fot. Tour de France

“Gdy puszczano go w telewizji, ulice pustoszały” – słyszymy często, gdy ktoś wspomina któryś z kultowych seriali, ewentualnie występy polskich piłkarzy za kadencji Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka. Właściwie to samo można byłoby powiedzieć o lublańskich ulicach w czasie Tour de France. Mam jednak pewne wątpliwości co do tego, by przyczyną była chęć obejrzenia kolejnego legendarnego wyczynu Tadeja Pogačara. W Lublanie po prostu padał wtedy deszcz.

To był długo planowany wyjazd – bynajmniej nie delegacja. Był marzec, gdy jeden z moich kolegów ze studiów zaproponował, żebyśmy w trójkę wyjechali w któryś z lipcowych weekendów do którejś z bałkańskich stolic. Nie mogłem zaprzepaścić takiej okazji – Lublana, 19-21 lipca, co wy na to? – rzuciłem od razu. Połączenie zwiedzania pięknego ponoć słoweńskiego miasta, stolicy stworzonych przez Napoleona w XIX wieku Prowincji Iliryjskich z możliwością obserwowania z bliska emocji, które wywołuje w swojej ojczyźnie Tadej Pogačar wydało mi się pomysłem wręcz idealnym, w zasadzie pozbawionym wad.

O zawodzie mówić nie mogę. Majestatyczny zamek położony na malowniczym wzgórzu, widoczny z większości reprezentacyjnych miejsc stolicy Słowenii – inaczej niż ten na Wawelu, który mam okazję oglądać na co dzień. Olbrzymi Park Tivoli miejscami przypominający raczej las niż typowy przykład zielonej zabudowy miasta. Wreszcie mijane po drodze Planica i zapierający dech w piersiach wodospad Peričnik. Tak, Słowenia to kraj, który zdecydowanie warto zobaczyć.

Jak jednak zapewne doskonale zdajesz sobie, drogi czytelniku, sprawę, Naszosie.pl nie jest miejscem, gdzie na co dzień opisujemy poszczególne punkty na mapie Europy. To portal kolarski, więc wypadałoby skupić się raczej na tych elementach mojej wyprawy, które związane są z naszą ukochaną dyscypliną sportu. A tu niestety nie ma zbyt wiele do opowiedzenia. Niestety, podczas mojej wizyty…

…Lublana nie żyła kolarstwem tak jak wcześniej Euro

Niespełna tydzień przed wyjazdem do Lublany miałem okazję być na krakowskiej strefie kibica zorganizowanej przy okazji finału mistrzostw Europy w piłce nożnej. Oczywiście reprezentacja Polski do finału nie doszła – pewnie wszyscy pamiętacie, że odpadła w fazie grupowej. A jednak pod Tauron Areną zebrały się tłumy – często zaangażowanych kibiców, ubranych w koszulki Anglii i Hiszpanii (oczywiście więcej było “Hiszpanów”) i wiwatujących po kolejnych golach jednej bądź drugiej drużyny.

To, co napisałem powyżej, brzmi jak oczywistość. Tak dzieje się zresztą chyba w całej Europie. Strefy kibica Euro 2024 można było ponoć spotkać również w stolicy Słowenii – już po powrocie z Bałkanów zdołałem wyczytać, że jedna z nich znajdowała się na… Placu Pogačara. Kolarskich kibiców muszę jednak zmartwić – miejsce to nie powstało na cześć trzykrotnego (od wczoraj) zwycięzcy Tour de France, a o wiele wcześniej – jego patronem jest XIX-wieczny biskup Lublany, Janez Zlatoust Pogačar.

I wiele wskazuje na to, że właśnie nazwa jest jedynym, co łączy plac z kolarstwem. O jego istnieniu dowiedziałem się już po powrocie, więc nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że żadnej kolarskiej strefy kibica tam nie było. Istnieje więc pewne prawdopodobieństwo, że podczas transmisji kolejnych etapów Tour de France plac po brzegi wypełniony był ubranymi w białe (lub żółte) koszulki UAE Team, przez wiele godzin wpatrzonych w ekrany telebimów. Tak samo mogło być również w innych miejscach Lublany – jeden weekend to bowiem zdecydowanie zbyt mało, by przeczesać całe miasto.

Jednak szansa na to, że tak właśnie było jest marginalna. Gdy na początku lipca napisałem do oficjalnego fanpage’u Pogačara maila z pytaniem o kolarską strefę kibica w stolicy Słowenii, odpowiedź brzmiała następująco: Nasza telewizja publiczna transmituje ten wyścig, ale będzie można oglądać go również w wielu barach i lobby hotelowych – o żadnych klasycznych strefach kibica nie było mowy, za to polecono mi sportowy pub “Lepa Žoga”. Niestety, gdy już w sobotnie popołudnie udało mi się do niego dotrzeć, na tablicy zobaczyłem tylko taki napis.

fot. Bartek Kozyra

Tak, choć od finału Mistrzostw Europy minął blisko tydzień, to właśnie nim sportowy pub kusił klientów. Nim – nie możliwością obejrzenia zwycięstwa Słoweńca w największym wyścigu na świecie.

Niewykorzystany raj

Na szczęście w pubie, który okazał się rajem dla fana sportu, rzeczywiście dało się obejrzeć etap Tour de France. I nie tylko! Oczywiście Wielka Pętla była odtwarzana na jednym z dwóch największych telewizorów – na drugim można było oglądać kwalifikację do kolejnego GP Formuły 1, zaś na pozostałych, inne wydarzenia sportowe – m.in… mecz Ekstraklasy pomiędzy GKS-em Katowice, a Radomiakiem Radom.


Problem jednak w tym, że wydarzeń tych – łącznie z Tour de France, właściwie nikt nie oglądał – dopiero na około godzinę przed zakończeniem etapu przestaliśmy być jedynymi osobami w pubie, ponieważ… dołączyła do nas para w średnim wieku. I tak w piątkę oglądaliśmy wygrany przez Słoweńca etap aż do mety. Dla porównania, gdy na samym początku Euro 2024 oglądałem w jednym z krakowskich pubów sportowych niewiele znaczący mecz Turcja-Gruzja, frekwencja była mniej więcej czterokrotnie większa.

To fakt, sobota nie sprzyjała wychodzeniu z domu, ponieważ od rana do wieczora z nieba spadał rzęsisty deszcz. Niestety, następnego – już zdecydowanie ładniejszego, dnia nie było wiele lepiej. Przed 15 ponownie wybraliśmy się do “Lepy”, żeby obejrzeć na obczyźnie mecz Cracovii z Piastem Gliwice (bo ten również był dostępny na tym samym kanale). Ten skończył się w okolicach godziny 17, gdy ostatni etap Tour de France powoli się rozkręcał, a do startu gotowali się już powoli m.in. Nelson Oliveira i Wout van Aert (a także nasz Michał Kwiatkowski. W tamtym momencie oglądały go już “aż” 4 osoby – tyle że była to niemieckojęzyczna rodzina, a nie zagorzali słoweńscy fani.

Nieśmiałe oklaski

Na Starym Mieście, wzdłuż rzeki – Ljubljanicy, gdzie udaliśmy się później, wcale nie było zdecydowanie lepiej, na co wpływ mógł mieć fakt, że większość spacerujących tam ludzi stanowili obcokrajowcy. Słoweńscy restauratorzy chwalili się swoim dobrem narodowym, a na ścianach wielu lokali można było zobaczyć telewizor z włączonym ostatnim etapem wyścigu. I choć faktycznie klientów było w nich więcej, niż w położonej nieco dalej od ścisłego centrum “Lepy”, to znów trudno było odnieść wrażenie, że ludzie przyszli tam dla Pogačara. 

Nazwisko nowego “Kanibala” rzadko pojawiało się w prowadzonych różnymi językami rozmowach, zaś na oko trudno było zauważyć, by lokale z telewizorkiem miały znaczącą przewagę nad tymi bez. Mało kto patrzył też regularnie w ekran telewizyjnego monitora. Gdy Pogačar startował, nie słychać było żadnego poruszenia – dopiero na kilkanaście kilometrów przed przekroczeniem przez niego linii mety, przed restauracją zaczęli zatrzymywać się spacerujący wcześniej po mieście ludzie. 

