fot. Jakub Laszek/Karpacki Wyścig Kurierów

Kilka dni temu zakończył się Karpacki Wyścig Kurierów. Choć, wbrew pierwotnym planom, nie wystartowała w nim reprezentacja Ukrainy, to na trasie znalazło się dwóch kolarzy z tego kraju – Maksym Bilyi oraz Jurij Szczerban.

Trudna wędrówka ku zawodowstwu

Choć łączy ich kategoria wiekowa i narodowość, to dzieli bardzo wiele. Na warstwie sportowej jest to przede wszystkim doświadczenie. Bilyi to kolarz, który już od trzech lat jeździ w kategorii orlika i co jakiś czas ściera się z kolarzami elity. Zresztą, nie bez większych osiągnięć. 

Jednym z jego największych sukcesów było 9. miejsce w klasyfikacji dobrze znanego polskim kibicom, ze względu na sukcesy polskich kolarzy, Turul Romaniei (kat. 2.1). Zresztą, zakończył tamten wyścig ze zwycięstwem w klasyfikacji młodzieżowej. Startował również w takich wyścigach jak Giro di Sicilia czy Coppa Agostoni (niestety żadnego z nich nie ukończył), a na “Karpacki” przyjechał w koszulce mistrza Ukrainy w kategorii u23, na której widnieje logo zespołu z… Monako (dokładniej UC Monaco).

– Nasz dyrektor sportowy pracuje w monakijskim związku kolarskim. Natomiast my jesteśmy bardzo umiędzynarodowioną drużyną, ale nie jest tak, że nie mamy żadnych związków z Monaco. Wszyscy mieszkamy w tym niewielkim państwie

– wyjaśniał kolarz, który otwarcie przyznaje, że marzy o staniu się zawodowcem. Dobry występ w Polsce mógłby mu to ułatwić.

– Jestem liderem naszej ekipy na klasyfikację generalną. Oczywiście najlepiej byłoby wygrać, ale nie wydaje mi się to szczególnie prawdopodobne. Myślę, że takim realnym celem jest miejsce w czołowej “10”.

– mówił po prologu, który zakończył na 18. pozycji, ale z zaledwie 6-sekundową stratą do lidera.

Wyścig nieco zweryfikował jego plany. Wprawdzie przed decydującą czasówką był już 13. w “generalce” z zaledwie sekundową stratą do top 10, ale słabszy występ w Wysokich Tatrach sprawił, że wrócił na miejsce zajmowane po prologu. I tak zakończył jednak występ z nagrodą Interreg dla najlepszego kolarza pogranicza (tzn. z Polski, Ukrainy oraz Słowacji).

Zbieranie doświadczeń

Szczerban, który na “Karpacki” przyjechał jako zawodnik LUKS Trójki Piaseczno, o podobnym wyróżnieniu mógł jedynie pomarzyć – jeszcze rok temu był juniorem, a Karpacki jest największym wyścigiem, w którym wziął udział. Tu startowali czołowi orlicy świata z Martinem Marcellusim i Franem Miholjeviciem na czele – w poprzednich zawodach startował jako jedyny obcokrajowiec. Nic więc dziwnego, że przyjechał po naukę.

– Właściwie to nie mam konkretnego celu wynikowego. Moim jedynym założeniem jest poznawanie swoich mocnych i słabych stron. Jeśli widzę, że mam problem z szybkością – wiem, że muszę podciągać szybkość – jeśli problemem jest siła – trzeba popracować właśnie nad nią

Na prologu miałem pojechać na swoje maksimum, ale nie do końca mi się to udało. Na samym starcie wypięła mi się noga z pedału, co sprawiło, że już wtedy straciłem dwie sekundy – na takiej krótkiej, mającej niecałe dwa kilometry trasie, taka różnica to bardzo dużo. Dzień później , najpierw miałem zobaczyć, w jakiej jestem formie, a skoro okazało się, że w całkiem dobrej, spróbowałem zabrać się w odjazd. Dwa razy udało mi się nawet oderwać od peletonu, ale na krótko – kolarze z tyłu za każdym razem mnie kasowali. Wtedy moim celem było już tylko to, żeby dojechać do mety.

– mówił, gdy rozmawialiśmy w Piwnicznej-Zdroju, na kilkadziesiąt minut przed startem 2. etapu. 

Niestety już w pierwszej połowie trasy Ukrainiec znalazł się w karetce, po bolesnym upadku. Oczywiście o dalszym udziale w wyścigu mógł już zapomnieć. Podobnie zresztą jak jego zespołowi koledzy – na starcie 2. etapu pojawiło się czterech kolarzy LUKS Trójka Piaseczno – do mety dojechał tylko Jan Fijak.

