fot. UAE Team Emirates

Tadej Pogacar wygrywa 6. etap Tirreno-Adriatico. Podium etapowe uzupełnili Jonas Vingagaard i Mikel Landa.

Kto wygra tegoroczną edycję Tirreno-Adriatico? Choć wyścig miał zakończyć się dopiero w niedzielę, to z 99-procentową pewnością właśnie dziś mieliśmy poznać odpowiedź na to pytanie. Wyścig bowiem, po raz pierwszy od 2010 roku, zakończyć miał płaski, skrojony pod sprinterów etap – górali miał czekać spokojny dzień. Wcześniej jednak musieli zmusić się jeszcze do ostatniego wysiłku.

Przedostatni etap „Wyścigu Dwóch Mórz” miał być w końcu najtrudniejszym z siedmiu etapów wyścigu. W końcówce na kolarzy czekały dwa podjazdy pod Monte Carpegna  (6 km – 9,9%), a po nich zjazd i krótka ścianka prowadząca do mety.

 

Król gór

Już po 16 kilometrach od peletonu oderwała się 4-osobowa grupka, w której składzie znaleźli się Alexander Konychev (BikeExchange), Davide Bais (EOLO-Kometa), Benoit Cosnefroy (AG2R Citroen Team) oraz Marco Haller (BORA-hansgrohe). Później dołączyła do nich jeszcze kontratakująca z peletonu piątka złożona z kilku dużych nazwisk: Juliana Alaphilippe’a, Mikkela Honore (Quick-Step Alpha Vinyl), Alexa Aranburu, Luisa Masa (Movistar) oraz Quinna Simmonsa (Trek-Segafredo), który na trasę etapu wyjechał w zielonej koszulce dla najlepszego górala wyścigu.

Łatwo było domyślić się, że jego głównym celem będzie zdobywanie punktów na górskich premiach i przynajmniej częściowo udało mu się go zrealizować. Na pierwszej premii, znajdującej się w Mombaroccio udało mu się dojechać na pierwszym miejscu i zgarnąć 5 punktów. Zdecydowanie więcej mógłby zarobić, gdyby odjazd choć raz wjechał na szczyt Monte Carpegna przed peletonem, ale nie było to proste zadanie.

Jeszcze zanim grupka zaczęła właściwą część podjazdu, zdążyło odpaść od niej już czterech zawodników – Konychev, Honore, Bais i Haller. Natomiast chwilę po znalezieniu się u podnóża podjazdu do grona nieszczęśników dołączył Benoit Cosnefroy, którego zgubiło tempo narzucone przez Masa pracującego na rzecz Aranburu. Za moment jednak obaj kolarze Movistaru również znaleźli się za plecami Simmonsa, podobnie zresztą jak Alaphilippe. Żaden spośród uciekinierów nie był w stanie utrzymać się za plecami najlepszego górala wyścigu, który, w przeciwieństwie do wielu innych kolarzy noszących ten tytuł, udowadniał, że w pełni na niego zasługuje.

Simmons uciekał więc samotnie, ale jego przewaga nad resztą nie była duża. U podnóża Monte Carpegna, gdy jechał jeszcze razem z czwórką kolegów, wynosiła niespełna dwie minuty. Później, pomimo jego wysiłków, dość szybko spadała. Amerykanin osiągnął swój cel – dojechał do mety górskiej premii i zapewnił sobie utrzymanie koszulki do końca wyścigu, ale miał już wtedy ledwie 30-sekundową przewagę nad goniącą go główną grupą.

Problemy faworytów

Ta ostatecznie dogoniła go na zjeździe. Na jej czele jechali już wówczas kolarze Bahrain-Victorious, ale prawdopodobnie największą rolę w dogonieniu Amerykanina odegrał Rafał Majka. Polak właściwie przez cały podjazd pod Monte Carpegna pracował na czele peletonu, a o tym, jak dobrze sobie radził może świadczyć nie tylko szybko spadająca przewaga Simmonsa, ale także fakt, że od napędzanej przez niego pogoni odpadli wicelider wyścigu – Remco Evenepoel oraz utrzymujący niezłe 7. miejsce w „generalce” Tao Geoghegan Hart.

Przeciętna jazda tego drugiego była ciągiem dalszym kłopotów brytyjskiej ekipy – na początku etapu z wyścigu wycofali się bowiem Jhonatan Narvaez i nadzieja na jutrzejszy – sprinterski etap – Elia Viviani. Ich jedyną szansą na poprawienie sobie humorów stał się więc 37-letni weteran – Richie Porte.

Nudny Pogacar

Tasmańczyk dobrze zniósł pracę Marca Solera w pierwszej części podjazdu. Gorzej poszło mu, gdy na atak zdecydował się Mikel Landa. Hiszpańską ofensywę zdołali przetrzymać tylko Jonas Vingegaard, Enric Mas i rzecz jasna Tadej Pogacar. Reszta kolarzy, w tym świetnie radzący sobie dotychczas w tegorocznej odsłonie „Wyścigu Dwóch Mórz” Thymen Arensman i właśnie Porte, została z tyłu.

37-latek nie zamierzał składać broni. Zdecydował się na pogoń i gdy po początkowym przyspieszeniu w czołówce spadło nieco tempo, wiele wskazywało, że za moment dogoni czołówkę. I rzeczywiście, szybko dogonił Duńczyka i dwóch Hiszpanów, tylko że nie była to już pierwsza grupa.

Chwilę wcześniej bowiem stało się to, co w tym sezonie jest nieuniknione w każdym z wyścigów, w którym jedzie Pogacar. Słoweniec zaatakował i błyskawicznie oderwał się od swoich oponentów. Dwieście metrów wystarczyło mu, by osiągnąć około 20-sekundową przewagę, a później już tylko ją powiększał, aż do minuty i 30 sekund na szczycie ostatniej górskiej premii. Cała reszta musiała szybko pożegnać się z marzeniami o zwycięstwie na etapie i w całym wyścigu.

Kłopotliwy zjazd

Za plecami 23-latka toczyła się więc walka o dalsze lokaty. Duży wpływ na jej wygląd miał ostatni zjazd. Jego pierwszą i największą ofiarą stał się Mas, który na 10 kilometrów przed metą stracił równowagę i przewrócił się tuż przed przednim kołem Landy. Na szczęście tym razem do Baska, co w jego przypadku nie zdarza się zbyt często, uśmiechnęła się fortuna. Zdążył wyhamować, ominąć leżącego rodaka i szybko dołączyć do Vingegaarda i Porte’a. Ten drugi – Australijczyk szybko przestał być częścią grupy, ponieważ źle wszedł w jeden z zakrętów, wypiął mu się but i w efekcie jego towarzysze znaleźli się daleko przed nim.

Kłopoty tych zawodników pokazywały, że Pogacar podjął dobrą decyzję nieco wolniej pokonując zjazd. W efekcie stracił nieco ze swojej gigantycznej przewagi, przyjechał do mety „zaledwie” 1 minutę i 3 sekundy przed duńsko-hiszpańską dwójką, ale najważniejsze, że ukończył etap w jednym kawałku i mógł się cieszyć zwycięstwem etapowym.

Wyniki 6. etapu Tirreno-Adriatico 2022:

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments