Fot. Młoda Photography / naszosie.pl

“Zakwitają zwykle w okolicach maja i tkwią tak w pełnej krasie do połowy września, gdy dobiega końca sezon Wielkich Tourów: kolarscy „eksperci” o wiedzy tak szerokiej i pewności siebie tak niezachwianej, że gdyby żyli odrobinę wcześniej, to nawet 13-tomowa encyklopedia oblałaby się rumieńcem wstydu” – pisze w swoim najnowszym felietonie Mariusz Czykier.

Brałem ostatnio udział w jakiejś luźnej towarzyskiej dyskusji, gdy nagle pewien znajomy rzucił we mnie niespodziewanie pytaniem o to, co wydaje mi się najtrudniejsze w pracy dziennikarza? W pierwszym odruchu zbyłem to pytanie, bo co ja tam wiem? Raz, że ilu dziennikarzy, tyle opinii, a dwa: dziś dziennikarzem może być właściwie każdy (na co zresztą sam jestem żywym dowodem), więc to chyba nie jest najtrudniejsza robota na świecie. Niemniej pytający drążył, więc musiałem się przez chwilę zastanowić, po czym dotarło do mnie, że chyba jest jedna rzecz, która sprawia mi wyjątkową trudność. Nie mam bowiem bladego pojęcia jak pogodzić szacunek do odbiorców mojej pisaniny z głęboką niechęcią do kibicowskiej „ekspertozy”, która w szczycie kolarskiego sezonu uderza ze zdwojoną mocą?

Zakwitają zwykle w okolicach maja i tkwią tak w pełnej krasie do połowy września, gdy dobiega końca sezon Wielkich Tourów: kolarscy „eksperci” o wiedzy tak szerokiej i pewności siebie tak niezachwianej, że gdyby żyli odrobinę wcześniej, to nawet 13-tomowa encyklopedia oblałaby się rumieńcem wstydu. (Nawiasem mówiąc… śledząc niektóre dyskusje trudno się uwolnić od wrażenia, że część z nich na kolarstwie z lat 80. ubiegłego wieku się zatrzymała i nieszczególnie przyjmuje do wiadomości, że świat już zrobił kilka kroków naprzód). Najgorsze jest jednak to, że nie sposób ich oddzielić od całej reszty chłonnych pozytywnych emocji kibiców, więc – chcąc nie chcąc – wypada wszystkich traktować z jednakową powagą.

Nie jest to zadanie łatwe, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że w tej szczególnej grupie kibiców kolarska teoria wszechświata opiera się na zasadzie Majko- i Kwiatocentryzmu, pozostałych kolarzy traktując w najlepszym wypadku jak satelity. Skoro bowiem utalentowani Polacy znaleźli się w składach międzynarodowych ekip, to wyłącznie na nich powinna się koncentrować cała uwaga zespołów, a każde inne rozwiązanie traktowane jest jak spisek tajemniczych sił, które celowo demolują tę misternie skonstruowany model galaktyki.

Wygrana Bernala w Paryż-Nicea to nic innego, jak zaburzenie tego nienaruszalnego układu przez wskazanie Kwiatkowskiemu miejsca w szeregu. Obsadzenie Kwiatkowskiego w roli pomocnika Froome’a to oczywista próba sprawienia, by słońce krążyło wokół ziemi. Dopuszczenie do sytuacji, w której zespół wspiera na finiszu Ackermanna, a Majka traci kilka sekund do Roglića, to z kolei jakaś niemiecka zemsta i kolejna próba zachwiania równowagi we wszechświecie, bo wprawdzie wystawiono Polaka w roli lidera, ale niezwłocznie przyćmiono jego blask, stawiając obok w podobnej roli Formolo. A wiadomo przecież nie od dziś, że dwa słońca może dobrze wyglądają w „Gwiezdnych Wojnach”, ale nie w wyścigu kolarskim, więc drużyna Rafała powinna się natychmiast ogarnąć i zaprowadzić porządek w swojej galaktyce. I tak dalej…

Pół biedy jeszcze, gdy ta „fachowa” krytyka skierowana jest w stronę zespołów, ale niech się – odpukać – przytrafi jakiś gorszy dzień naszym kolarzom, natychmiast życzliwe grono „ekspertów” przybiegnie usłużnie z misją humanitarnego dobicia resztek ich sportowych ambicji i godności. Po co się chłopaki mają dalej męczyć, skoro „fachowcy” nie znoszącym sprzeciwu tonem obwieścili już światu, że nic z tego nie będzie?

Gdy po upadkach na 9. etapie ubiegłorocznego Tour de France dopadł Rafała Majkę poważniejszy kryzys, kolarscy „fachowcy” wylali na niego taką ilość pomyj, jakiej już dawno nie widziałem w świecie kolarskich social mediów. Pozwoliłem sobie wówczas na gorzki komentarz, że nie chciałbym być w dzisiejszych czasach sportowcem, który wypluwa swoje płuca na ciężkich treningach, by na koniec jakiś opasły Janusz, siedzący na kanapie z piwem w garści, dzielił się z całym światem wiedzą o tym, jak należy mnie udoskonalić. Część dyskutantów nieco ochłonęła, ale trafiła się również niemała grupa takich, którzy do upadłego bronili swojego świętego prawa do krytyki.

To prawda: każdy może krytykować. Ale każdy też może położyć się krzyżem na głównym placu miasta, a jednak z jakiegoś powodu ludzie na ogół tego nie robią. Co zatem sprawia, że prawo do krytyki traktują jako swoisty obowiązek?

Spora grupa tych wytrwałych kolarskich krytyków sięga zazwyczaj po argument, że nabywa to prawo w pakiecie z produktem sponsora. W pewnym sensie to się klei: sponsor płaci kolarzowi, kibic płaci sponsorowi, zatem w konsekwencji kolarz jest coś winny kibicowi. Ale idąc tą ścieżką rozumowania bardzo łatwo jest zapomnieć, że sponsorzy nie chodzą po domach ze świecą i walizką pieniędzy, szukając miłych, szczupłych mężczyzn, z których warto będzie zrobić kolarzy. Warto pamiętać, że zanim w zasięgu sportowca pojawi się pierwszy sponsor, ów sportowiec będzie musiał przelać na treningach hektolitry potu, często samotnie i za pieniądze z trudem odkładane przez rodziców. Wtedy zazwyczaj w pobliżu nie ma nikogo z dobrą radą (choć z drugiej strony może to i lepiej?).

Owszem, można krytykować, choć chyba znacznie lepiej jest po prostu zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi. Można stawiać śmiałe tezy, ale warto również mieć odwagę do ich samodzielnego obalania. Warto dzielić się swoją wiedzą, ale dobrze jest przy tym pamiętać, że w tym wszechświecie wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, więc każdy z nas ma prawo się mylić i popełniać błędy: zawodnicy, dyrektorzy sportowi, dziennikarze i kibice.

Tak, kibice również. Nawet ci najbardziej pewni swoich racji.