Jednak nie – to również nie byli zagorzali kibice Słoweńca. Gdy dojeżdżał do mety zapewniając sobie po dwóch latach przerwy trzecie zwycięstwo w Tour de France żaden z nich nie krzyczał. Na twarzach klientów restauracji nie było też widać najmniejszych śladów poruszenia. Gdy zacząłem klaskać, pozostali poszli w ślad za mną, ale to tyle. 

Naród (nie) bez kibiców

Czytając ten tekst można byłoby dojść do wniosku, że Słoweńcy są narodem niewdzięcznym, niedoceniającym, a może nawet nie zdającym sobie sprawę z tego, jakiego kolarza udało im się doczekać. Byłby to jednak obraz wyjątkowo niesprawiedliwy – żeby to dostrzec wystarczy włączyć telewizor. Najważniejsze górskie etapy Tour de France ściągnęły przecież wielu rodaków Pogačara, a ich zainteresowanie kolarstwem najlepiej widać było na etapach Giro d’Italia – szczególnie tych położonych nieopodal włosko-słoweńskiej granicy.

Pogačar jest w Słowenii gwiazdą, nawet jeśli jego twarz nie jest tam eksponowana na billboardach i w telewizyjnych reklamach równie często, co w Polsce Igi Świątek – woda “Jana” – to jedyny produkt, którego reklamę z udziałem Słoweńca udało mi się zobaczyć na stołecznych ulicach. Jednak przemieszczając się komunikacją miejską właściwie na każdym kroku natrafiało się na informację o zbliżającym się ku końcowi Tour de France – ozdobioną rzecz jasna zdjęciami z kolejnego triumfu 26-latka.

W stolicy Słowenii można nawet znaleźć magnesy z podobizną Pogačara, a kolarza UAE, podobnie jak innych sportowców, ominęła nawet swoista “komunizacja”, której doświadczyli choćby “Pavel II” i Jezus.

fot. Bartek Kozyra

Mimo wszystko, liczyłem, że Słoweńców sukces rodaka poruszy bardziej. Zwiedzając Lublanę ani razu nie odniosłem wrażenia, że “Pogi” jest tam sportowcem numer jeden – nawet na załączonym zdjęciu widać również magnesy z podobiznami m.in. Primoža Rogliča, Zorana Dragiča oraz Luki Donciča. A była to jedyna związana z nim pamiątka, na którą udało mi się natrafić, podczas gdy koszulki Jana Oblaka i wspomnianych wcześniej koszykarzy można było znaleźć na każdym kroku.

Brak ludzi świętujących na ulicach również mógł nieco zawieść. Owszem po kolejnych sukcesach Igi Świątek kochający ją przecież kibice, również nie dają w centrach miast upustu swoim pozytywnym emocjom. Kolejne wygrane przez nią wielkie szlemy przyciągają tłumy przed telewizory – nie do stref kibica. Tyle że przecież kolarstwo jest sportem potrafiącym zjednoczyć ludzi zdecydowanie lepiej, niż tenis. To dyscyplina wprost stworzona dla ludu, o czym doskonale wiedzą ci, którzy choć trochę interesują się Polską z czasów PRL-u.

Jeśli ktoś nie chce szukać w daleko w historii – wystarczy spojrzeć na reakcję, jakie wywołało w Ekwadorze zwycięstwo Richarda Carapaza w Giro d’Italia. Nawet kojarzeni raczej ze stoickim spokojem Duńczycy zareagowali ekstazą na przybycie Jonasa Vingegaarda do kraju, po jego wygranej w Tour de France. Kolarstwo wciąż ma potencjał, by wywoływać zbiorowe emocje – i kto wie, być może było to widać nawet w Słowenii, choćby w rodzinnych stronach “Pogiego”. Jednak o stolicy kraju trudno było powiedzieć, że „dziś nie zaśnie”. Wygląda na to, że zasnęła – i to całkiem szybko. A jeśli nie, to raczej nie z powodu wielkiego sukcesu „Nowego Kanibala”. 

Poprzedni artykułTadej Pogačar nie wystartuje na igrzyskach olimpijskich
Następny artykułTour de France 2024: Bilans nagród wywalczonych przez ekipy
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze