fot. La Vuelta / Charly Lopez

77. edycja wyścigu Vuelta a España przeszła do historii. Byliśmy świadkami bardzo ważnego momentu w karierze Remco Evenepoela, który udowodnił, że może być specjalistą od wielkich tourów. Majaczące się w tle tego zwycięstwa pożegnania Alejandro Valverde i Vincenzo Nibaliego zwiastują zaś następującą w ukochanym przez nas sporcie zmianę pokoleń. Oto kilka refleksji na temat ostatnich dni hiszpańskiego wielkiego touru. 

Mick Jagger kolarstwa jeszcze żywy

Ze względu na podobieństwo fizyczne oraz rock’n’rollowy styl bycia Rigoberto Uran jest nazywany kolarskim Mickiem Jaggerem. W sporcie miał swoje wielkie momenty – na przykład wtedy, gdy dwukrotnie stawał na podium Giro d’Italia i raz Tour de France, ale ostatnio jego nazwisko zeszło z pierwszych stron gazet ze względu na brak większych sukcesów. W związku z tym, że liczy on sobie już 35 wiosen, można było stawiać pytania o to, czy wróci na najwyższy stopień podium.

Odpowiedź nadeszła na siedemnastym etapie hiszpańskiej Vuelty z metą na Monasterio de Tentudia, gdzie w trakcie trzystumetrowego finiszu wyprzedził Quentina Pachera (Groupama-FDJ) oraz Jesusa Herradę (Cofidis). Tym samym zdobył etapową koronę trzech wielkich tourów. Po zakończeniu rywalizacji wszyscy otrzymaliśmy od Urana solidną lekcję filozofii życia. Kolumbijczyk w charakterystyczny dla siebie sposób opowiadał, aby nigdy nie przestawać wierzyć i każdego dnia budzić się z wdzięcznością oraz radością. Zapewniał, że on sam nauczył się cieszyć sportem, swoimi rywalami i swoją rzeczywistością. Dzięki temu był w stanie zwyciężyć na tej Vuelcie.

Rigoberto Uran swoją osobowością zaskarbił sobie rzesze fanów. Jego zwycięstwo na siedemnastym etapie wywołało falę radości i pozytywnych komentarzy, bo wielu ściskało za niego kciuki. Jest to jego pierwsze zwycięstwo w wielkim tourze od 2017 roku i zarazem pierwsze w tym sezonie. Przy okazji postawiło drużynę EF Education-Easy Post w lepszej pozycji w walce o licencję World Tour, w której podopieczni Jonathana Vaughtersa także biorą udział. Chociaż to było dla Urana najmniej ważne…

Afera Rogliča

Do niesamowitych wydarzeń doszło na finiszu szesnastego etapu z metą do Tomares. Na „hopce” znajdującej się na ostatnich trzech kilometrach ataku spróbował Primož Roglič, który miał ochotę na odrabianie czasu nad Remco Evenepoelem (Quick-Step Alpha Vinyl). Słoweniec chciał wykorzystać dynamiczną końcówkę na swoją korzyść, ale chyba przez myśl mu nie przeszło, że ta akcja może spowodować jego wycofanie z wyścigu.

Trzykrotny zwycięzca Vuelty zmusił się w tej końcówce do maksymalnego wysiłku. Wprowadził się w stan, w którym sportowiec nawet nie wie, co dzieje się wokół niego. Pokonuje w tym momencie olbrzymie fizycznie cierpienie i jest maksymalnie skoncentrowany na swoim celu. Na ostatnich kilkuset metrach Roglič składa się nagle jak domek z kart, a realizator transmisji pokazuje szybko zbierającego się po mocnym upadku Słoweńca w tle finiszującego po zwycięstwo Madsa Pedersena. Dalej był już tylko gorzej.

Doskonale pamiętamy zdjęcia ze słynnego już etapu jazdy indywidualnej na czas na La Planche des Belles Filles na zakończenie Tour de France 2020. Roglič kiepsko tego dnia dysponowany i jadący w żółtym kostiumie lidera ponosi sromotną porażkę, a na domiar złego na jego głowie w komiczny sposób przekrzywia się kask. Tym razem w Hiszpanii zmierza do mety oszołomiony, z na poły opadniętymi z nosa okularami, a po chwili siada przy barierkach i tępym wzrokiem, dyszący z powodu wysiłku i upadku, wpatruje się przed siebie. Z wyjątkiem morale nic sobie nie złamał. Wycofuje się.

Kilka dni później drużyna Jumbo-Visma wydaje oświadczenie, w którym zamieszcza wypowiedzi Primoža Rogliča i szefa zespołu, Richarda Plugge. Winą za upadek obarczają Freda Wrighta, który rzekomo miał podczas finiszu doprowadzić do kontaktu obu zawodników. Słoweniec i Holender grzmią, że takie zachowanie jak Wrighta to nie jest to, co chcą oglądać w kolarstwie. Ton oświadczenia jest przepełniony żalem przerwanych marzeń o historycznym czwartym zwycięstwie z rządu w hiszpańskiej Vuelcie Rogliča i bólem odniesionych ran.

Niedługo później głos w sprawie zabiera drużyna Bahrain-Victorious, która krytykuje taki sposób załatwiania tej sprawy. Wskazuje, że jeśli dany team ma jakieś obiekcje co do incydentu wyścigowego, powinien zgłosić to sędziom, a nie publikować podatne na generowanie hejtu wobec kolarza oświadczenia. Fred Wright i spółka wyrażają zrozumienie dla dramatu Rogliča, ale jego kraksę uznają za normalny incydent wyścigowy i życzą mu szybkiego powrotu do zdrowia.

W Internecie jak zwykle w takich sytuacjach zawrzało. Użytkownicy Twittera oraz innych portali społecznościowych podzielili się na zwolenników i przeciwników Primoža Rogliča, a poza tym nie brakowało tych, którzy są pewni, co było przyczyną jego upadku. Także na naszym portalu toczyły się dyskusje, w których prawdy było niewiele. Zadziwiająca jest chęć ludzi do zabierania głosu w sytuacjach, w których do powiedzenia jest niewiele.

Tymczasem „Rogla” zapewnia na Instagramie, że powoli dochodzi do siebie i już myśli o przyszłości. Inspiruje go książka Impossible paths Katalończyka Kiliana Jorneta Burgady – długodystansowego biegacza góskiego, narciarza wysokogórskiego i kolarza górskiego.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Primoz Roglic (@primozroglic)

Señor Richard Carapaz

Mistrz olimpijski został być może pozbawiony walki o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej (między innymi z powodu problemów rodzinnych), ale nikt nie zabrał mu daru do robienia show. Zwycięstwem na Puerto de Navacerrada udowodnił, że jest kolarzem wielkiej klasy. Ma w sobie cechy, które stanowią o wielkości – to umiejętności, talent, chęć do ciężkiej pracy i zaciętość. Wszystko to pokazał na tegorocznej Vuelcie, wygrywając na Peñas Blancas, Sierra de la Pandera oraz właśnie w Navacerradzie. Polscy kibice zapamiętają z pewnością pełne radości i dzikości powitania Ekwadorczyka na mecie, jakie sprawiał mu masażysta Marek Sawicki. Przy okazji należą mu się gratulacje, bo nie można zapominać, że na sukces kolarza tej klasy pracuje zespół, a w tym osoba, która doprowadza zmęczone mięśnie do porządku.

Od startu ostatniego etapu widać też było, jak z Carapaza zeszło powietrze. Żartował, uśmiechał się i brał udział w różnego rodzaju zabawach – jeździł między innymi z taczką z węglem albo biegał z flagą Ekwadoru po nocnym Madrycie wśród ognistych kibiców z Ameryki Południowej. Warto przypomnieć, że od przyszłego sezonu będzie kolarzem drużyny EF Education-Easy Post. Należy się spodziewać, że będzie kontynuował swoją piękną karierę, a ekipa INEOS Grenadiers już może zacząć za nim tęsknić.

Fantastyczny Remco

Zwycięstwo Remco Evenepoela w hiszpańskiej Vuelcie jest wielkim krokiem naprzód w jego karierze, bo po raz pierwszy ukazał się jako kolarz będący w stanie wygrywać w wielkich tourach. Jest to także ważne zwycięstwo dla Belgii oraz dla belgijskiej drużyny Quick-Step Alpha Vinyl. Sam Remco mówi o tym, że czekają go ważne decyzje dotyczące przyszłości, bo w tym sezonie okazało się, że może rywalizować zarówno w wyścigach trzytygodniowych, tygodniowych, jak i klasycznych. Wielu kibiców wciąż czeka na to, aby nowe gwiazdy kolarstwa określały swoje specjalizacje, ale może to jest błędne? Gdy patrzymy na to, jak Pogačar wygrywa w Kanadzie, Liège czy Lombardii czy właśnie Remco na Vuelcie i także w „Staruszce”, to trzeba oczekiwać od nich konkretnych deklaracji? Najprawdopodobniej jesteśmy świadkami złotego pokolenia, które będzie być może najbardziej uniwersalnym w historii. Wydaje się, że to my musimy przestawić coś w naszej mentalności, by za nimi nadążyć.

Droga do czerwonej koszulki Remco rozpoczęła się na Pico Jano, gdzie w gęstej mgle zaatakował i odjechał rywalom. Na „czasówce” do Alicante potwierdził swoją moc i wyrósł na wielkiego faworyta wyścigu. Ocena jego występu na Sierra de la Pandera zależy od punktu siedzenia. Hiszpanie pragnący otwartej Vuelty widzieli w jego jeździe kryzys, a kolega z drużyny Ilan Van Wilder mówił, że 50 sekund to żadna strata. Wszystkie wersje sprostował w dniu przerwy sam Evenepoel, który powiedział, że po kraksie miał usztywnione ciało i nie mógł na przykład stawać na pedałach, co było potrzebne na większych stromiznach tego podjazdu. Później już żadnych dyskusji nie było. Dość regularny podjazd Alto de Piornal dał mu pierwsze w karierze zwycięstwo w wielkim tourze na etapie ze startu wspólnego i postawił niemal kropkę nad „i” jego końcowego triumfu.

Po dwudziestym i dwudziestym pierwszym etapie były łzy radości. Dużo łez radości. Evenepoel po przedostatnim dniu zanosił się od płaczu prawie dwie minuty. Coraz częściej oglądamy takie obrazki w kolarstwie, bo coraz większa presja – zewnętrzna i wewnętrzna – daje się we znaki. Poza tym nikt nie ma przecież gładkich dróg do sukcesu, bo te jak wiadomo są okupione wyrzeczeniami i nierzadko również problemami zdrowotnymi. Wydaje się, że w przypadku Remco momentem zwrotnym w dotychczasowej karierze była kraksa w Il Lombardia 2020, w której doznał wielu złamań, a w tym skomplikowanej kontuzji miednicy. Pamiętam styczniową konferencję prasową Quick-Stepu w 2021 roku, podczas której ogłaszał, że nie może się jeszcze ścigać, bo wciąż odczuwa dyskomfort. W tym momencie omal się nie rozpłakał. Dzisiaj jest w zupełnie innym miejscu i jasno widzi swoją przyszłość. Ta jasność jest taka sama, jak jego włosy, gdy był małym chłopcem i marzył o karierze piłkarza.

Czas pożegnań

Alejandro Valverde i Vincenzo Nibali pożegnali się na zawsze z wielkimi tourami. Ostatniego dnia rywalizacji peleton zgotował im piękne i wzruszające pożegnanie, tworząc szpaler z kolarzy, którym przejechali przed startem dwudziestego pierwszego odcinka. Obaj się wzruszyli i objęli, pozując do wspólnego zdjęcia, które zapisało się w annałach historii kolarstwa. Zarówno Valverde, jak i Nibali są zwycięzcami Vuelty i w trakcie swoich karier byli kojarzeni z wielkim talentem, zapalczywością, wielkimi umiejętnościami i bogatym palmarés. Zadziwiają nas młodzi, ale czyż nie zatęksnimy za czasami, w których to właśnie „Rekin” i „Bala” wiedli prym? Pamiętacie jak Nibali udawał na kresce rekina, a Valverde strzelał z łuku na szczycie Mur de Huy? Peleton darzy ich wielkim szacunkiem i okazał to w niedzielę.

Z racji tego, że Valverde to Hiszpan i żegnał się z domowym wielkim tourem, pożegnanie miał jeszcze bardziej huczne. W trakcie etapu przez kilka kilometrów jechał samotnie na czele peletonu, wykonując swoistą rundę honorową i pożegnalną zarazem. Licznie zgromadzeni na ulicach Madrytu kibice doslownie piszczeli z emocji. Potem, na podium, wyszedł w towarzystwie swoich kolegów z drużyny w trzech koszulkach, które kolejno zdejmował. Począwszy od złotej (tak, w 2009 roku była złota!) zwycięzcy Vuelty, przez tęczową, aż do tej obecnej, klubowej drużyny Movistar. Na koniec wszyscy go podrzucili ku niebu, a on sam uronił wreszcie łzę wzruszenia.

Odejście Valverde i Nibaliego przy zwycięstwie Remco Evenepoela to po prostu koniec pewnej ery. Tak, jak świat jest w czasie wielkich zmian, tak i kolarstwo zyskuje nową szatę i wita nowych bohaterów. Todo se cambia, el tiempo pasa, powiedzieliby Hiszpanie. Gracias, Alejandro, Grazie, Vincenzo!

guest
5 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
John
John

Droga Marto, nie mówi się ani nie pisze „majaczące się”.

Adam
Adam

Dobry tekst od serca. Wrócą live’y na YT?

Zdzisław
Zdzisław

Pani Marto. Jako człowiek z lubością oglądający kolarstwo pragnę serdecznie podziękować za ten artykuł. Dostrzegać w sportowcach ludzką naturę, a nie tylko wyniki… Rewelacja.