Fot. Bike Expo

Kilku spotkanych na Stadionie Narodowym znajomych zapytało mnie o to, czy potrafiłbym w jednym zdaniu opowiedzieć, po co właściwie jest organizowane to całe Bike Expo?

Nie potrafiłem. Ale później przypomniała mi się scena z filmu „Psy 2”, w której Wolf opowiadał Franzowi, jak na serbskiej granicy, podczas wojny w Jugosławii, była ustawiona miska z wydłubanymi ludziom oczami, aż w końcu ktoś zapytał po co one właściwie tam leżą? Odpowiedź brzmiała: „żeby robiły wrażenie”.

Może to nie jest najszczęśliwsze porównanie do radosnego przecież święta, jakim jest inauguracja rowerowego sezonu na Stadionie Narodowym, ale nic równie dobitnego nie przychodzi mi do głowy. Bo wydaje mi się, że Bike Expo ma służyć właśnie temu celowi: ma robić wrażenie.

Wrażenie, że rower staje się coraz łatwiej dostępnym środkiem transportu, coraz powszechniejszą formą rekreacji i coraz bardziej popularnym sportem. Wrażenie, że rynek rowerowy rośnie i cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Wrażenie, że korzystająca z dwóch kółek społeczność rośnie i ktoś się człowiekiem jadącym na rowerze w ogóle interesuje, więc nie jest on już na starcie skazany na samotną i na ogół z góry przegraną walkę o swój kawałek miejsca na drodze.

Bo to właśnie o tym bardzo często zapominają wszelkiej maści kolarscy specjaliści, spędzający wiosnę na szosach Majorki lub Teneryfy. O tym, że codzienność w wielkim mieście nie zaczyna się od mocnego espresso i głębokiego wdechu czystego powietrza. I o tym, że zanim w Warszawie osiągniemy pod względem rowerowej mobilności poziom bliski Kopenhagi, to najpierw większość z tych ludzi trzeba przekonać, że rower jest najzwyczajniej w świecie fajny.

Tego się nie da osiągnąć, prezentując wyłącznie najlepiej wyposażone modele, adresowane do wąskich grup zapaleńców, gotowych wydać kolejne dwie pensje na nową grupę Ultegry. Ten efekt można osiągnąć wyłącznie wówczas, gdy przeciętny Kowalski odniesie wrażenie, że rower jest po prostu dla niego.

Mam świadomość, że zaraz rozlegną się głosy, że skoro w trakcie imprezy zostałem zaproszony do przeprowadzenia dwóch spotkań, to pozbawiłem się prawa do obiektywnej oceny. Tyle, że to nieprawda. Widzę mankamenty, organizacyjne niedociągnięcia i czasami proste błędy. Poczułem się głupio, gdy jeden z występujących gości zagadnął mnie przy okazji, czy skoro organizator go zaprosił, to czy on musi z własnej kieszeni płacić 12 złotych za godzinę parkingu? Brakowało wyraźnych komunikatów i powtarzanych na bieżąco zaproszeń na kolejne spotkania, przez co ludzie nieustannie zerkali na zegarki, jeśli nie chcieli się spóźnić na którąś z prelekcji. Zdarzali się tacy, którzy utyskiwali na słabe oznakowanie, a na płycie stadionu przeszkadzała im kakofonia nakładających się na siebie dźwięków z głośników przy Tour de Pologne i w okolicach toru testowego.

Mankamenty były. Warto je wyliczać i warto zgłaszać organizatorom, bo to daje nadzieję, że w kolejnej edycji rosnącej z roku na rok imprezy, zostaną wyeliminowane. Ale jeżeli przyszedłeś lub przyszłaś, żeby na miejscu ponarzekać na to, że nikt cię niczym nie zaskoczył i nie zabiegał o twoje względy, to może trzeba było po prostu pójść na rower, albo zostać w domu?

Bo to nie była impreza dla ciebie. To była impreza dla wersji ciebie z czasów, w których twój pierwszy rower dopiero zerkał z wystawy któregoś ze sklepów. Ty masz ten etap za sobą. Daj więc może szansę tym, którzy dopiero myślą o tym, jak wykonać pierwszy krok.