fot. BORA-hansgrohe / bettiniphoto.net

Maciej Bodnar został w drużynie BORA-hansgrohe osamotniony, ponieważ Rafał Majka przeszedł do UAE Team Emirates, zaś Paweł Poljański zakończył karierę. Pomimo to ma w niemieckim zespole dobrze ugruntowaną pozycję, zwłaszcza jeśli idzie o współpracę z Peterem Saganem. W startach w pierwszej części sezonu będzie podążał za Słowakiem, a zatem jeśli tylko ten uniesie ręce w geście triumfu, “Bodi” będzie świętował razem z nim. Tak jak w październiku w Tortoreto, gdzie Sagan zaprezentował najlepszą z możliwych wersji samego siebie. O tym wszystkim oraz jeszcze o paru innych rzeczach rozmawialiśmy z Polakiem podczas dnia dla mediów drużyny BORA-hansgrohe. 

Tęsknisz za Rafałem Majką i Pawłem Poljańskim? (śmiech) 

(śmiech) Prawda jest taka, że bardzo się zżyliśmy z chłopakami, ponieważ jeździliśmy razem od 2014 roku i też wszystkie zgrupowania spędzaliśmy razem. Nadal utrzymujemy ze sobą dobry kontakt. Zaprzyjaźniliśmy się przez te lata, no i teraz jestem na pierwszym zgrupowaniu bez Pawła i Rafała. Jest inaczej – wiadomo, ale to jest już mój piąty sezon w drużynie, więc wszystkich znam. Nie czuję się tak, jakby przyszedł sam do nowej drużyny. Generalnie jest podobnie, ale z drugiej strony brakuje chłopaków, bo przy kolacji czy gdzieś tam wieczorem można było sobie pogadać. Teraz po polsku mogę porozmawiać już tylko z członkami obsługi oraz z “Czarkiem” [Benedettim].

Udało ci się ustrzec do tej pory koronawirusa? 

Tak, chociaż co prawda nie robiłem sobie badania na przeciwciała, więc nie wiem, czy przechorowałem. Ale zrobiłem do tej pory masę testów na obecność koronawirusa. Przed każdym startem byliśmy zobowiązani zrobić dwa (a więc od czerwca trochę się ich uzbierało) i każdy był negatywny. Czuję się dobrze i mam nadzieję, że mnie to nie dopadnie. Być może przechorowałem na początku roku, ale jak na razie tego nie wiem. Staram się uważać, nie spotykam się w większych grupach, nie prowadzę zbyt rozrywkowego życia (śmiech), ale pomimo to nigdy nie wiadomo, czy się tego wirusa nie dostanie.

Jaki będzie twój kalendarz startów w pierwszej części sezonu? 

Według pierwotnych planów miałem wystartować w Argentynie, ale tam nie pojedziemy, więc moim pierwszym wyścigiem w Europie będzie Volta ao Algarve. Następnie pojadę na dwa klasyki do Belgii – na Omloop Het Nieuwsblad oraz Kuurne-Bruksela-Kuurne, i to – powiedzmy – będzie takie przywitanie z klasykami po dłuższej przerwie. Potem będę podążał śladami Petera Sagana, z wyjątkiem Strade Bianche. Startowałem w tym wyścigu wiele razy i tym razem powiedziałem drużynie, że chciałbym odpuścić, zwłaszcza że on rozgrywa się zazwyczaj na ciężkiej końcówce, która mi nie odpowiada. W zamian dzień później wystartuję w GP Industria & Artigianato di Larciano, gdzie nigdy wcześniej nie jechałem, a potem w Tirreno-Adriatico, Milano-Sanremo i we wszystkich najważniejszych drużynach aż do Roubaix, gdzie zakończę swoją pierwszą część sezonu. Oby tylko zdrowie dopisało i wszystko będzie w porządku. Prawdopodobnie wystartuję także w Giro d’Italia. Kolejne starty będą ustalone później. W tym roku drużyna przyjęła zasadę, że nie podaje nam kalendarza na cały rok, ponieważ nie wiadomo, jak to wszystko się potoczy w związku z pandemią. Szefostwo nie chce wywierać na nas dodatkowej presji.

Wróćmy na chwilę do poprzedniego sezonu. Jak odbierasz ściganie w reżimie sanitarnym, życie w bańce drużyny podczas zgrupowań oraz wyścigów itd.? 

Dość szybko się do tego wszystkiego przyzwyczaiłem. Wiadomo, że nie jest fajnie, gdy musisz na przykład w trakcie całego lotu siedzieć w masce, ale da się z tym żyć. Jeśli chodzi o kolarstwo, to myślę, że dobrze poradziło sobie z tą sytuacją. Odbyły się wielkie toury oraz wszystkie ważniejsze wyścigi. O bezpieczeństwo starali się dbać organizatorzy, ale myślę, że przede wszystkim poszczególne drużyny. U nas w ekipie to wszystko sprawdziło się całkiem dobrze, każdy kolarz starał się przestrzegać wszystkich zasad. W hotelach przeważnie byliśmy odosobnieni, a nawet jeśli zdarzyło się, że ktoś się przewijał, to my byliśmy przyzwyczajeni do chodzenia w masce założonej na usta i nos, a nie na brodzie czy na nadgarstku. Teraz na tym zgrupowaniu hotel jest tylko dla nas, drzwi są zamknięte, także czujemy się właściwie jak w domu. Przed przyjazdem zrobiliśmy testy, a po przyjeździe do hotelu, każdy wszedł wyznaczoną drogą prosto do punktu poboru testów. Dopiero po zrobieniu drugiego testu, wszyscy spotkaliśmy się wieczorem na kolacji.

Jak ci się jechało w wyścigu Giro d’Italia w październiku?

To było moje trzecie Giro w karierze i w poprzednich dwóch edycjach także pogoda nie była zbyt dobra, o ile nie gorsza. W 2010 roku, moim pierwszym Giro, pogoda było okropna, a dobrze to pamiętam, bo razem z [Ivanem] Basso wygraliśmy tamtą edycję. Teraz najbardziej dał się nam we znaki etap na Stelvio. W sumie cieszyłem się, że jadę, wszystko się udało, była fajna otoczka, większość kibiców nosiła maseczki. Generalnie pomimo tych wszystkich obostrzeń to był całkiem przyjemny wyścig.

Peter Sagan wygrał we wspaniałym stylu etap w Tortoreto. Ty byłeś na tym wyścigu jego prawą ręką, ostatnim rozprowadzającym. Jak wspominasz tamten dzień? 

To Giro było dla mnie wyjątkowe właśnie z tego powodu, że grałem rolę ostatniego pomocnika Petera. Dzięki temu miałem dużą motywację do jazdy. Często w końcówkach zostawałem z nim sam i nawet kilka razy udało mi się całkiem dobrze go rozprowadzić. To był specyficzny etap, bo na początku były “hopki”, a potem zawiązała się dość duża ucieczka, którą – zgodnie z poleceniem dyrektorów sportowych – musieliśmy skasować. Robił to m.in. “Czarek” i Paweł [Poljański] i potem w jednym z kontrataków znalazł się Peter. Ten dzień zapamiętamy na długo, ponieważ Peter miał wtedy piekielnie mocną nogę. Odjazd poszedł w bardzo ciężkim momencie i nawet Filippo Ganna, który w nim był, cierpiał. Peter pokazał niesamowitą moc, miał swój dzień – nawet trudne górki przejeżdżał jak z płatka i rozrywał wszystko. Pokazał klasę. W sprintach czegoś mu zabrakło, żeby powalczyć o maglia ciclamino i [Arnaud] Démare zrobił trudną do odrobienia przewagę, dlatego chwała mu za to, że wygrał ten etap w takim stylu. Czekał na to zwycięstwo i czekali na to jego kibice. Ludzie lubią, jak wygrywają wielcy kolarze.

Patrząc na pracę, jaką wykonywałeś w 2020 roku oraz w poprzednich latach, ośmielę się powiedzieć, że jesteś coraz lepszy, coraz mocniejszy. Powiedz, jak się czujesz fizycznie i psychicznie przed kolejnym sezonem? 

