Fot. naszosie.pl

Trening kolarski od zawsze opierał się o pomiar parametrów, które pozwalały określać jego intensywność. Początkowo opierano się o proste sprawy. Mierzono czas, przebyty dystans, wyliczano średnią prędkość.

Kolejnym krokiem był pomiar tętna. Pamiętam, jak za “juniorskich czasów” kazano nam podjeżdżać pod górę, na szczycie której stał trener ze stoperem w ręku. Po zakończeniu ćwiczenia – podjazdu mierzył puls poszczególnych zawodników, coś tam notował i albo kazał jechać kolejny podjazd albo kończył nasze męki. Właściwie nikt z nas zawodników nie wiedział o co w tym chodzi. Trochę rywalizowaliśmy między sobą, porównując zmierzone przez trenera wartości tętna. Jednemu zmierzono 200 uderzeń/min., drugiemu 205, a ktoś inny miał 195. Miałeś mało – byłeś “cienias”. Swoją drogą to ciekaw jestem, jak trener wówczas przytykając palec do tętnicy na nadgarstku, i patrząc na wskazania mechanicznego stopera mógł dokładnie zmierzyć puls młodemu chłopakowi ;-).

Kiedy po 18 latach przerwy rozpoczynałem zabawę w kolarstwo masters, na rynek przebojem wdzierały się pulsometry oparte o czujniki zakładane z opaską na klatkę piersiową. Początkowo miały one formę zegarkową, z czasem ewoluowały w kierunku pełnej integracji z licznikami rowerowymi. Mój pierwszy, z prawdziwego zdarzenia kardiomonitor pochodził od Sigmy, ale modelu nie pamiętam. Potem było VDO. Monitoring postępów treningowych odbywał się na zasadzie zapisywania wskazań pulsometru w specjalnym zeszycie – dzienniku treningowym, a nieco później w arkuszu Exel. Dla mnie prawdziwym przełomem było pojawienie się urządzeń Polara i Garmina i ich aplikacji internetowych. To było coś!

Dziś wiemy, że trening, jak i kontrola postępów oparte o wskazania kardiomonitora są raczej mało precyzyjne i przypominają wróżenie z fusów. Alternatywa jest tylko jedna – pomiar mocy.

Jakiś czas temu szukałem miernika, który mógłbym zamontować w rowerze żony. Poszukiwania rozpocząłem od dokonania wyboru, jaki miernik zamontować. Na rynku, mówiąc z grubsza, mamy następujące typy urządzeń:

  • w mechanizmie korbowym – dokładne, umożliwiające pomiar z obu nóg, raczej trwałe, dość drogie,
  • w lewej korbie – dokładne, ale pomiar dokonywany jest jedynie z jednej, lewej nogi, a wyświetlane wartości są uśredniane, tańsze, znacznie tańsze w stosunku do tych, montowanych w mechanizmach korbowych, trwałe,
  • w pedałach- dokładne (w zależności od wersji na jedną lub dwie nogi), podatne na uszkodzenia, raczej drogie, tylko do szosy, w wersji na “jedną nogę” obarczone tym samym błędem, co mierniki w lewym ramieniu mechanizmu korbowego,
  • w piastach- mniej dokładne od wymienionych wyżej, trwałe, brak wskazań po zmianie koła. Raczej na wymarciu.

