fot. Piotr Łabaziewicz

Po zakończeniu sezonu 2021 mieliśmy okazję porozmawiać z Marcinem Białobłockim, byłym kolarzem zawodowym, mistrzem Polski w jeździe indywidualnej na czas, nadal bardzo aktywnie działającym w kolarstwie. Marcin spełnia się między innymi w roli trenera, prowadząc amatorską grupę kolarzy, a także próbował swoich sił w startach w tandemie. Zapraszamy do rozmowy poniżej.

Jak wygląda Twoje życie po zakończeniu zawodowej kariery? Na co głównie poświęcasz Swój czas?

Wszystko układa się pomyślnie, dziękuję. W większości poświęcam swój czas moim podopiecznym, których prowadzę. Mamy super grupę, doskonale się rozumiemy, robimy postępy i osiągamy coraz to większe sukcesy. W minionym roku zdobyliśmy koszulki i medale mistrzostw Polski na szosie, torze oraz w przełajach. Jednym z moich największych sukcesów trenerskich było zwycięstwo Filipa Maciejuka w L’Etoile d’Or (Puchar Narodów dla kolarzy do 23. roku życia), które pozwoliło mu podpisać kontrakt w ekipie z najwyższej dywizji, czyli oczywiście w Bahrain – Victorious. Satysfakcja jaką czerpię z triumfów moich zawodników, niewiele różni się od radości z własnego zwycięstwa. Kocham to co robię, daje mi to dużo szczęścia i wiele motywacji.

Nasz team okazał się bardzo udaną inicjatywą. W tym sezonie stawaliśmy na podium różnych wydarzeń aż 68 razy, z czego 23-krotnie na najwyższym jego stopniu. Promujemy kolarstwo i stanowimy przykład, jak to może funkcjonować pośród amatorów. Wspiera nas firma Prinzwear, z którą ściśle współpracuję. Tworzymy i testujemy kombinezony szosowe, czasowe oraz triathlonowe. Mogę zdradzić, że teraz szykujemy coś naprawdę szybkiego na przyszły sezon, więc śledźcie sytuację!

Może niewiele osób wie, ale próbowałeś też swoich sił jako pilot tandemu, walczyłeś o wyjazd na Paraolimpiadę do Tokio, opowiesz coś więcej?

Tak, Piotr Kołodziejczuk, kiedy dowiedział się o moim powrocie do Polski bardzo mocno mnie namawiał do wspólnych startów. Przez długi czas odmawiałem, ale spodobała mi się jego zawziętość. Nie odpuszczał! Ostatecznie się zgodziłem i po półtora rocznej przerwie, wróciłem do poważnego trenowania. Czasu nie było wiele. Mieliśmy cztery miesiące do Pucharu Świata, który był eliminacją do Mistrzostw Świata, a te z kolei były drogą kwalifikacji do Paraolimpiady w Tokio. Przez pierwsze parę tygodni wszystko szło zgodnie z planem, moc stopniowo wracała. Niestety wtedy zachorowałem, straciłem czternaście, kluczowych dni. Wtedy postanowiłem wprowadzić spore zmiany w swoim planie treningowym. Wprowadziłem wyścigi na MTB, oraz sporo jednostek na tandemie. Poświęcałem na przygotowania średnio 8.5 godziny tygodniowo, miałem też inne obowiązki, więc wykorzystywałem ten czas w stu procentach. To było nowe, ale bardzo udane doświadczenie. Czułem się gotowy. Na wcześniej wspomnianym Pucharze Świata w Belgii zajęliśmy 9. miejsce w jeździe na czas. To dało nam awans na Mistrzostwa Europy oraz świata. Czempionat Starego Kontynentu był dla nas bardzo udany, zanotowaliśmy odpowiednio: trzecie i czwarte lokaty, podczas startu wspólnego i „czasówki”. Parę dni później, w świetnych nastrojach przystąpiliśmy do mistrzostw globu. Szósta pozycja w jeździe na czas i siódma podczas startu wspólnego w teorii dawała nam upragniony wyjazd do Tokio. Niestety, tylko w teorii. UCI uznało, że zbyt mało zawodników przystąpi do imprezy w innych kategoriach i narzucili, kto z Polski ma do Tokio pojechać, bez względu na osiągnięcia. Tak temat Paraolimpiady niestety się zakończył.

W tym okresie przystąpiłeś też do startów wraz z „mastersami”. Jak do tego doszło?

Po zakończeniu kariery absolutnie tego nie planowałem, ale koledzy z zespołu bardzo mnie namawiali. Noga była „zrobiona”, więc szkoda było to zmarnować. Potrzebowałem tempa wyścigowego, by doszlifować dyspozycję na starty w tandemie, a będąc członkiem takiej pary, nie mogłem brać udziału w wyścigach elity. Przy okazji mogłem odwdzięczyć się sponsorom testując ubrania firmy Prinzwear w warunkach prawdziwej walki i zżyć się z chłopakami z ekipy jeszcze bardziej. Oczywiście spotkałem się z głosami żalu i zazdrości, ale to tylko dodało mi motywacji. Niektórym wydaje się, iż jako były zawodowiec zagwarantowane masz dodatkowe 100 watów, nienaganną technikę i pozyskanie całej możliwej wiedzy, ale to nie jest prawda. Ja nawet nie miałem talentu do tego sportu, postawiłem wszystko na jedną kartę by wspiąć się na taki poziom, poświęciłem na to lata życie i przeszedłem przez piekło, jakie dla większości ludzi jest nie do wyobrażenia. Jestem sportowo wychowany na amatorskim podwórku, każdy wyścig to dobry wyścig, a poziom w „mastersach” jest teraz tak wysoki, że wcale nie jest lekko.

Wyszło całkiem solidnie, w końcu zostałeś mistrzem świata…

Ledwo tam trafiłem z formą. W sierpniu miałem kraksę na rowerze górskim i wybiłem bark. Dopiero ostatnie trzy tygodnie przed imprezą w Sarajewie dobrze potrenowałem, jak się jednak okazało dodatkowy odpoczynek dobrze mi zrobił. Udało się zwyciężyć. Moja moc nie różniła się wiele od najlepszych w moim życiu, a jednak konkurencja była bardzo blisko i depcze mi po piętach. Tak się toczy to kolarskie życie, jeden temat nakręca drugi, pojawiają się nowe pomysły i całe szczęście końca nie widać. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale ten piękny sport od zawsze był częścią mojego życia i mam nadzieję, że tak pozostanie.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Monika
Monika

Można byc zawodnikiem elity i pilotem, nie można być członkiem grupy zarejestrowanej w UCI to różne rzeczy. Można też jeździć z mastersami, jak się ma swoje lata.