Wiesz… Zdaje sobie sprawę z tego, że młodszy nie będę (śmiech). Widzę, że czas leci, bo w statystykach przejechanych wyścigów mam coraz więcej takich, w których startowałem wiele razy. W ubiegłym roku miałem kilka takich momentów, gdzie miałem naprawdę dobrą formę i mogłem porównać siebie do tego sprzed kilku lat, gdzie osiągałem super wyniki. Dobrym przykładem jest Tour de Pologne, do którego chciałem dobrze się przygotować, ponieważ nie wiadomo było, co będzie dalej. Dużo w siebie zainwestowałem w kwestii treningu – byłem w Kolumbii, na Wyspach Kanaryjskich. Myślę, że na Tour de Pologne było mnie sporo widać. Później dopadło mnie dość mocne przeziębienie – być może dlatego, że mój system odpornościowy był nadwyrężony. Aż do Tirreno-Adriatico trudno mi się było odbudować. Pewnie też z tego powodu przegrałem “czasówkę” na mistrzostwach Polski, choć oczywiście Kamil był mocny i wygrał w pełni zasłużenie. I już później ciężko mi było się zebrać na tych czasówkach, bo tak czasami jest – jak ci jedno nie wyjdzie, to potem już idzie na zasadzie śniegowej kuli. Jednak abstrahując od tych czasówek, to po rozmowach z trenerami i dyrektorami sportowymi wiem, że doceniają moją pracę dla drużyny. Pracowałem też podczas Tirreno-Adriatico na Pascala Ackermanna i udało się wygrać dwa etapy, a na Giro było naprawdę dużo pracy. Często przejmowaliśmy inicjatywę, a ja na jednym etapie musiałem pomagać Peterowi, a na innym [Patrickowi] Konradowi i Rafałowi. Stąd też nie nastawiałem się w tym wyścigu na walkę na etapach jazdy na czas. Na nadchodzący sezon zapatruję się podobnie. W grudniu zrobiłem sporo kilometrów w Polsce i w tej chwili czuję się dobrze. Mam jeszcze sporo czasu do pierwszego startu w Algarve, więc po tym zgrupowaniu udam się na jeszcze jedno, na Gran Canarię. Spokojnie będę się przygotowywał.

Do końca sezonu 2019 twoim trenerem był Patxi Villa, który od roku pracuje w Movistarze. Z kim teraz pracujesz? 

(śmiech) Ta informacja może być dużym zaskoczeniem, ponieważ jest to Sylwester Szmyd. Z Patxim bardzo dobrze nam się współpracowało, co było widać także po wynikach. Jednak – wiadomo, nic nie jest wieczne. Pozostajemy ze sobą w przyjacielskich relacjach, pomimo że każdy poszedł swoją drogą i on nie może mnie już trenować. Sylwek pracuje ze mną od tego roku, a w poprzednim pracowałem z Hendrikiem Wernerem, który przyszedł do nas Sunwebu. Teraz wszystko się trochę pozmieniało, bo mamy sporo kolarzy z krajów Beneluksu, a on mówi także po holendersku. W związku z tym trafiłem pod skrzydła Sylwka. Znam go prawie całą swoją karierę i widzę też, że on jest wielkim pasjonatem coachingu, bardzo lubi swoją pracę, dużo na temat czyta, słucha. Jak na razie współpracuje nam się bardzo dobrze, no i mogę powiedzieć, że jest to mój pierwszy polski trener od czasów juniorskich. Wiadomo – łatwiej nam się komunikować po polsku, ale ponadto wiem, że Sylwek pomoże mi poprawić coś, co jeszcze zostało do polepszenia. Postaramy się coś ze mnie wyciągnąć, korzystając z jego i mojego doświadczenia. Sylwek też był kolarzem, innym niż ja, jest doświadczony, ma dużą wiedzę i cóż… ja jestem otwarty na zmiany. Wszystko się też fajnie spina, bo Sylwek trenuje też Petera. Mamy wspólny kalendarz, więc myślę, że będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, by razem popracować.

Rozmawiała Marta Wiśniewska 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments