Pandemia koronawirusa, jak nie od dziś wiadomo, bardzo mocno uderzyła także w kolarski świat. Wyścigi się nie odbywają, sponsorzy tracą pieniądze, a organizatorzy imprez zaczynają walczyć o życie. Jak peleton będzie wyglądał za kilka miesięcy? Postanowiliśmy nieco “pogdybać” i rzucić na sprawę nieco inne światło.

Od zakończenia Paryż – Nicea, jako kibice, czujemy się jak w listopadowy wieczór w Norylsku, próbując odpalać papierosa przy akompaniamencie russian doomer music. Większość z nas słońce ogląda bowiem jedynie zza szyb mieszkania, próbując nadgonić to i owo za pomocą zwifta. W niewiele lepszej sytuacji są także prosi, którzy na południu Europy dostali już oficjalny przykaz treningu domowego, a jak wiadomo, w ten sposób nie da się aż tak dobrze przygotować do potencjalnych letnich i jesiennych wyścigów. Jednocześnie musimy jednak pamiętać, że rywalizacja po powrocie do normalności z pewnością nie będzie już taka sama.

Nie od dziś wiadomo, że cały kolarski świat oparty jest na prywatnych pieniądzach. Prywatnych w znaczeniu istnienia zaledwie ekip sponsorskich, które z roku na rok potrafią albo się rozpaść, albo zmienić źródło gotówki potrzebnej do rywalizacji na najwyższym poziomie. Kłopoty z utrzymaniem ekipy miała już niejedna organizacja. Żeby znaleźć odpowiedni przykład, nie trzeba szukać daleko. Z biznesowego punktu widzenia, istnienie teamu Katusha przestało mieć sens. Kilka lat temu, ze względów finansowych z peletonu zniknęły też takie teamy jak Euskaltel, IAM, Tinkoff, Rabobank (przejęty przez innego “darczyńcę”) czy Vacansoleil. Teraz, kiedy światowa gospodarka zahamowała potwornie mocno, kolejni sponsorzy mogą zacząć wycofywać się z kolarskiego świata, przez co pracę stracić może cała masa zawodników.

Jeśli ten czarny scenariusz się sprawdzi, kompletnemu załamaniu ulegnie projekt cyklu World Tour stworzony przez Davida Lappartient i jego współpracowników. WT w obecnym wyglądzie miał już bowiem funkcjonować przez kolejne 2 lata. W przypadku upadku kilku teamów, UCI będzie zmuszone do kompletnej restrukturyzacji cyklu, która wbrew pozorom nie będzie aż taka łatwa. Oczywiście w tle pozostanie też możliwość większej ingerencji Unii w budżety największych graczy na kolarskim rynku. Stosunkowo rozsądne wydaje się być bowiem wprowadzenie odpowiedniego rozporządzenia, wymuszającego zmianę zapisów w kontraktach poszczególnych zawodników, co pozwoliłoby utrzymać peleton w obecnej formie, choć znacznie biedniejszy.

Jak jednak wiadomo, nie tylko zespoły będą miały niemałe problemy z domknięciem budżetów. Po kruchym lodzie stąpają już także organizatorzy wyścigów, którzy z dnia na dzień są coraz mniej pewni swojej przyszłości. Ogrom problemu najlepiej pokazuje to, jak długo o start Strade Bianche walczyło RCS Sport, które tylko w miesiąc straciło trzy flagowe imprezy, co oczywiście przyniosło olbrzymie straty finansowe. W niewiele lepszej sytuacji znajduje się ASO, które co prawda na siłę przeprowadziło Paryż – Nicea, lecz poza klasykami, straci także sporo imprez, takich jak m.in. maratony, które do tej pory przynosiły bardzo duże zyski. Zdecydowanie najgorzej sytuacja ma się jednak w przypadku najmniejszych organizatorów wyścigów o niższych kategoriach, którzy bardzo często zajmują się zaledwie jednym wyścigiem w kalendarzu UCI. Oznacza to, że kalendarz kolarski na sezon 2021 może być zdecydowanie biedniejszy w porównaniu z obecnym rokiem.

W całym zamieszaniu związanym z wyścigami, jest jednak pewien promyczek nadziei. Przy ogromnych stratach kolosów, nieco więcej do powiedzenia mogą mieć niedługo takie organizacje jak Lang Team czy… chińska Wanda Sports (odpowiedzialna m.in. za Tour of Guangxi czy ostatnie mistrzostwa świata w Koszykówce). Wszystko dzięki “obejściu” problemu. Wiele bowiem wskazuje na to, że Tour de Pologne odbędzie się zgodnie z planem, a chiński sport lada moment ma wrócić na pełne obroty.

Z punktu widzenia kibicowskiego jest jeszcze jeden temat warty zauważenia. Jeśli do czasu Tour de France sytuacja będzie już w pełni opanowana, możemy mieć do czynienia z najbardziej nieprzewidywalnym Le Tourem od dziesięcioleci, o czym mówił już Thomas De Gendt. Kto jednak nie chciałby zmiany lidera co etap i walki na całego bez patrzenia na pomiary mocy, które w obliczu wiosennych utrudnień stracą jakiekolwiek zastosowanie?

Póki co pozostaje nam jednak gra w Pro Cycling Managera i oglądanie powtórek w sieci. Zostańmy w domu i wspólnie przetrwajmy ten trudny czas, licząc na lepsze jutro.