fot. Tour de France™

Dzisiejszy etap Tour de France z pewnością nie przejdzie do historii kolarstwa, ale nie znaczy to, że brakowało na nim emocji. Na żywo 17. odcinek oglądało się bardzo ciekawie – odjazd formował się niemal 3 godziny, a spośród przeszło 50 uciekinierów po wygraną sięgnął Richard Carapaz, dla którego to pierwsza wygrana w Tour de France w karierze. Liderem klasyfikacji generalnej 111. edycji pozostaje Tadej Pogačar.

Dziś na kolarzy czekał etap teoretycznie dedykowany uciekinierom – początkowe 140 kilometrów było bowiem dość płaskie i nie wyglądało zachęcająco pod kątem kontroli dla ekip górali, końcówka zaś była za trudna by ktoś poza faworytami klasyfikacji generalnej mógł myśleć o wygranej z peletonu. W drugiej części 178-kilometrowej trasy do pokonania były podjazdy na Col Bayard (6,8 km; 7,3%), Col du Noyer (7,5 km; 8,1%) oraz finałowe SuperDévoluy (3,8 km; 5,9%).

Tuż po starcie mocno dziś powiało i zamiast walki o obecność w ucieczce dnia oglądaliśmy podziały w peletonie – z tyłu zostało m.in. wielu kolarzy UAE Team Emirates czy praktycznie cały zespół TotalEnergies. Średnia prędkość na pierwszych kilometrach przekraczała przez to 50 km/h, ale pogoń okazała się być bardziej zmotywowana od czoła peletonu i po 15 kilometrach jazdy wszyscy znów jechali razem.

Skoki oglądaliśmy przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów – bardzo aktywnie jechali m.in. Wout van Aert (Team Visma | Lease a Bike) i Ben Healy (EF Education – EasyPost), ale inni chętni cały czas przyczyniali się do tego, że główna grupa jechała razem. Na zawiązanie się odjazdu przeszło nam czekać prawie 1,5 godziny, a na czele znaleźli się Tiesj Benoot (Team Visma | Lease a Bike), Bob Jungels (Red Bull – BORA – hansgrohe), Romain Grégoire (Groupama-FDJ) i Magnus Cort (Uno-X Mobility). Choć czwórka szybko zyskała prawie minutę przewagi to ataki za ich plecami nie ustały.

Mocne skoki sprawiły, że na pewien czas za peletonem zostali m.in. Biniam Girmay (Intermarché – Wanty), Jasper Philipsen (Alpecin-Deceuninck) i Adam Yates (UAE Team Emirates), ale ostatecznie i to się zjechało. Z przodu akcji zaczepnych na 80 kilometrów przed metą próbował za to Michał Kwiatkowski (INEOS Grenadiers), z którym zabrać niestety chciało się zbyt wielu rywali. Tym samym za plecami czwórki uciekinierów peleton we względnej całości dotarł aż do lotnej premii, gdzie Biniam Girmay ograł Jaspera Philipsena umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji punktowej.

55 kilometrów przed metą, gdy już wydawało się, że peleton upilnuje dziś uciekinierów, przed główną grupą znalazła się ogromna pogoń, w skład której weszło niemal 50 kolarzy. Nie było tam nikogo groźnego w klasyfikacji generalnej, ale za to w grze o wygraną etapową znaleźli się m.in. Christophe Laporte i Wout van Aert (Team Visma | Lease a Bike), Marc Soler i Pavel Sivakov (UAE Team Emirates), Richard Carapaz (EF Education – EasyPost), David Gaudu z aż 4-osobową obstawą (Groupama-FDJ), Simon Yates (Team Jayco AlUla), Kévin Vauquelin (Arkéa – B&B Hotels), Enric Mas (Movistar Team), Guillaume Martin (Cofidis) czy Romain Bardet i Warren Barguil (Team dsm-firmenich PostNL).

U podnóża pierwszej dziś górskiej premii na Col Bayard (6,8 km; 7,3%) sytuacja prezentowała się następująco:

  1. Tiesj Benoot, Bob Jungels, Romain Grégoire i Magnus Cort
  2. +1:30 48-osobowa pogoń
  3. +5:15 Peleton z czołówką klasyfikacji generalnej

48-osobowa grupa szybko się podzieliła – z tyłu został m.in. David Gaudu, do przodu z kolei ruszyli Guillaume Martin (Cofidis) i Valentin Madouas (Groupama-FDJ), którzy szybko zaczęli się zblizać do uciekającej czwórki. Na szczycie, który jako pierwszy przeciął Magnus Cort, dwójka miała już tylko 25 sekund straty do czołówki, druga grupa zaś traciła nadal ponad minutę. W peletonie spokojne tempo narzucał Nils Politt (UAE Team Emirates), a różnica przekroczyła na 30 kilometrów przed metą poziom 6 minut. Losy etapowego triumfu miały się rozstrzygnąć na kombinacji Col du Noyer (7,5 km; 8,1%) i SuperDévoluy (3,8 km; 5,9%).

18 kilometrów przed metą Guillaume Martin i Valentin Madouas dogonili uciekającą czwórkę, a po chwili do prowadzącej grupy spróbowali dołączyć także Simon Yates (Team Jayco AlUla), Richard Carapaz (EF Education – EasyPost) i Stephen Williams (Israel-Premier Tech). Cała trójka nie zatrzymała się po dogonieniu rywali – pierwszy z wymienionych pomknął solo w stronę mety, a następna dwójka traciła do niego cały czas ledwie kilka sekund.

Simon Yates został dogoniony przez Richarda Carapaza na 14,8 kilometra przed metą. Dwójka błyskawicznie odstawiła na ponad pół minuty Stephena Williamsa, a pierwsza większa grupa traciła na tym etapie dzisiejszej rywalizacji około 45 sekund do czołówki. Ekwadorczyk z przodu kręcił jednak bardzo mocno i na 13 kilometrów przed końcem zerwał ze swojego koła Simona Yatesa ruszając po swój upragniony, pierwszy w karierze etap Tour de France, a przy okazji dopełnienie „wielkotourowego hattricka” – 31-latek miał już w swoim dorobku wygrane podczas Giro d’Italia i La Vuelta a España. Warto pamiętać, że Ekwadorczyk otarł się w 2020 roku o etapowy triumf, a rok później stanął na podium klasyfikacji generalnej.

fot. Le Tour, meta 18. etapu 2020 roku, kiedy to Ekwadorczyk nie walczył z Michałem Kwiatkowskim o wygraną oddając ją Polakowi

Na szczycie Col du Noyer (7,5 km; 8,1%), czyli na 11,5 kilometra przed metą, sytuacja prezentowała się następująco:

  1. Richard Carapaz
  2. +0:15 Simon Yates
  3. +0:35 Enric Mas
  4. +0:50 Pierwsza większa grupa uciekinierów

Peleton pokonywał ten podjazd ze stratą niemal 9 minut i w pewnym momencie mocno się zredukował – zostało w nim tylko 11 najlepszych kolarzy klasyfikacji generalnej, a chwilę później wszystko rozsypać postanowił atakujący Tadej Pogačar (UAE Team Emirates) – lider wyścigu zerwał wszystkich z koła, a najbliżej Słoweńca był co ciekawe Remco Evenepoel (Soudal Quick-Step), a Jonas Vingegaard (Team Visma | Lease a Bike) tracił nieco więcej.

Na zjazdach wspierany przez uciekającego wcześniej Christophe’a Laporte’a Duńczyk dogonił najpierw Belga, a po chwili także Tadeja Pogačara, któremu dość zaskakująco zmiany dawał Georg Zimmermann (Intermarché – Wanty) – pierwsza trójka ponownie zachowywała status quo.

Z przodu Richard Carapaz nie dał się już nikomu dogonić i sięgnął po piękny triumf ubiegając Simona Yatesa i Enrica Masa. Z tyłu cały czas działo się wiele – na atak zdecydował się tam Remco Evenepoel, który z pomogą Jana Hirta zyskał dziś nieco nad Tadejem Pogačarem i Jonasem Vingegaardem.

Wyniki 17. etapu 111. Tour de France:

Wyniki dostarcza FirstCycling.com


Wszystko o 111. Tour de France:

Poprzedni artykułGravel Adventure na Polanie Jakuszyckiej
Następny artykułGravelowe ściganie na VeloBank VIA Dolny Śląsk
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
6 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Aleksander
Aleksander

Remco zobaczył słabość Vingegarda, zacznie go teraz atakowac, jest duza szansa ze na etapach ktore zostały odrobi te 2min

Wojtek
Wojtek

Remco, jak ty mnie dziś zaimponowałeś.

Grzegorz
Grzegorz

pozostaje emocjonowac sie jazdą Slowenca, Dunczyka i Belga bo nasz Kwiatek to nie wiem po co pojechal na ten tour. Dramat, co etap traci 40 albo 30 albo 20 minut i turla sie w ogonie.
Nie wiem czy on nie ma ambicji dac troche radosci polskim kibicom albo chociaz dla samego siebie…

sheva
sheva

Spokojnie. Na jednym etapie Jonas stracił kilkanaście sekund do Remco. Ale kilka dni wcześniej to Remco dostał w plecy 2 minuty. Dziś dzień był ciężki, tempo masakryczne, upał itp., zobaczymy co się jutro wydarzy. Wygląda tylko na to, że Pogacar raczej słabości nie zanotuje, chyba że sam nie jest świadomy że takimi zrywami może przeszarżować. Chociaż w tamtym roku też było tylko 10 sekund różnicy i brak oznak słabości, a potem Tadej zaliczył nagły zgon. W sumie to każdego z panów w top 3 może dopaść kryzys w każdym momencie, albo co gorsza dzwon… Tfu…

Marcin
Marcin

Grzegorz, wolę Kwiatka w ogrodzie… tfu, w ogonie, niż szarżującego Rafała M. z głową odwróconą do tyłu. Często się z ojcem zastanawialiśmy, czy Rafał M. nie osiągałby lepszych wyników, gdyby jeździł tyłem.