fot. Wydawnictwo SQN

Peter Sagan zaprasza do swojego świata. Wzorem innych utytułowanych kolarzy i sportowców zdecydował się na napisanie autobiografii zatytułowanej „Mój Świat”. Oznacza to, że istnieje szansa, iż czytelnicy tej książki będą mieli do czynienia z liderem kolarskiej drużyny BORA-hansgrohe mówiącym nieco więcej niż: „We will see”, „Day by day” czy „It is as it is”. I słusznie. Sagan jest w tej książce nieco bardziej wylewny, ale nadal na swój sposób wyluzowany, bezkompromisowy, prostolinijny, żartobliwy, a momentami nawet bezczelny. 

Książka „Mój Świat”, którą w Polsce (tłumaczenie Bartosz Sałbut) wydało krakowskie Wydawnictwo Sine Qua Non (SQN), podzielona jest na prolog, trzy części („Richmond”, „Doha”, „Bergen”) oraz epilog. Tytuły części to oczywiście nazwy miast trzech kolejnych edycji mistrzostw świata w kolarstwie szosowym, w których Peter Sagan triumfował. Opisy wyścigów, w których zdobył legendarne tęczowe koszulki przeplatają się z historiami o ludziach, wydarzeniach, miejscach (Słowacja czy Kalifornia), a także o nim samym. Pośród nich jedną z najbardziej interesujących i prawdziwych jest opowieść o sportowym i mentalnym zarazem kryzysie, który dosięgnął go w 2015 roku.

Rozważania o wypalonym dwudziestoparolatku ze zmęczonym ciałem pokazują, że nawet wydający się poruszać kilka metrów nad ziemią Peter Sagan może przeżyć kryzys czy chwile słabości. Z książki wynika, że nie było tych „dołków” znowu tak wiele, ale jednak – były. Jak u każdego. Także intensywnie nagłaśniany przez media konflikt z właścicielem byłej drużyny Tinkoff – Olegiem Tinkovem, nie przeszedł obok Słowaka obojętnie. Chimeryczny i zarazem charyzmatyczny, a przede wszystkim posiadający wielkie pieniądze rosyjski miliarder (a jak wiadomo, kto ma pieniądze, ten ma władzę) napsuł Saganowi krwi. I pewnie napsułby jeszcze więcej, gdyby sam trzykrotny mistrz świata tak twardo nie stąpał po ziemi.  

Zajrzeć do ludzkiego wnętrza Petera Sagana pozwalają ponadto snute przez niego opowieści o najbliższych – rodzinie, żonie, synu czy członkach drużyn – między innymi Giovannim Lombardim, Jánie Valachu czy Sylwestrze Szmydzie, którego mieni swoim przyjacielem. Zresztą jeśli już o „Sylwasie” mowa, to treść „Mojego Świata” rozwiewa niekiedy sprzeczne informacje na temat tego, czy Polak wreszcie trenuje Sagana, czy też nie. Otóż tak – trenuje. Po okresie, gdy Sylwester Szmyd był kolegą z drużyny Sagana, sąsiadem i przyjacielem, został również jego trenerem. Dotychczasowy coach Patxi Vila, zgodnie z tym, co Sylwester powiedział nam w wywiadzie podczas ubiegłorocznego Tour de France, skoncentrował się na pełnieniu roli dyrektora sportowego w drużynie BORA-hansgrohe. To dlatego w medialnych wypowiedziach gra pierwsze skrzypce. Szmyd pracuje trochę bardziej w cieniu, jeżdżąc ze swoim zawodnikiem na rowerze (zresztą podobnie jak Bask), co Słowak bardzo sobie ceni. To jest nowa generacja trenerów. 

Zresztą Sylwester Szmyd jest wspominany w tej publikacji nie tylko w tym kontekście. W podrozdziale pt. „Team Peter” Sagan wychwala pod niebiosa polskiego zwycięzcę na Mont Ventoux – przede wszystkim za bycie fenomenalnym pomocnikiem liderów. 

Zastanów się przez chwilę, jak dobrym domestique musiałbyś być, żeby dla dobra zespołu całkowicie odsunąć na bok własne marzenia o podium, żeby w zasadzie bezustannie pozbawiać siebie samego szans na zwycięstwo, mimo że twoje nazwisko niemal zawsze figuruje w składzie ekipy na wyścig, miesiąc po miesiącu, sezon po sezonie, i to w kolejnych teamach takich jak Liquigas, Lampre czy Movistar. Każda z tych ekip uważa, że bez ciebie sukces nie byłby możliwy. Niezawodni pomocnicy do jazdy w górach to absolutna rzadkość i dobry zespół umie kogoś takiego rozpoznać. Alejandro Valverde i Nairo Quintana od razu wiedzą, że na kimś takim mogą polegać

– napisał Peter Sagan. 

Komplementy płyną też oczywiście w stronę Macieja Bodnara, wchodzącego w skład sławetnej drużyny Petera Sagana, budowanej przez jego samego i Giovanniego Lombardiego, a później przeniesionej z Tinkoffu do drużyny BORA-hansgrohe. Team Peter to nie Lefevere’owska „Wataha”, ale zdecydowanie marka, taki podzbiór w zbiorze, jakim są poszczególny ekipy, w który ścigał się Sagan. To zespół kolarzy, trenerów, masażystów, menadżerów, dyrektorów sportowych, specjalistów od PR-u i marketingu, którzy pracują na sukces chłopaka z Żyliny. On sam wiele o nim w tej książce opowiedział i zadeklarował, że na najwyższym stopniu podium jest jego reprezentantem, ponieważ – jak pisze – „kolarstwo można nazwać sportem indywidualnym i jednocześnie drużynowym”. 

W przeciwieństwie do innych tego typu publikacji, czyli autobiografii znanych sportowców, na okładce nie widnieje żadne inne nazwisko oprócz nazwiska Petera Sagana i tłumacza Bartosza Sałbuta. Trudno więc powiedzieć, jak wielki wkład w strukturę tej książki i język miał trzykrotny mistrz świata. Jak wiele zdań jest jego własnymi, a które są obróbką jego wypowiedzi. Z jednej strony czytając niektóre z nich ma się wrażenie, jakby wypływały wprost z ust Słowaka, a z drugiej – wydają się być trochę pokolorowanymi, przeinaczonymi, a przez to sztucznymi, ponieważ nazbyt luzackimi. 

Koncentrując się tylko i wyłącznie na języku, to trzeba stwierdzić, że nie porywa. Trudno spodziewać się po sportowej autobiografii frazy rodem z klasyków literatury pokroju Fiodora Dostojewskiego czy Ernesta Hemingwaya, ale ta jest tutaj aż nazbyt potoczna, niczym spisana z rozmowy przy słowackim piwie. Lakoniczne i żartobliwe stwierdzenia wypowiadane z półuśmieszkiem podczas prasowych konferencji Petera Sagana cytowane są potem w prasie. Sięgając zatem po książkę chciałoby się poczuć, że czyta się publikację zwartą właśnie, a nie zlepek prasowych cytatów, “wzbogacony” co i rusz o zaczepki do czytelnika w stylu „wiesz już przecież”, albo „żebyś się nie martwił, jeśli nigdy nie słyszałeś”. 

Po stronie minusów należy zapisać również zdawkowe potraktowanie wcześniejszych lat kolarskiej kariery Petera Sagana. Owszem, są o niej wzmianki, ale nie wystarczające. Zanim bowiem był Liquigas, zanim był Tinkoff, to było przecież coś jeszcze niż jeżdżenie z tatą na wyścigi. Chciałoby się dowiedzieć czegoś o czasach juniorskich, młodzieżowych, o kolarskich idolach lub ich braku, jasnych i ciemnych stronach uprawiania kolarstwa, podczas gdy cała reszta chodzi do szkoły, studiuje lub gra w piłkę nożną. 

„Mój Świat” to rzeczywiście książka o świecie Petera Sagana. Poza niego nie zaglądamy – kolarstwo widzimy takie, jakim widzi go Słowak. I dobrze to, i źle.