fot. Lotto Soudal

Alec Segaert i Leo Hayter długo stawiali zacięty opór Sorenowi Waereskjoldowi, ale ostatecznie zakończyli czasówkę w Wollongong z mniej cennymi krążkami.

Obaj zaczęli bardzo mocno. Choć ich występy dzieliły ponad dwie godziny (Hayter wystartował o 14:17 , a Segaert o 16:24 czasu australijskiego), to wyglądały one całkiem podobnie. Zwłaszcza na pierwszym okrążeniu. Na pierwszy punkt pomiaru czasu szybciej dostał się Segaert, ale jego przewaga nad Hayterem wynosiła zaledwie sekundę. Na kolejnym pomiarze minimalnie – o zaledwie kilka dziesiątych – lepszy okazał się Brytyjczyk.

Mój plan tempa został ustalony przez mojego brata Loica, który pełni funkcję mojego trenera. Całkowicie mu ufam. Pracowaliśmy nad tym praktycznie do ostatniej chwili, ponieważ ciągle zmieniał się kierunek wiatru, który miał tutaj przecież duże znaczenie. Plan był świetny, jednak dokładne trzymanie się go nie było zbyt proste. Gdy widzisz tych wszystkich fanów, dopignujących cię przy drodze. Gdy masz w głowie to, ilu ludzi ogląda cię w telewizji… to bardzo ważne, by kontrolować swoje tempo. Nie dać się ponieść

– mówił Segaert cytowany przez biuro prasowe zespołu.

Gdy zaledwie 19-letni Belg, który jednak zdążył już w tym roku zdobyć mistrzostwo Europy orlików, zaczynał drugie okrążenie wiedział już, że to nie Hayter będzie jego głównym rywalem do zwycięstwa. W tamtym momencie na mecie najlepszy czas miał Soren Waerenskjold, który na półmetku był od niego gorszy o 3 sekundy.

Niestety, na drugim okrążeniu Segaert stracił do niego na drugim okrążeniu 20 sekund i dość wyraźnie przegrał z nim walkę o złoto. Trudno jednak powiedzieć, że słabo rozłożył siły – w drugiej części dystansu był wolniejszy tylko od Norwega.

Myślę, że poradziłem sobie z tym bardzo dobrze. Po pierwszym okrążeniu wciąż zostało mi dość dużo paliwa w baku. Plan brata się sprawdził

– zapewniał.

Bratu wiele zawdzięcza również Hayter. W jego przypadku brat nie jest trenerem, a zawodnikiem elity, który w niedzielę zajął niezłe, 4. miejsce. A zapewne byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie defekt pod koniec pierwszej rundy. Brytyjczyk, który miesiąc temu skończył 21 lat miał więc od kogo czerpać.

To było fajne. Mogliśmy się razem przygotować, zrobić rekonesans, a później obejrzałem jego występ zarejestrowany przez kamery w samochodzie. Mogłem zobaczyć, co zrobił dobrze. To było całkiem miłe doświadczenie

– mówił CyclingNews.

Doświadczenie przyniosło efekty. I to zaskakująco dobre. Bo choć w tym sezonie Hayter odniósł już większy sukces – we wspaniałym stylu wygrał Giro d’Italia dla młodzieżowców – to jego brąz na mistrzostwach świata w jeździe indywidualnej na czas jest sporą niespodzianką. – Nie spodziewałem się tego. Ostatnią międzynarodową czasówkę jechałem ponad dwa lata temu – przypomniał.

Biorąc to pod uwagę, nie należy wykluczać, że w drugiej części mistrzostw – w wyścigu ze startu wspólnego – również spisze się bardzo dobrze. Sam jednak nie spodziewa się po sobie wielkich rzeczy.

Biorąc pod uwagę mój styl ścigania, nie jest to trasa pode mnie. Aby wygrać, potrzeba wielu krótkich przyspieszeń, a nie jednego długiego. To nie jest dla mnie dobra wiadomość, ale i tak zamierzam dać z siebie wszystko

– zapewnia kolarz, który do kolejnych startów może podejść bez większej presji. Nie tylko dlatego, że z Australii nie wyleci już z pustymi rękami. Drugą przyczyną jest fakt, że od dawna wie już, gdzie będzie jeździł w przyszłym sezonie. Jego nową ekipą będzie INEOS Grenadiers, w której pełni obecnie rolę stażysty (choć nie zdążył jeszcze zadebiutować).

Zresztą, swoją przyszłość – także tę daleką, zna młodszy o dwa lata Segaert. On z kolei zaledwie kilka dni temu podpisał kontrakt z Lotto Soudal (od przyszłego roku Lotto Dstny), tyle że zacznie on obowiązywać… dopiero w 2024 roku. Do tego czasu ma jeździć w młodzieżowej formacji tego zespołu, choć biorąc pod uwagę jego występ w Australii, a także sytuację sportową jego aktualnej ekipy, nie można wykluczać, że plany te ulegną jeszcze zmianie.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments