fot. Giro d'Italia

Za nami być może jeden z najlepszych wielkich tourów w historii, a na pewno w XXI wieku. Choć w rolach głównych 108. edycji Giro d’Italia niekoniecznie znalazły się największe gwiazdy obecnego peletonu to trzeba przyznać, że emocji nie brakowało, a na początkowo mocno krytykowanej trasie zawodnicy stworzyli prawdziwe widowisko. Kolejny raz potwierdziło się w ten sposób klasyczne powiedzenie, że wyścig tworzy nie jego przebieg, a to jak do ścigania podejdą kolarze.

Przed startem 108. edycji Giro d’Italia na temat wyścigu pojawiło się sporo krytyki – narzekano m.in. na to, że na niezwykle późno opublikowanej trasie znalazły się zaledwie 3 finisze na podjazdach, wątpliwości budziła też Grande Partenza na terytorium Albanii. Dodatkowo prestiżu wyścigowi zabrał fakt, że ominęli go obecnie najlepsi grandtourowcy świata, czyli Tadej Pogačar i Jonas Vinegaard. Oczekiwania związane z tegoroczną La Corsa Rosa nie były zatem przesadnie wysokie, a patrząc na suche liczby publikowane przez różne portale (oraz mając wzgląd do naszych statystyk) można było odnieść wrażenie, że na początku Giro d’Italia nie było specjalnie mocno śledzone przez fanów kolarstwa, którzy mniej licznie niż zwykle zaglądali czy to na transmisję z wyścigu, czy też na wiadomości z nim związane.

Z dnia na dzień wszystko się jednak rozkręcało, a przy tym nie sposób wskazać jakiś jeden punkt zwrotny. 108. edycja Giro d’Italia była po prostu niezwykle przyjemna do śledzenia, a sprzyjało też temu to, że szyki głównym faworytom krzyżowali młodzi – pierwszy czysto sprinterski etap wygrał Casper van Uden, z kolei po 1. tygodniu liderem został Isaac del Toro. O tym co było dalej można by napisać grubą książkę, zatem spróbujmy w kilku punktach opisać zakończoną w niedzielę w Rzymie tegoroczną edycję Giro d’Italia, której zwycięzcą po fantastycznej, sobotniej szarży został Simon Yates.

Skutecznie do celu

Podsumowanie wypadałoby zacząć od zwycięzcy, ale z tym jest jeden problem – o występie Simona Yatesa przed 20. etapem nie sposób napisać za wiele. Podczas gdy wielu kolarzy atakowało, kontratakowało, przeżywało kryzysy, było zamieszane w kraksy itd. to lider Team Visma | Lease a Bike po prostu jechał gdzieś po cichu, w cieniu i minimalizował straty. Wystarczy powiedzieć, że przez pierwsze 2 tygodnie ścigania Simon Yates w czołowej „10” etapu zameldował się tylko raz – był 5. na białych drogach prowadzących do Sieny.

W tym wszystkim 32-letni Brytyjczyk był idealną odwrotnością dawnego siebie – w 2018 roku to właśnie on animował wydarzenia, ale gdy przyszło do walki na Colle delle Finestre to przeżył on być może największy kryzys w swojej karierze. Tym razem Simon Yates był cichy, spokojny, ale gdy zaatakował to nie było czego zbierać. Oczywiście sporą rolę w jego sukcesie odegrała także dość dziwna postawa rywali, ale jak mawiał klasyk – zwycięzców się nie sądzi.

