fot. RCS Sport

Giro d’Italia 2019 już oficjalnie za nami. Kilka spraw mocno nas zaskoczyło, zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Czas więc przejść do ocen.

Plusy:
Filip z konopi
Nie da się ukryć, że przed rozpoczęciem tegorocznego wyścigu mało kto był zdania, że Richard Carapaz zdoła wygrać całą imprezę. Jak się jednak okazało, Ekwadorczyk był w tym roku najlepszy i nie pozostawił złudzeń największym faworytom imprezy. Na ten moment jest to oczywiście jego największy sukces w karierze, lecz możemy być pewni, że to nie koniec. W tym miejscu warto jeszcze dodać, że decydującym etapem okazał się ten do Courmayeur, gdzie zawodnik Movistaru został całkowicie odpuszczony przez “największych” peletonu.

Pozytywnie, choć z problemami
Rafał Majka ostatecznie zajął w całym wyścigu wysokie, 6. miejsce. Dla Polaka jest to drugie Giro w karierze zakończone właśnie na tej lokacie. Zważając jednak na obsadę wyścigu, był to naprawdę przyzwoity występ Rafała, który może już z czystym sumieniem przygotowywać się do kolejnych startów.

Występ życia?
Przez cały wyścig nasza uwaga skupiała się głównie na czołówce i Rafale Majce. Trzeba jednak przyznać, że znakomity wyścig pojechał Bauke Mollema, który zanotował najlepszy wynik w Wielkim Tourze od… Vuelty 2011 wygranej przez Juana Jose Cobo. Holender, który zawsze uważany był za kolarza odpowiedniego do wypraw po etap, w końcu zmieścił się w czołowej piątce generalki. Brawo!

Minusy:
Blady pomarańcz
Oj nie był to wyścig kolarzy CCC Team. Choć siedmiokrotnie udało im się zabrać w odjazd, jedynie Amaro Antunes zdołał stosunkowo zbliżyć się do zwycięstwa etapowego. Poza tym było jednak mocno przeciętnie. Jakub Mareczko pokazał, że jego miejsce jest w drugiej dywizji, Victor de la Parte nie zdołał powalczyć w klasyfikacji generalnej, a cała reszta nie odegrała w wyścigu żadnej roli. Szkoda.

Za łatwo, za spokojnie
Przed rozpoczęciem tegorocznego wyścigu liczyliśmy, że łatwiejsza trasa Giro nieco otworzy rywalizację. Niestety myliliśmy się. Problemem była bowiem długość etapów, która skutecznie uniemożliwiała ciekawsze akcje. Nie bez powodu najciekawszy był krótki odcinek do Courmayeur, gdzie Richard Carapaz odskoczył rywalom. Mimo to zabrakło odcinków prawdziwie emocjonujących, a za dużo było prowadzonych mozolnie i nudno. Eksperyment się więc nie udał.

Król jest nagi
Ubiegły rok w dużej mierze należał do Simona Yatesa. Tym razem jednak Brytyjczyk kompletnie nie był sobą i nie odegrał żadnej roli w walce o zwycięstwo w całym wyścigu. Lider ekipy Mitchelton – Scott musi naprawdę poszukać swojej szansy w hiszpańskiej Vuelcie, gdzie będzie miał zamiar bronić tytułu.