fot. Giro d'Italia

20 października 2020, Jan Tratnik jest bardzo blisko odniesienia największego sukcesu w karierze. Do 16. etapu Giro d’Italia przystąpiło 138 zawodników, ale już teraz, na kilometr przed metą, do pokonania został mu już tylko jeden przeciwnik – Ben O’Connor. Powszechnie wiadomo, że choć Australijczyk jest bardzo dobrym góralem (co pokazał zresztą kilkanaście kilometrów wcześniej, na Monte di Ragogina), to na finiszach radzi sobie gorzej niż Słoweniec…

I rzeczywiście, na ostatnich metrach Tratnik zostawił rywala daleko z tyłu, a kilka minut później, na podium w San Daniele del Friuli mógł odebrać zasłużoną nagrodę. Po chwili powiedział dziennikarzom: 

Na ostatnich trzech kilometrach byłem na limicie, ale kiedy na 500 metrów przed końcem zobaczyłem moją dziewczynę, dostałem zastrzyk energii i poleciałem aż do mety.

Urša Ferjančič, bo o niej mowa, nie po raz pierwszy pomogła Słoweńcowi w chwili słabości.  

To dzięki niej wciąż jestem kolarzem. Gdy przeżywałem swój największy kryzys nie tylko była przy mnie, ale też bardzo mi pomogła

– wspomina nam dwa miesiące po wydarzeniach na północy Włoch.

Wspomniany kryzys miał miejsce na samym początku jego kariery, chwilę po tym gdy, jak się wydawało, chwycił Pana Boga za nogi, podpisując kontrakt z Quickstep-Innergetic. Wprawdzie ekipa Patricka Lefevere’a przeżywała wtedy kryzys – w 2010 roku odniosła “zaledwie” 16 zwycięstw – zdecydowanie mniej, niż w poprzednich kilku latach, a jej szeregi opuściło kilku bardzo ważnych zawodników, ale jej marka wciąż robiła wrażenie.

Podobnie jak wielkie nazwiska znajdujące się w jej kadrze – wśród nich Tom Boonen czy Sylvain Chavanel. A teraz dołączał do nich 20-letni Słoweniec, który jeszcze cztery lata wcześniej w ogóle nie myślał o zostaniu kolarzem. Chętnie uprawiał sport, przede wszystkim koszykówkę, którą trenował przez dziewięć lat, ale raczej nie był fanem jazdy na dwóch kółkach. A jednak, podpisał kontrakt z jedną z największych ekip na świecie i stał się jednym z najmłodszych kolarzy w World Tourze – tuż za Michaelem Matthewsem i Michałem Kwiatkowskim. Sam powiedział kiedyś, w rozmowie z prijavin.se, że to tak, jakby z miejscowego klubu koszykarskiego przenieść się od razu do NBA. 

Zasłużył sobie na to wszystko świetnymi wynikami w 2010 roku, które osiągnął jako kolarz kontynentalnego Zheroquadro Radenska. Już w kwietniu wygrał GP Liberazione i zajął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Giro Della Regioni. Właśnie po tych dwóch występach ekipa Patricka Lefevere’a zaczęła rozmawiać z nim o przyszłości i kilka miesięcy później,  po obejrzeniu kolejnych wyścigów z jego udziałem, zaproponowała mu dwuletni kontrakt, a on rzecz jasna zaakceptował ofertę. I na początku wszystko wskazywało na to, że nie będzie tego żałował. Pierwsze wrażenie było niesamowite.

Quickstep był zorganizowany perfekcyjnie. Już przed przyjściem do niego wiedziałem, że dołączam do jednego z najlepiej wyglądających pod tym względem zespołów w World Tourze. Atmosfera była fantastyczna, zostałem bardzo miło powitany. Naprawdę wspaniale czułem się na naszych pierwszych obozach treningowych i na początku sezonu. Wszyscy bardzo mnie wspierali i pomagali mi odnaleźć się w świecie, którego wcześniej nie znałem

– wspomina nam Tratnik.

Niestety były to miłe złego początki. Szybko zorientował się, że nic nie wygląda tak, jak sobie  wyobrażał. Sam widział siebie, jako górala, a okazało się, że na najtrudniejszych podjazdach nie jest w stanie jeździć na poziomie najlepszych. W ogóle szybko doszedł do wniosku, że World Tour go przerasta. 

Gdy dołączałem do drużyny, nie miałem właściwego doświadczenia. Bardzo poprawiłem się odkąd w 2007 roku rozpocząłem treningi, ale prawda jest taka, że zacząłem swoją przygodę z World Tourem zdecydowanie zbyt wcześnie. Jasne, dziś niektórzy wchodzą do najwyższej dywizji od razu po zakończeniu kategorii juniora, ale ja w wieku 20 lat nie byłem na to gotowy

– dodaje.

Jednak jazda w takim zespole jak Quickstep to szansa, która mogła się już nie powtórzyć. Słoweniec nie mógł więc po prostu z niej zrezygnować. Postanowił zawalczyć. Wiedział, że jedną z przyczyn, uniemożliwiającą mu szybką jazdę po górach była zbyt wysoka waga. Postanowił ją więc zbić. I niestety przeholował…

Chciałem schudnąć za wszelką cenę. Nabawiłem się olbrzymich zaburzeń odżywiania. Mogę powiedzieć, że byłem poważnie chory. W ciągu roku straciłem 9 kilogramów albo jeszcze więcej. Owszem, zespół chciał, abym nieco schudł, ale ja zdecydowanie przesadziłem. Chciałem zrobić to zdecydowanie zbyt szybko. 

Jak można się domyślać – takie działania mu nie pomogły – wręcz przeciwnie. Jeszcze w pierwszej części sezonu dostał kilka szans, nawet w takich wyścigach jak Volta a Catalunya, Tour de Romandie i Criterium du Dauphine i robił wszystko, by jak najmocniej pomóc kolegom z zespołu. Niestety nie był w tym wystarczająco skuteczny i po tym, jak przedwcześnie zakończył 6. etap tej ostatniej imprezy, na szosach pojawiał się już tylko incydentalnie.

Patrząc na to, co się ze mną działo, logiczne, że moje wyniki były fatalne

– przyznaje kolarz, który mimo słabszego sezonu wciąż miał nadzieję na lepszą przyszłość. Przez moment wydawało się nawet, że wraz z belgijską ekipą znalazł idealne wyjście z sytuacji.

Nie nadawałem się do jazdy w World Tourze, więc wspólnie doszliśmy do wniosku, że na sezon wrócę na poziom trzeciej dywizji, a później, w 2013 znów mogę znów znaleźć się w składzie Quickstepu. 

Niestety, gdy sezon 2012 dobiegał końca, usłyszałem, że “Wataha” jest już pełna i nie ma w niej dla mnie miejsca. To był dla mnie cios. Owszem, wciąż cierpiałem na zaburzenia odżywiania, ale czułem, że jest coraz lepiej i że już wkrótce będę w stanie osiągnąć odpowiedni poziom

– mówi.

Na szczęście pomocną dłoń do Słoweńca wyciągnął Tirol Cycling Team. Pobyt w austriackim zespole, dziś znanym jako szlifierz talentów takich kolarzy jak Patrick Konrad czy Gregor Muhlberger nie był jednak dla Tratnika specjalnie udany. Źle znosił odrzucenie przez Quickstep i choć jeździł w stosunkowo słabo obsadzonych wyścigach, to jego wyniki nie powalały. Nie wygrywał, rzadko plasował się w czołowej “10”, a w top 3 zameldował się raz – na trzecim etapie Istrian Spring Trophy. Nie dał belgijskiemu zespołowi żadnych powodów do tego, by żałował swojej decyzji.

Czułem, że nie jestem sobą. Zamknąłem się w sobie i izolowałem się od ludzi. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze pech – miałem mnóstwo kraks. To wszystko spowodowało, że 2013 był dla mnie katastrofalny i wszyscy o mnie zapomnieli

– wspomina Słoweniec.

Jego kariera była skończona. Tak przynajmniej myślał. Skoro nie poradził sobie w Tirolu – gdzie mógłby sobie dać radę? Na szczęście wszystko zmienił jeden telefon…

To był mój przyjaciel, który jeździł w Amplatz Team. Byli zdeterminowani, by mnie pozyskać, a moja dziewczyna – Urša przekonała mnie, żebym dał sobie jeszcze jedną szansę. Bardzo mi wtedy pomogła i to dzięki niej wciąż jestem kolarzem. Przejście do Amplatz okazało się strzałem w dziesiątkę. Zacząłem wszystko od zera. To prawda, jeździliśmy w bardzo małych wyścigach, często nieskategoryzowanych, ale wreszcie zacząłem osiągać dobre wyniki – moja motywacja rosła, a ja z dnia na dzień stawałem się coraz silniejszy. Moje zaburzenia odżywiania stawały się coraz mniejsze, aż w końcu, po trzech latach walki, wygrałem

– dodaje.

Co ciekawe zrobił to praktycznie bez udziału psychologa – wprawdzie spotykał się z jednym, ale ich współpraca nie układała się najlepiej. Sam podkreśla, że zwycięstwo zawdzięcza przede wszystkim swojej dziewczynie. Zwycięstwo najcenniejsze, ale nie jedyne odniesione w barwach Amplatz. Po raz pierwszy mógł unieść ręce w geście zwycięstwa już w kwietniu, podczas Brno – Velka Bites – Brno. Było to jego jedyne zwycięstwo w pierwszym sezonie w barwach Amplatz, ale w kolejnych, worek z kolejnymi w końcu się otworzył. 

Zdobył mistrzostwo Słowenii w jeździe indywidualnej na czas, wygrywał etapy Tour de Hongrie, klasyfikację generalną East Bohemia Tour, a także został właścicielem koszulki punktowej mającego kategorię 2.HC Tour of Austria. W tym ostatnim wyścigu na pokonanym polu zostawił Davida Tannera i Brenta Bookwaltera, jeżdżących w World Tourze.

To pokazywało, że 25-letni już kolarz jest coraz bliżej poziomu, który zapewniłby mu możliwość startów w najwyższej dywizji. Postanowił jednak, że tym razem nie będzie się rzucał na głęboką wodę. Został w Amplatz, w którym było mu tak dobrze, jeszcze na trzeci sezon, a potem postanowił zrobić krok do przodu, właśnie – tym razem krok, a nie dziesięć.

Chciałem iść wyżej i marzyłem o World Tourze, ale wiedziałem, że nie jestem jeszcze na niego gotowy, więc byłem bardzo szczęśliwy, gdy otrzymałem ofertę z prokontynentalnego CCC Sprandi

– wspomina.

Dalszą część historii znacie. Już po pięciu miesiącach startów w barwach polskiej ekipy Tratnik znalazł się w składzie ekipy Dariusza Miłka na Giro d’Italia, gdzie świetnie prezentował się na trasie czasówek – w pierwszej zajął 11., w drugiej 9. miejsce. We wrześniu zadebiutował też w mistrzostwach świata elity, gdzie zajął 10. lokatę w czasówce.

Nareszcie wszystko zaczęło iść dobrze. W czasie sezonu 2018 dostawał masę ofert z World Touru, ale postanowił wybrać tę od Bahrain Merida, z Nibalim, Dennisem i czwórką Słoweńców w składzie (Koren, Pibernik, Bole i Mohorič). To była świetna decyzja. I to właśnie dzięki niej 20 października 2020 roku, na mecie w San Daniele del Friuli – mieście leżącym  60 kilometrów od granicy ze Słowenią, mógł podnieść ręce w geście zwycięstwa.

Dziś mogę powiedzieć, że moja kariera rozpoczęła się w 2014 roku. Wiem, straciłem mnóstwo czasu z powodu swoich problemów, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wiele się dzięki nim nauczyłem. Teraz jestem w miejscu, o którym zawsze marzyłem. Mam zaufanie drużyny, niedawno przedłużyłem z nią kontrakt do 2022 roku i Wiem, że mam przed sobą jeszcze wiele wspaniałych lat. Zrobię wszystko, by wykorzystać ten czas w stu procentach

– zakończył Słoweniec.