Fot. Marek Bala / naszosie.pl

Choć najważniejszy wyścig jeszcze przed nami, tegoroczne mistrzostwa świata w Yorkshire z pewnością na długo zapadną nam w pamięć. Szkoda, że nie ze względu na wielkie emocje, ale na idiotyczne decyzje sędziów, którzy w okrutny sposób potrafią wypaczyć wyniki.

Kiedy Yorkshire oficjalnie przyznano organizację mistrzostw świata w kolarstwie szosowym, praktycznie wszyscy odebrali to bardzo dobrze. Zważając na ilość kibiców rokrocznie odwiedzających trasę lokalnego wyścigu etapowego, wszystko wskazywało, że będziemy świadkami kapitalnego widowiska i kolarskiego święta. Niestety do tej pory nic nie idzie po naszej myśli… i w sumie nie tylko naszej.

Od samego początku czempionatu karty rozdaje m.in. pogoda. Choć zasadniczo mogliśmy spodziewać się opadów, ich intensywność jest już czymś, co mocno wszystkich zaskoczyło. Tak czy inaczej, przeszkadzają one także kibicom, których przy trasie jest niewielu. To z urzędu powoduje, że cały czempionat ogląda się jednak z pewnym dystansem.

Drugim tematem wstępnym, który warto poruszyć, jest poprowadzenie tras poszczególnych wyścigów. Jesteśmy już po większości odcinków mistrzowskiej sagi, także tej rozgrywanej ze startu wspólnego. Ile razy w tym czasie zawodnicy i zawodniczki przejechali rundę w Harrogate? To właśnie ściganie na okrążeniu przy tłumach fanów nadawało od lat mistrzostwom wielkiego klimatu, o czym pisał m.in. Daniel Martin.

Moim wspomnieniem z wyścigu o mistrzostwo świata juniorów to rywalizacja na tym samym okrążeniu co zawodowcy przy największej grupie kibiców, jaką kiedykolwiek widziałem. Szkoda, że UCI okrada nową generację kolarzy z tego wspaniałego doświadczenia. Tegoroczne mistrzostwa nie wyglądają jak prawdziwe mistrzostwa. Nie czuć w nich niczego szczególnego

– napisał na twitterze Irlandczyk.

Powyższe kwestie są jednak dość drugorzędne. Najwięcej złego zrobili bowiem sędziowie, którzy skutecznie zniszczyli marzenia wielu młodych kolarzy. Na myśli mamy zarówno juniorów, jak i zawodników do lat 23, którym w szczególności się oberwało. O czym mowa? Już przedstawiamy.

Po pierwsze – indywidualna jazda na czas młodzieżowców i brak jakiejkolwiek reakcji na olbrzymie zamieszanie pogodowe. Oczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę, że deszcz i śliska nawierzchnia to część kolarstwa. To, co działo się we wtorek było jednak absolutnym armagedonem. W tym wypadku różnica między początkiem a drugą połową rywalizacji była olbrzymia. Przez absolutny brak reakcji sędziów, szansę na znakomity wynik stracił m.in. Johan Price-Pejtersen, który w mistrzostwach Danii pokonał Mikkela Bjerga, czyli mistrza globu.

W tym miejscu warto zapytać, czy na mistrzostwach świata nie obowiązuje protokół pogodowy? Jeśli tak też jest, w takim razie kto wypuścił taki paszkwil, który nie bierze pod uwagę podtopień spowodowanych opadami deszczu? Co więcej, jeśli organizatorzy nie mieli alternatywnego terminu do rozegrania wyścigu, to jakim cudem w ogóle przyjęto cały plan mistrzostw?

Co w tym czasie robiło UCI? Mierzyło wysokość skarpetek…

Skoro już o skarpetkach mowa, warto przejść do drugiej totalnie głupiej decyzji sędziów, czyli dyskwalifikacji Nilsa Eekhoffa. Sprawą oczywistą jest, że Holender naginał przepisy dochodząc do peletonu po kraksie. Jak jednak wiadomo, na takie działanie w peletonie od zawsze jest przyzwolenie. Niech o wynikach zdecyduje bezpośrednia rywalizacja, a nie kraksa (swoją drogą prawdopodobnie spowodowana przez źle zaparkowany samochód – gdzie było auto sędziowskie odpowiedzialne za zabezpieczanie takich miejsc lub informowanie o nich marshalli?!). Ze strony UCI słyszymy jedynie, że Holender za długo jechał za samochodem technicznym, co jest całkowitym złamaniem przepisów i to zaważyło o dyskwalifikacji. Dlaczego tylko zawodnik musiał w takim razie wycofać się z rywalizacji przez niewypełnienie obowiązków organizatorów? Dlaczego 120 sekund w tak absolutnie nieistotnym momencie wyścigu ma zaważyć o końcowych wynikach? Co z Arnaud Demare, który “na klamce” wjechał pół Cipressy, po czym wygrał Mediolan – Sanremo?

W tym miejscu warto wspomnieć pewną anegdotkę z wyścigu CCC Tour z 2017 roku. Na pierwszym etapie do Jawora jeden z uciekinierów złapał gumę. Później neutralny samochód techniczny dociągnął biedakę aż do samego odjazdu, holując go przez podobny czas. Reakcja sędziów na wstępne protesty? “Nic nie widzieliśmy. Ludzie, to kolarstwo, niech zdecyduje sportowa walka”.

W tym miejscu ponownie warto wrócić do tematu skarpetek. Skoro sędziowie są aż tak drobiazgowi (choć całkowicie nie dbają o dobro zawodników), dlaczego Remco Evenepoel wciąż jest srebrnym medalistą w jeździe indywidualnej na czas elity? Przecież każdy widział, że zaraz po zjechaniu z rampy startowej, jego ręka poprawiła i podniosła skarpety na niedozwoloną wysokość. Bez tego może nie stanąłby na podium!

Na mistrzostwach świata najważniejsze powinno być kolarstwo. Powyższe przykłady pokazują, że wcale nie jest. Jest jednak jeszcze jedna sytuacja, która praktycznie wszystkim złamała serce. Mowa oczywiście o problemach Germana Dario Gomeza, który zalany łzami czekał na pomoc wozu neutralnego, który zasadniczo i tak nie przyjechał. Pojawia się więc pytanie, jakim cudem nikt nie zadbał o ilość pomocy międzynarodowej? Jak można było dopuścić do tego, że młody chłopak praktycznie skończył ściganie przez przebitą gumę? Czy to rok 1934?

Co więcej, świat od wieków buduje się na młodych – na ich inwencji, pasji, świeżości spojrzenia na świat. Doświadczony zawodnik na miejscu Kolumbijczyka po prostu odstawiłby rower, powiedział sobie, że jego czas jeszcze nadejdzie, pomyślał o rodzinie i ostatecznie wsiadł do “śmieciary” jedynie nieco rozgoryczony. Dla tego chłopaka był to jednak najpiękniejszy dzień w życiu. Być może jedyna szansa, by zrobić coś niezwykłego. W jego łzach było więc widać zarówno ambicję i pasję, jak i rozpacz płynącą bezpośrednio z duszy. Jego marzenie, piękny sen, zamienił się w okrutny koszmar i to przez totalne nieprzygotowanie UCI i organizatorów.

Oby jutro wszystko przebiegło zgodnie z planem. Wpadek mamy już dość.