była przyjemność ścigać się tutaj w tym tygodniu. Ludzie byli bardzo otwarci, wspierali wszystkich zawodników, nie tylko Polaków. To nie zawsze tak wygląda w innych krajach. Tutaj naprawdę czułem, że kibice po prostu cieszą się, że mogą nas oglądać. To było bardzo miłe doświadczenie. Sama trasa była bardzo zróżnicowana i nieprzewidywalna. Wyścig był trudny do odczytania, ale myślę, że to właśnie czyni go ekscytującym”.

Przyszłość – pod znakiem zapytania?
Narrację tegorocznego Tour de Pologne zdominowało oświadczenie Rafała Majki, który jeszcze przed rozpoczęciem wyścigu ogłosił, że kończy karierę po tym sezonie. Krążące za kulisami plotki na temat zbliżonej trajektorii losów Froome’a zostały więc naturalnie przyćmione przez gwiazdę – w tych konkretnych okolicznościach – większą, choć perspektywa nadana przez czas być może już wkrótce pokaże, że niepozorna czasówka w Wieliczce była symbolicznym momentem dla obu.
Odchodzić można głośno, jak Majka, albo po cichu, jak Froome. W jego przypadku to „po cichu” trwa już od dawna – bo przecież de facto pożegnał się ze światem wielkiego kolarstwa w chwili wypadku w 2019 roku. Od tego czasu żyje w kolarskim epilogu, swoistym życiu po życiu, ciesząc się każdym kolejnym startem, każdym tygodniem w peletonie, tak długo, jak pozwalają mu na to okoliczności.
Sam przyznaje, że przyszłość stoi pod znakiem zapytania:
„Nie wiem jeszcze, czekam na decyzje zespołu. Wątpię, żeby to był mój ostatni wyścig, ale może to być mój ostatni sezon. To coś, o czym będę musiał zdecydować na koniec roku, kiedy zobaczę, jak się czuję. Ale na pewno zbliżam się do końca”.
To naturalne, że w takim momencie powraca pytanie o pamięć i spuściznę. Froome nie rozwija go przesadnie:
„Nie myślę o tym zbyt często, ale może [chciałbym być zapamiętany] jako ktoś, kto ciężko pracował i był pasjonatem tego sportu”.
W tym tonie pobrzmiewa prostota, ale i dystans. Narrację nowego pokolenia definiują dziś inni – Tadej Pogačar, Mathieu van der Poel. Froome pozostaje w tle, już nie jako heros marginal gains, lecz jako zawodnik świadomy, że jego epoka dobiegła końca. A jednocześnie wciąż obecny, jak kometa, która dawno temu przemknęła przez niebo, lecz jej blask nadal majaczy w pamięci kibiców.
Rozmawiała: Michalina Probosz
Wsparcie merytoryczne, tekst: Aleksandra Górska
Rozmowa zrealizowana dzięki wsparciu partnerów Ekoi i Probikes





![Strzała Walońska 2026: Axel Laurance niczym Chris Froome z Mont Ventoux 2016 [wideo]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2026/04/laurance-axel-itzulia-218x150.jpg)




Tak szczerze, to trochę ciężko się czyta, bo te opowiadania przeplatają się z wypowiedzią Chrisa, wolę jak jest klasyczne wprowadzenie, a potem pytanie odpowiedź, no ale to tak subiektywnie 🙂
Froom to super miły i pozytywny kolarz i człowiek. Byłem na TdP, wielu kolarzy po etapach chowało się w autokarach, nie wychodziło do kibiców itd. a Froom pomimo tego, że pod względem swoich osiągnięć był najbardziej utytulowanym kolarze tego wyścigu, wychodził po etapie do kibiców, robił zdjęcia, rozdawał autografy, uśmiechał się, rozmawiał itd. Słyszałem też opinie od osób które pracują na codzień w peletonie World Tour, że on taki był zawsze, miły, serdeczny uśmiechnięty. Szacun za to, bo pewnie wszyscy wiemy, że nie każdy zawodnik taki jest…