Wiosna, sezon kolarski rozpędza się na dobre. Wszyscy amatorzy ścigania się na asfalcie wyciągają swoje ukochane rowery, by kręcić kolejne setki kilometrów, robić weekendowe ustawki i sprawdzać, czy udało się pobić swój wynika w segmentach Stravy.

Dziś na trasach kolarskich, zarówno zawodowych jak i amatorskich, rządzi karbon. Już za kilkanaście tysięcy złotych można stać się szczęśliwym posiadaczem roweru, który waży poniżej 8 kg. Rower z taka ramą jest super sztywny, lekki i można nim bez trudno podróżować z prędkością około 30 km na godzinę po szosie. Rower wykonany ze stali jest dziś kojarzony bardziej z hipsterką jeżdżącą na ostrym kole, niż ściganiem się na szosie. Pora zatem rozwiać parę mitów i wrócić do korzeni kolarstwa.

Ostatnim kolarzem, który  zwyciężył w Tour De France na stalowym rowerze, był Miguel Indurain. Był to rok 1995, a Indurain jechał na szosie marki Pinarello – a w rzeczywistości customowym rowerze zbudowanym przez Dario Pegoretti. W następnym roku na tourach pojawiała się już lżejsza rama aluminiowa, która w 1998 roku została wyparta przez karbon. Wydawało się, że stal odeszła w przeszłość, ustępując miejsca nowym technologiom i materiałom w produkcji ram.

Nic bardziej mylnego. Wielkie włoskie marki rowerowe takie jak Colnago, Cinelli, Willer, plus kilkanaście małych manufaktur, zakładanych najczęściej przez byłych profesjonalistów, wciąż wytwarza i sprzedaje rowery na stalowej ramie. Ramę takiego roweru dziś, tak jak w przeszłości, buduje się z rurek włoskiej firmy Columbus. Firma produkuje cały przekrój zestawów rurek o różnej wadze i przeznaczeniu. Są zestawy tradycyjne z mufami, które lutuje się brązem, ale też są zestawy, które spawa się analogicznie jak ramy aluminiowe. Ramy są chromowane, a potem malowane zgodnie z designem danego producenta. Całość jest to ręczna robota, która wymaga doświadczenia i wiedzy o geometrii roweru. Jeśli zamawiamy ramę do produkcji, możemy wybrać rozmiar z dokładnością co do centymetra. Tyle jeśli chodzi o proces produkcji, pytanie jakie się pojawia to – co jest lepsze?

Postanowiłem zatem dokonać subiektywnego porównania dwóch rowerów, które dzieli prawie 30 lat.

Pierwszy to Canyon Ultimate z 2018, rama karbonowa, grupa Ultegra, koła Mavic Ksyrium. Rower bez pedałów waży 7,3 kg.

Drugi to Colnago Super z 1992 roku, rower został złożony na nowo z vintagowych komponentów Campagnolo. Grupa Chorus, koła Campagnolo Omega, 36 szprych stalowych zaplecionych na nowo, szytka, przerzutki bezindeksowe. Waga 9,5 kg bez pedałów.

Trasa testowa to Royal Wilanów – Gassy. Oczywiście, obydwa rowery mają pedały zatrzaskowe Look.

Wrażenia z jazdy

Pierwsza różnica wyczuwalna różnica to masa. Kiedy jedziesz na Canyonie, czujesz, że masa jest wyraźnie mniejsza, rower lepiej przyspiesza, pomagają też klamkomanetki i bezstresowa zmiana przełożeń. Aby przyspieszyć na stalowym Colnago, trzeba mocniej stanąć na pedałach, ale kiedy już dokręcimy do około 30 km/h różnicy praktycznie nie ma. Rama stalowa Columbusa daje jednak inny feeling wynikający z dwóch rzeczy. Po pierwsze, czuje się, że jedzie się na trochę cięższym rowerze i że mamy większa energię kinetyczną. Rower po rozpędzaniu lepiej wykorzystuje swoją masę. Po drugie, rama inaczej oddaje nierówności asfaltu. Włosi nazywają to wrażenie „dynamiczną responsywnością”. Stal jednoczenie jest sztywna, ale i elastyczna. Generalnie rower z rurek Columbusa ma więcej duszy w sobie, niż karbonowa maszyna do ścigania.

Duża różnica jest w reakcji na hamowanie połączone z zablokowaniem kół. Colnago od razu ustawia się bokiem, niczym  motocykl żużlowy. Za pierwszym razem można się trochę przestraszyć, potem jest to nawet trochę zabawne. W przypadku Canyona reakcje są dużo bardziej cywilizowane. Może to wynikać z innej geometrii obydwu ram i innego ułożenia środka ciężkości. W przypadku Colnago mamy tradycyjną geometrię, która jest bardziej naturalna i wygodniejsza dla kolarza – ma to znaczenie przy dłuższych jazdach. Canyon reprezentuje współczesną geometrię wyścigową, które jest bardziej aerodynamiczna, ale jest też bardziej wymagająca dla pleców kolarza.

Szybkość

Po porównaniu wyników na Stravie muszę powiedzieć, że były one podobne – średnia około 30 km na godzinę. Oczywiście, przy zachowaniu bardziej purystycznego podejścia do pomiaru nie mam wątpliwości, że Canyon za każdym razem byłby pierwszy. Analizując natomiast strefy tętna okazuje się, Colnago jest bardziej wymagające i żeby jechać z taka samą prędkością, trzeba wytwarzać średnio kilkanaście watów więcej.

Który rower zatem wybrać?

Jeśli lubisz się ścigać, to Canyon jest oczywistym wyborem. Super wygląda, super jeździ, jest warty każdej wydanej złotówki. Jest trochę jak współczesny samochód sportowy. Natomiast w przypadku Colnago mamy do czynienia z klasykiem, które już zawsze będzie wyglądać dobrze. Zatem, jeśli już jesteś szczęśliwym posiadaczem karbonowej szosy, uważam, że warto wtedy rozważyć dodanie do swojej kolekcji czegoś, co nie tylko pięknie wygląda, ale ma wszystko to, o czym można powiedzieć „Fatto Mano in Italy”.

Jacek Wlazło

Saska Kępa 10.04.2019