Poza ogniem wojny

Niestety, w związku rosyjską agresją na Ukrainę, w rozmowie z oboma kolarzami nie sposób było nie poruszyć tematu, którym od 24 lutego żyje cały świat. Z pewnością wielu z nas już na zawsze zapamięta, co robiło tamtego dnia – w tym gronie znajdzie się zapewne również młody kolarz polskiego zespołu.

– W końcówce lutego byłem na zgrupowaniu z Trójką – 23 wróciłem jednak do kraju, by wziąć udział w wyścigu, który był zaplanowany dwa dni później. A jednak, gdy obudziłem się rano, 24 lutego, dowiedziałem się, że mój kraj został zaatakowany. Musiałem wracać do Polski

– wspomina.

Z doniesień medialnych dochodzących z polsko-ukraińskiego pogranicza wiemy, że dostanie się do naszego kraju nie było łatwe. Ogrom osób pragnących uciec od piekła wojny godzinami sprawiał, że na wjazdach do Polski tworzyły się kolejki. Zresztą, dotyczyło to także innych sąsiadów Ukrainy – Jarosława Mahuczich – niedawna halowa mistrzyni świata w skoku wzwyż w rozmowie z “Przeglądem Sportowym” wspominała, że jej podróż do Serbii (przez Mołdawię i Rumunię) zajęła właściwie 3 doby. Kolarz miał nieco więcej szczęścia.

– Udało mi się to zrobić dość sprawnie. To było wcześnie – ludzie byli zaskoczeni i na granicy nie było ich aż tak dużo, jak kilka dni później, kiedy przy granicy stała kolejka o długości 60 kilometrów. Ja dostałem się do Polski autobusem – był oddzielny buspas i byłem w stanie przemieszczać się dość szybko – z tego co wiem, kilkadziesiąt godzin później byłby już z tym problem.

Ja mam już 19 lat i gdy o 21 przekroczyłem granicę, mieliśmy godzinę 21. O 22 pojawił się natomiast komunikat o tym, że mężczyźni od 18 roku życia, mają zakaz opuszczania kraju. Gdybym więc wyjechał minimalnie później, nie byłbym w LUKS Trójce Piaseczno.

Raczej nie trafiłbym jednak na front. Byłem w kontakcie z trenerem – on pewnie załatwiłby mi wyjazd gdzie indziej. U nas inne chłopaki powyjeżdżały do włoskich drużyn – ja pewnie też bym musiał udać się właśnie tam – ale do Polski raczej nie byłbym w stanie wjechać

– mówił młody zawodnik. 

Szczerban całą swoją historię opowiadał płynną polszczyzną, której nauczył się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Bo choć zawodnikiem zespołu z Piaseczna jest dopiero od tego sezonu, to już wcześniej bywał z jego kolarzami na zgrupowaniach. Startował również w wielu polskich zawodach dla juniorów, a że ma talent do języków – jak sam mówił, zawsze dostawał z nich w szkole dobre oceny – szybko zdobył narzędzie do komunikacji z kolegami. Coraz lepiej czuje się w Polsce i na szczęście nie musi nerwowo czekać na komunikaty dotyczących tego, co dzieje się z jego rodziną.

– Moja rodzinna miejscowość jest 200 kilometrów od granicy z Polską. Teraz jest tam dość spokojnie, choć tak, na początku latały nad nimi jakieś rakiety. Mój tata jest w wojsku, więc na początku, przez jakieś 3 tygodnie, w ogóle nie było go w domu, ale później sporo się zmieniło – zaczął wracać do domu koło wieczora, kilka razy nawet w ogóle nie musiał wychodzić. To jest zachód Ukrainy – dokładniej Tarnopol. To nie jest to samo, co na wschodzie

– wyjaśniał.

O tym, jak jest po drugiej stronie kraju, wie doskonale Bilyi. Wprawdzie on od lat ściga się za granicą. Teraz jest w Monako, wcześniej jeździł we Włoszech… tyle że jego rodzina wciąż mieszka w Ukrainie.

– Moja siostra i mój tata są w Mikołajowie i wciąż muszą przeżywać kolejne ataki. Zresztą, tu nie chodzi tylko o ataki. Z powodu tego wszystkiego mają teraz problem choćby z dostępem do czystej wody. Oboje muszą się ukrywać, nie za bardzo mają gdzie spać – to niesamowicie przykra sytuacja – dla Ukrainy, ale też tak naprawdę dla całego świata.

– przyznawał 18. kolarz tegorocznego Karpackiego Wyścigu Kurierów. 

My natomiast mamy nadzieję, że lada dzień wojna się skończy, a Rosja zostanie zmuszona do wycofania swoich wojsk z terenów należących do Ukrainy. Jednak jako że szalony najazd może potrwać jeszcze długo, zachęcamy naszych czytelników, by w miarę swoich możliwości, wspierali Ukraińców w tym trudnym dla nich czasie.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments