fot. Kacper Kirklewski / naszosie.pl

Kilka tygodni temu Marcin Białobłocki, tegoroczny brązowy medalista mistrzostw Polski w jeździe na czas, poinformował o zakończeniu kolarskiej kariery. Między innymi o powodach tej decyzji porozmawiał z nami, zapraszamy do lektury.

Skąd decyzja o zakończeniu kariery?

Niestety nie dostałem żadnej oferty. W moim wieku naprawdę ciężko dostać się do grupy zawodowej. Ich szefowie wychodzą często z założenia, że kolarz będący grubo po trzydziestce nie jest w stanie zagwarantować odpowiedniego poziomu. Tyle że to nieprawda. Może kiedyś, gdy kolarze na potęgę korzystali ze środków dopingujących faktycznie tak było. Wtedy faktycznie w wieku 30 lat można było czuć wypalenie albo zwyczajny bunt organizmu. Tyle że ja nigdy z takich rzeczy nie korzystałem, więc moja forma wciąż jest wysoka. No ale niestety, nie będę miał już szans na udowodnienie tego.

Z polskich ekip też nikt nie pytał? Wydaje mi się, że Hurom czy Voster chętnie przyjęły by takiego kolarza.

Nie rozmawiałem z nikim z tych ekip. Ale też szczerze mówiąc nie wiem, czy w ogóle byłbym w stanie odnaleźć się w tych drużynach. Mam dość duże wymagania odnośnie sprzętu. W tym momencie ściganie się na takim poziomie raczej nie wchodziło już w rachubę.

A jak oceniasz swój ostatni sezon?

Było dobrze, choć oczywiście mogło być lepiej. Trenowałem sam, bazując na wcześniejszych doświadczeniach i dobrze to wyglądało. Niestety przed mistrzostwami Polski, gdy moje przygotowania wchodziły w decydującą fazę, miałem sporego pecha. Dzieciaki przyniosły wirusa ze szkoły no i się zaraziłem. Pierwsze pięć dni było straszne. Nie byłem w stanie nic jeść. Później było już lepiej, ale i tak straciłem trochę dni treningowych, no i stąd to trzecie miejsce – wydaje mi się, że mogłem zrobić lepszy wynik.

Potem były mistrzostwa Europy, co powiesz o swoim występie na tamtej imprezie?

Przyznam, że ciężko było mi przygotować drugi szczyt formy. Jednak zrobiłem co mogłem. Jeszcze 2-3 lata temu miałem nad większością rywali przewagę aerodynamiczną. Bardzo interesowałem się tym tematem i wiedziałem co robić, by przewyższać ich pod tym względem. Teraz ekipy z World Touru przywiązują do tej kwestii dużą wagę, więc ta przewaga zmalała praktycznie do zera. Do tego oni jeżdżą duże wyścigi i są przygotowywani przez najlepszych specjalistów. Mi tego brakowało, dlatego myślę, że 11. miejsce, które ostatecznie zająłem, było niezłym wynikiem.

To był twój ostatni duży start w karierze. Jesteś zadowolony z tego co udało ci się w jej czasie osiągnąć?

Cóż, to była bardzo ciekawa kariera. Kompletnie inna od tej, jaką ma większość zawodników. Dziś podjąłbym inne decyzje, ale wtedy nie miałem pojęcia o pewnych rzeczach, więc być może nie osiągnąłem tego, co mógłbym osiągnąć. Ale i tak trochę wygrałem i bardzo się z tego cieszę.

Myślisz, że gdybyś podjął inne decyzje, to moglibyśmy oglądać cię w World Tourze?

Tak, może i nie jestem równie utalentowanym kolarzem co Maciej Bodnar, Rafał Majka czy Michał Kwiatkowski, ale dzięki ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeniom wskoczyłem na naprawdę wysoki poziom. Czasem właśnie myślę sobie o tym, że w swoim życiu miałem kilka okazji, które po prostu przegapiłem, przez co dziś nie ścigam się w najwyższej dywizji, a muszę kończyć karierę.

Czy taka okazja nadarzyła się po świetnym 2015 roku?

No właśnie nie. Nikt się wtedy do mnie nie odezwał. Pewnie że myślałem wtedy o awansie, ale też miałem już wtedy 32 lata i dla worldtourowych ekip byłem już za stary i myśleli że za chwilę będę kończył karierę, choć ja jestem pewien, że mógłbym ścigać się do czterdziestki. Pomagałbym liderom grupy, a także starałbym się sam sięgnąć po jakiś fajny wynik. Niestety taka jest mentalność ludzi w największej dywizji i nie zmienimy tego.

Jakąś namiastkę World Touru miałeś w 2017 roku, gdy byłeś zawodnikiem CCC. Wystąpiłeś wtedy w wielu ważnych wyścigach, choćby w Giro d’Italia. Jak wspominasz tamten czas?

Bardzo dobrze. To był zdecydowanie jeden moich najlepszych sezonów w karierze. Start w Giro i wielu innych prestiżowych wyścigach to wspaniała sprawa. Niestety sprzęt z którego korzystaliśmy nie był najwyższej jakości i bardzo mocno zmniejszał moje szanse na dobre wyniki. Nie mogłem się z tym pogodzić i otwarcie o tym mówiłem, co pewnie dość mocno przyczyniło się do mojego odejścia z ekipy.

A wracając do 2015 roku. Byłeś zaskoczony tym co wtedy osiągnąłeś?

Jasne że tak. Wcześniej nie byłem świadomy tego, na co mnie stać. Nie wiedziałem jak to jest – nigdy nie ścigałem się na takim poziomie, a wystartowałem najpierw w mistrzostwach Polski, a później w Tour de Pologne i okazało się, że jeżdżę na poziomie najlepszych czasowców świata. Żałuję tylko, że nie udało się tego wykorzystać.

Czemu twoje poważne ściganie zaczęło się tak późno?

Szybko wyjechałem do Anglii i tam jakoś nigdy nie miałem okazji by się pokazać. Wprawdzie ciężko trenowałem, a w tamtejszych wyścigach cały czas sięgałem po mniejsze lub większe sukcesy, ale nikt się do mnie nie odzywał, a ja sam też nie próbowałem niczego na siłę zmieniać. Dopiero wtedy w tym 2015 roku coś poszło do przodu. Znalazłem się w One Pro Cycling – ekipie, która wzorowała się na Sky i podchodziła do wszystkiego bardzo profesjonalnie, zacząłem seryjnie wygrywać czasówki i w końcu żona zasugerowała mi, żebym wystartował w mistrzostwach Polski, bo może dam radę tam powalczyć i okazało się, że miała rację.

Tamta czasówka w Strzelinie miała 44 kilometry, a ty mówiłeś, że nigdy nie jechałeś równie długiej próby czasowej. A dziś jesteś rekordzistą Wielkiej Brytanii w jeździe na 100 mil. Ciężko było ci się przygotować do czegoś takiego?

Wiadomo, że takie czasówki wymagają większego poświęcenia, ale wydaje mi się, że jeździ mi się je nawet łatwiej niż te krótsze. Przede wszystkim dlatego, że nie trzeba osiągać tam nie wiadomo jak wysokiej mocy. Mój ulubiony dystans to 50 mil, czyli około 80 kilometrów. Utrzymuję wtedy około 380-390 watów i przez większą część czasu nie czuję bólu. Bardzo ciężko zaczyna być dopiero na ostatnich kilometrach. Podczas jazdy na 100 mil tempo jest jeszcze przyjemniejsze. Tu moc waha się między 340, a 360 watów. Tyle że po stu kilometrach czuje się się mocny dyskomfort, a po 130 kilometrze zaczyna się istne piekło. Po jednej próbie czasowej na 100 mil nie mogłem chodzić przez godzinę. Trzy godziny i kilkanaście minut w pozycji czasowej to nie jest łatwe zadanie, ale mimo to wolę te dystanse niż krótkie na których musisz jechać w trupa od startu do mety.

Miałeś też chrapkę na inny rekord – w jeździe godzinnej. Czemu ostatecznie nie udało ci się go zrealizować?

Nie miałem na to wystarczająco dużego budżetu. Nie udało mi się znaleźć sponsora, a taka próba naprawdę dużo kosztuje. Trzeba mieć paszport biologiczny, który kosztuje 10 tysięcy funtów. Do tego dochodzą sędziowie, których trzeba wynająć i wiele innych rzeczy. Łączny koszt takiego przedsięwzięcia to około 30-40 tysięcy. I to jest minimum. Żeby zapewnić sobie przygotowania takie jak mieli Wiggins, czy Campanaerts, którzy mieli nad sobą cały sztab ludzi i wszystko dopięte na ostatni guzik, trzeba by było jeszcze sporo do tego dołożyć. A przecież robienie tego byle jak mija się z celem, dlatego musiałem zrezygnować.

Myślisz, że byłbyś w stanie pobić ich wyniki?

Ciężko mi powiedzieć. Na pewno pojechałbym na 100 procent, ale pobić wyniki takich kolarzy jak ci dwaj, to byłby niesamowity wyczyn. Ale wydaje mi się, że jakbym miał zapewnione takie warunki jak oni, to byłoby to możliwe. W tamtym roku robiłem próbę na torze, widziałem jaką moc trzeba osiągnąć, żeby jechać przez godzinę takim tempem jak oni i wcale nie wydawało się to poza moim zasięgiem. Tylko powtórzę – potrzebne jest zaplecze, a ja go niestety nie mam.

Długo mieszkałeś w Wielkiej Brytanii, zakładam też, że masz tam wielu znajomych. Czy w związku z tym zdecydowałeś się na powrót do Zjednoczonego Królestwa, by stanąć przy trasie niedawnych mistrzostw świata?

Nie, w połowie sierpnia wróciliśmy do Polski i nie było czasu ani ochoty, by wracać do Anglii. Prawdę powiedziawszy nie śledziłem tych mistrzostw zbyt dokładnie. Widziałem tylko urywki i jakieś zdjęcia. Poza tym mój brat sporo mi mówił o tym co działo się na trasie i z tego co wiem, to to była jakaś masakra.

Tak, cały czas padało. Ty też tak zapamiętałeś swój pobyt na Wyspach?

Właśnie nie, tyle że ja mieszkałem jakieś 400 kilometrów na południe od Yorkshire i mieliśmy dość specyficzny mikroklimat. Ze wszystkich stron otaczały nas wzgórza i cała woda spadała na nie, a my mieliśmy piękną pogodę. Gdy przyjeżdżałem do Anglii też bałem się ciągłych deszczów, mgły itd., a gdy już zacząłem tam mieszkać, to okazało się, że pod tym względem jest nawet lepiej niż w Polsce.

A wracając do mistrzostw świata. Dwukrotnie wystąpiłeś w tej imprezie – czy uważasz ten rozdział swojej kariery za udany?

Jestem pewien, że gdybym zadebiutował wcześniej, to osiągnąłbym w nich zdecydowanie więcej – może nawet otarłbym się o medal. Ale zadebiutowałem w Richmond, w wieku 32 lat, ze znikomym doświadczeniem, z przeciętnym zapleczem, więc ciężko było walczyć o czołowe lokaty. Dlatego wydaje mi się, że biorąc pod uwagę te czynniki, moje wyniki trzeba uznać za przynajmniej przyzwoite.

A co zamierzasz robić teraz, już po odłożeniu roweru na bok?

Zaczynam pracę jako trener osobisty. Chcę wykorzystać olbrzymie doświadczenie i wiedzę, które udało mi się nabyć w czasie kolarskiej kariery, przekazać je innym kolarzom i tym samym ułatwić im wejście na wyższy poziom. Chętnych zapraszam do współpracy. Oczywiście sam również zamierzam jeździć jeszcze na rowerze, tyle że oczywiście już tylko dla zdrowia i przyjemności.