Torito skradł serca, ale i na koniec je złamał

Podczas gdy o występie Simona Yatesa nie sposób napisać za wiele to o jego głównym rywalu mogłaby tylko z tego występu powstać książka. Isaac del Toro przyjechał na Giro d’Italia jako jeden z pomocników Juana Ayuso i Adama Yatesa, ale w UAE Team Emirates – XRG postawiono w tym wyścigu na dość nietypową taktykę, której elementem było utrzymywanie minimalnych strat w klasyfikacji generalnej przez bardzo dużą grupę zawodników – długo wysoko plasowała się nie tylko wspomniana dwójka liderów, ale także rzeczony Isaac del Toro, a także Brandon McNulty, Jay Vine czy nasz Rafał Majka. Bliskowschodnia formacja mogła w ten sposób grać wieloma kartami, a gdy na białych drogach 9. etapu w kraksę zamieszany był Juan Ayuso to za atakującymi kolarzami INEOS Grenadiers ruszył Isaac del Toro. Meksykanin długo wiózł się bez dawania zmian, ale gdy kolejni kolarze odpadali z niewielkiej grupki na czele to w pewnym momencie 21-latek przejął inicjatywę – zaatakował, a wraz z nim podążył tylko mający duże straty Wout van Aert. Finał etapu w Sienie wywołał niemałą dyskusję, a kibice podzielili się na dwie frakcje. Jedni bronili postawy Belga, który nie pracował, bo miał z tyłu swojego lidera – czas pokazał, że był to późniejszy zwycięzca całego wyścigu, a uciekający z nim Meksykanin okazał się być jego głównym rywalem, ale w tamtym momencie chyba większość była jednak sercem przy „Torito„, jak nazywany był Isaac del Toro – 21-latek po 1. tygodniu został nowym liderem Giro d’Italia i zyskał ogromną sympatię widzów.

Choć 10. etap, czyli jazda indywidualna na czas, nie był dla Meksykanina idealny to ten zachował swoją koszulkę lidera i w kolejnych dniach szokował – 21-letni Torito nie tylko bronił swojego prowadzenia, ale i potrafił atakować. Dobre dni przeplatane były mniejszymi bądź większymi kryzysami, a zwłaszcza po ostatnim dniu przerwy, na trasie 16. etapu z metą na San Valentino można było zwątpić czy Isaac del Toro da radę. Ten jednak następnego dnia zrobił show i wygrał etap, a 2 dni później w Champoluc był 2. meldując się tylko za plecami uciekającego Nicolasa Prodhomme’a.

Foto: La Presse / Giro d’Italia

I wreszcie nadszedł ten etap do Sestrière… Prawdopodobnie większość kolarskiego świata tamtego dnia była po stronie młodego Meksykanina, który był o krok od sprawienia gigantycznej niespodzianki. Wszystko układało się dobrze aż do Colle delle Finestre, gdzie Torito w pewnym momencie oderwał się od grupy faworytów mając za towarzyszy tylko Richarda Carapaza i Simona Yatesa, choć właściwie patrząc na postawę Meksykanina wydaje się, że ten dostrzegał tylko pierwszego z wymienionych. 21-latek złamał wówczas serca swoim fanom najpierw nie pomagając Ekwadorczykowi w pogoni za uciekającym Brytyjczykiem, a później tracąc z kilometra na kilometr coraz więcej by w pewnym momencie mieć do Simona Yatesa aż 5 minut. Zapewne nigdy nie dowiemy się czy Isaac del Toro przeżywał wówczas jakiś wielki kryzys, czy też po prostu popełnił wielki błąd taktyczny, ale trzeba przyznać, że wyglądało to dziwnie, żeby nie powiedzieć źle, a na koniec pięknego występu pojawił się zgrzyt, który zepsuł magiczny obraz 21-latka. Czas pokaże czy ten będzie nowym Tadejem Pogačarem, czy też ten występ okaże się być złotym strzałem, do którego nawiązanie okaże się być niemożliwe. Mający ważny kontrakt z UAE Team Emirates – XRG do końca 2029 roku Meksykanin bez wątpienia już nigdy nie zostanie zignorowany przez rywali.

Mads Pedersen i Lorenzo Fortunato wygrali „bez walki”

Podczas gdy w klasyfikacji generalnej pisała się piękna historia, a zwrotów akcji przed wyścigiem nie wymyśliłby chyba nikt, w zestawieniach pobocznych wiało nudą. Początek zmagań, który nie dość, że był idealny dla Madsa Pedersena to jeszcze został perfekcyjnie wykorzystany przez Duńczyka i cały Lidl-Trek sprawił, że ten od pierwszych dni był praktycznie niezagrożony w walce o cyklamenową koszulkę. Oczywiście nie chcę tu w żadnym calu umniejszać osiągnięcia 29-latka – czapki z głów przed nim i tym w jakim stylu wygrywał w Tiranie, Wlorze, Materze i Vincenzy. Ciężko bowiem winić Madsa Pedersena, że jest genialnym kolarzem i w tym wyścigu nie znalazł się nikt, kto byłby gotów z nim powalczyć o triumf w klasyfikacji punktowej.

fot. Giro d’Italia/LaPresse

Prędzej gdybym miał mieć do żal do uczestników 108. edycji Giro d’Italia to miałbym go do tej grupy kolarzy, która mogła być zainteresowana koszulką górala. Okej, Lorenzo Fortunato już pierwszego dnia pokazał, że jest mocno nastawiony na walkę o ten trykot, ale jednocześnie błyskawicznie okazało się, że nikt mu nie zamierza w tym przeszkadzać. Włoch z XDS Astana Team nazbierał w sumie 355 punktów, drugie miejsce w tym zestawieniu zajął jego klubowy kolega, który zabezpieczał jego interesy, a konkretnie Christian Scaroni (201 pkt), zaś trzeci Nicolas Prodhomme punktów nazbierał zaledwie 107, a aż 105 z nich pochodziło z 19. etapu… Pasywność stawki górali była w tym roku bardzo przykra.

Rafał Majka ponownie był najlepszą wersją siebie

Choć, chyba jak każdy polski kibic, wolałbym zobaczyć Rafała Majkę walczącego o etapowy triumf bądź inne indywidualne cele to nie sposób nie zwrócić uwagi na to jak świetne to było Giro d’Italia w wykonaniu 35-latka. Zgred, niczym w dawnych czasach u boku Alberto Contadora czy w tych nowszych przy Tadeju Pogačarze, był w górach absolutnie kluczowym pomocnikiem potrafiącym dawać długie, mocne zmiany. Podczas gdy można było odnieść wrażenie, że w szeregach UAE Team Emirates – XRG „każdy sobie rzepkę skrobie” to Polak pozostawał wiernym gregario najpierw dla Juana Ayuso, a później dla Isaaca del Toro, z którym wydaje się, że zbudował naprawdę bliską i piękną więź. Rafał Majka bez wątpienia był jedną z najbardziej pozytywnych postaci tego Giro d’Italia, a jego grono fanów na całym świecie (zwłaszcza w Meksyku) uległo bez wątpienia znacznemu poszerzeniu po tym występie. Chapeau bas.

Faworyci na różny sposób zawodzili

Przed startem 108. edycji Giro d’Italia zapowiadano, że będzie to pojedynek pomiędzy Primožem Rogličem i Juanem Ayuso. Cóż, ktoś patrzący wyłącznie w wyniki mógłby powiedzieć, że źle się to zestarzało, aczkolwiek obserwując ten wyścig było widać, że po prostu najwięksi faworyci mieli sporo pecha, którego nie potrafili unikać. Słoweniec już podczas 1. czasówki pokazał, że do Włoch przyjechał szalenie mocny, ale później w trakcie wyścigu zaliczył niejedną kraksę, w tym mocno uderzył o asfalt tym samym bokiem co przed rokiem, w następstwie czego ujawniły się ukryte urazy. Ciężko tu zatem mówić o słabości, choć można sobie zadać pytanie czy 35-latek nie ma aby wypadków więcej niż rywale.

Również i Juan Ayuso jechał do pewnego czasu naprawdę świetny wyścig. Okej, Hiszpan stracił dość sporo po kraksie na 9. etapie, czyli na białych drogach, ale cały czas pozostawał wiceliderem, a przed nim plasował się tylko jego nominalny pomocnik. Punkt wyjścia 22-latek miał zatem idealny, ale potem i jego dopadły kraksy i urazy. Ukąszenie przez owada i opuchlizna twarzy, która zmusiła lidera UAE Team Emriates – XRG do wycofania się była dopełnieniem obrazu nieszczęścia, które pozbawiło Hiszpana szansy na życiowy sukces.

Pech dopadł też wielu innych kolarzy – Mikel Landa wyścig zakończył już po poważnej kraksie na 1. etapie, podczas której uszkodził kręgosłup. Antonio Tiberi do pewnego momentu plasował się na podium klasyfikacji generalnej, ale potem i jego upadki wyeliminowały z walki o końcowy sukces.

Byli też kolarze, którzy po prostu zawiedli. Jako pierwszy bardzo rozczarował Thymen Arensman, który już na 1. etapie poniósł niemałe straty. Wręcz dramatyczny występ zanotował David Gaudu. Mimo walki bez etapowego skalpu swój ostatni wielki tour ukończył Romain Bardet. Michael Storer po rozpaleniu apetytów fanów swoim występem w Tour of the Alps podczas Giro d’Italia był już anonimowy i „zaledwie” powtórzył zeszłoroczny wynik, czyli 10. miejsce w klasyfikacji generalnej. I wreszcie on – Tom Pidcock. Przed startem w Q36.5 Pro Cycling Team zapowiadano, że Brytyjczyk powalczy o etapy i co? I gówno. Tu nie ma co używać bardziej parlamentarnych słów. 25-latek pojechał niezwykle dziwny wyścig, podczas którego praktycznie nie włączył się do walki o pojedyncze odcinki, a przy tym w klasyfikacji generalnej zajął 16. miejsce. Po kolarzu tego kalibru oczekuje się czegoś więcej.

Wout van Aert – człowiek zagadka

Wout van Aert przed startem 108. Giro d’Italia poważnie chorował i podobno istniał nawet scenariusz, w którym 30-latek mógł się nie pojawić w Albanii. Taki stan rzeczy szybko potwierdziła postawa Belga – choć na 1. etapie ten jeszcze pokazał się niczym za dawnych czasów walcząc w sprincie z Madsem Pedersenem to później była tylko równia pochyła w dół, a odpadnięcie podczas 3. etapu czy nie rozprowadzanie Olava Kooija po dniu przerwy pokazały, że z Woutem van Aertem jest coś nie tak. Wydawać by się mogło, że ten wyścig będzie dla zawodnika Team Visma | Lease a Bike do zapomnienia… a ten wtedy wygrał szutrowy etap z metą w Sienie ogrywając na Via Santa Caterina świetnego Isaaca del Toro. Już to rozliczało występ 30-latka w Giro d’Italia, ale ten na tym nie poprzestał i po nieco anonimowych kolejnych 10 etapach zrobił coś, za co Simon Yates powinien postawić mu pomnik – dał zmianę, na jaką odpowiedzi nie miałby chyba nikt na świecie pomiędzy szczytem Colle delle Finestre a finałową wspinaczką do Sestrière. Wout van Aert kolejny raz udowodnił, że nie ma na świecie wielu tak uniwersalnych i mocnych pomocników jak on, a rozprowadzenie Olava Kooija po zwycięstwo w Rzymie było taką wisienką na torcie w tej kwestii.

fot. Giro d’Italia
Uciekinierzy czekali, ale się doczekali

Choć przed startem 108. edycji Giro d’Italia mówiono, że trasa jest ułożona pod uciekinierów to ci na swój pierwszy etapowy skalp musieli czekać aż do drugiej wyścigowej soboty, czyli 8. etapu. Wówczas po jednym z najbardziej szalonych bojów o znalezienie się przed peletonem, który trwał niemal 100 kilometrów pokonanych ze średnią przeszło 50 km/h oderwali się górale, spośród których najlepszy okazał się być Luke Plapp. Kolejny uciekinier swoje święto miał dopiero na 14. etapie, kiedy to niespodziewanie grupę ubiegł Kasper Asgreen. To już otworzyło worek zwycięstw dla harcowników, a swoje życiowe triumfy odnosili Carlos Verona, Christian Scaroni, Nicolas Prodhomme i Chris Harper. Po wygraną w ten sposób sięgnął także Nico Denz, który zdaje się mieć jakiś patent na Giro d’Italia.

Trasa nie musi być przepakowana trudnościami

Wszystko to co zostało powyżej opisane dowodzi jednego – wcale nie potrzeba 10 finiszów na podjazdach by wyścig był interesujący. Choć organizatorzy 108. edycji Giro d’Italia na papierze sporo zaryzykowali, a wytyczone przez nich trasy etapów spotkały się przed startem tegorocznego wyścigu ze sporą krytyką to finalnie maruderzy powinni przeprosić autorów przebiegu La Corsa Rosa – ci stworzyli bowiem bardzo otwartą trasę, która skłoniła kolarzy do bardzo odważnej jazdy i nie czekania na jeden, konkretny moment. To była bardzo miła odmiana po np. edycji z 2023 roku, kiedy to przez 19 etapów czekano na Monte Lussari.

Debata nad białymi drogami

Jeśli 108. edycja Giro d’Italia wywołała jakiejś kontrowersje w kwestii projektowania trasy to te mogą dotyczyć niemal wyłącznie 9. etapu. Czy odcinek do Sieny był ciekawy? Oczywiście, że tak, a białe drogi rozpoczęły niesamowitą przygodę Isaaca del Toro w różowej koszulce. Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że kraksy i defekty na tym etapie przyczyniły się do strat m.in. Primoža Rogliča, Juana Ayuso czy Dereka Gee, a i nawet walczący o etapowy triumf Thymen Arensman nagle przepadł po przebiciu opony. Czy taka losowość, która może potencjalnie zaprzepaścić efekty miesięcy przygotowań jest potrzebna podczas 3-tygodniowego wyścigu? Zapewne zdania będą podzielone, a 9. etap tylko dolał oliwy do ognia jeszcze bardziej dzieląc zwolenników i przeciwników tego typu utrudnień na trasach wielkich tourów.

fot. Team Visma | Lease a Bike
Amore Infinito

Na przestrzeni tych 10 punktów skupiłem się głównie na faktach, statystykach, liczbach, dokonaniach i analizach. Koniec końców jednak w sporcie to nie one są najważniejsze – pominąwszy aspekt kibicowski, gdzie rzeczywiście fakt zwycięstwa naszego ulubieńca potrafi być ważniejszy niż to w jakim stylu ten to osiągnie, sport ogląda się przecież przede wszystkim dla emocji. Sport to rozrywka. Tegoroczne Giro d’Italia to była rozrywka najwyższej kategorii. Kolejny raz po Giro d’Italia można zatem napisać, że da się w nim zakochać. Kochać je bezgranicznie.


Wszystko o 108. Giro d’Italia:
Poprzedni artykułRaport z weekendu: 3 polskie zwycięstwa i wiele dobrych wyników na szosach Europy
Następny artykułJuri Hollmann przeszedł 2 operacje po paskudnym wypadku z Giro d’Italia 2025
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
8 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Baba z mlekiem
Baba z mlekiem

„I co? I gówno”. Mistrz 👍👍👍

Pedro
Pedro

„Kolejny raz potwierdziło się w ten sposób klasyczne powiedzenie, że wyścig tworzy nie jego przebieg, a to jak do ścigania podejdą kolarze.” O co tu chodzić?

Stefan
Stefan

Wśród rozczarowań pomineliscie Daniela Felipe Martineza.
Nie istniał ani jako drugi nóż ani jako pomocnik. Beznadziejny występ drugiego przed rokiem kolarza

Majkel Wantyrnałt.
Majkel Wantyrnałt.

Czy ja wiem czy to był taki ciekawy wyścig? Ciekawe były tylko dwa etapy – mini strade bianke i ten ostatni. Dużą część faworytów wyłączył z gry pech, i to nie koniecznie na tych białych drogach. W sumie to była taka prawie powtórka z 2023, też nikt szczególnie mocno nie atakował przed Finestre, a nie to, że nie było gdzie. Trochę ten tekst podkoloryzowuje rzeczywistość i próbuje robić z tegorocznego wyścigu coś więcej niż było to w rzeczywistości. Dla mnie rozczarowujące jest też poniekąd zamurowywanie wyścigu przez UAE, które trochę (nie 1 do 1ego) przypomina to co robiło Sky. Całe szczęście, że EF udało się na koniec ich zdemolować, bo raczej nie byłoby takiego rozstrzygnięcia na przedostatnim etapie, gdyby Del Toro miał do dyspozycji swoich pomagierów.

Majkel Wantyrnałt.
Majkel Wantyrnałt.

@Jakub Jarosz
Nic szczególnie decydującego się tam nie zdarzyło, ani nic co szczególnie zapadłoby w moją pamięć.

pietro
pietro

Zgadzam się że otrzymaliśmy ciekawy wyścig. Brak doświadczenia i niestabilność del Toro sprawiały że na każdym etapie można było oczekiwać że dojdzie do zmiany lidera. Carapaz kąsał przez cały tydzień, twist Yatesa, Majka oraz liczne ucieczki. Do tego piękne widoki i trochę kolarskiej egoztyki na starcie w Albanii.