Ok, może trochę wyjdę na “Janusza”, ale za ustrojstwo nie chciałem wydawać miliona monet. Wiadomo, każdy chce kupić coś dobrego i taniego. Pomiar w mechanizmie odpadał, piastę z zasady odrzucam. Pozostały pedały lub lewa korba. Pedały są fajne, ale dość delikatne. Upadek, przypadkowe uderzenie i po mierniku, a rzecz ma być trwała i solidna. Padło na lewą korbę. Sprawa nie była taka prosta, bo dziewczyna dla której miernik miał być przeznaczony, do dużych nie należy. Co za tym idzie preferuje mechanizmy korbowe z krótkimi ramionami. W swoim startowym rowerze ma zamontowany zestaw Shimano 105 5800 o długości ramion 165 mm. I tu zaczęły się schody. Przejrzałem ofertę wszystkich producentów, mających swoje przedstawicielstwa w Polsce i żaden nie miał “na stanie” miernika zamontowanego w Shimano 105 o wskazanej długości ramienia. Co więcej, niektórzy w ogóle nie oferują tak krótkich korb. Od dwóch firm otrzymałem odpowiedź, że mogą sprowadzić, ale czas oczekiwania wynosił ok. 1 miesiąca. Co robić? Właściwie byłem zdecydowany na zamówienie i dłuuugi czas oczekiwania. I wtedy przeglądarka sama podrzuciła mi reklamę strony INPEAK.

Strona była wówczas jeszcze w budowie (tzn. działała, ale w ograniczonym stopniu) i raczej niewiele można było się z niej dowiedzieć. Chwilę później mediach przeczytałem zapowiedź premiery polskiego producenta mierników mocy. Brzmiało ciekawie, ale wiecie jak to jest z nowościami. Do sprawy podszedłem, mówiąc najoględniej, ostrożnie. Próbując zasięgnąć jakichkolwiek niezależnych informacji, zapytałem jednego z moich wrocławskich znajomych, czy coś słyszał, czy coś wie… Jak miał nie wiedzieć! Chłop jest, w pewnym sensie, związany z wrocławskim, rowerowym światem dziennikarskim to musiał wiedzieć! Wymiana informacji zakończyła się pytaniem z mojej strony: “Piotrek, a ty byś to wziął”? W odpowiedzi usłyszałem, że gdyby miał do wyboru kupno sprzętu od jakiegoś Johna, albo Chunga, którego reprezentuje jakaś tam firma w Polsce, albo od sąsiada zza miedzy, to wziąłby od tego drugiego. Brzmiało przekonywująco. Szybko okazało się, że w ofercie wrocławskiego producenta znajduje się tzw. wersja CUSTOM, która charakteryzuje się tym, iż miernik może być zamontowany w moim / twoim lewym ramieniu mechanizmu. W sumie fajnie, bo co zrobić z niepotrzebną korbą. W tym momencie kłopot ze znalezieniem korby w odpowiedniej długości właściwie przestawał istnieć. Przy okazji sprawdziłem, jak wygląda komunikacja z chłopakami. Na pytania z Messenger-a odpowiadali szybciutko i konkretnie, czyli fajnie. Pewnie sami tego nie raz doświadczyliście, ale w naszych, krajowych realiach to wcale nie jest norma.

Jak to działa? A no wchodzisz sobie na stronę www.inpeak.pl ,klikasz w “sklep” i wybierasz opcję, która cię interesuje. Ja opiszę CUSTOM, bo sam z niej skorzystałem. Po wypełnieniu wszelkich formularzy, jakie otworzą się na stronie, drukujesz sobie zamówienie, które dostaniesz na e-mail, demontujesz lewą korbę z roweru, wszystko ładnie owijasz w bąbelki, wkładasz razem z zamówieniem do koperty/pudełka i wysyłasz do chłopaków. W międzyczasie robisz przelew. No właśnie, ile to kosztuje? Cena wersji z korbą Shimano to 1499 pln. Zresztą Cannondale i Sram kosztuje tyle samo. O stówkę taniej kosztuje wersja na korbę Praxis Works. Zaznaczam, że chłopaki Inpeak dość często robią różne promocje, więc ceny, jakie wy zastaniecie na stronie internetowej mogą się różnić od tych, które podaję ja. Co dość istotne do tej pory polski miernik można było zamontować jedynie w mechanizmach korbowych wykonanych z aluminium, choć to akurat ma się niedługo zmienić.

Po dokonaniu płatności i wysłaniu cierpliwie czekasz. Jak długo? Producent gwarantuje, że odeśle ci gotowy miernik najpóźniej w ciągu siedmiu dni. Ja kupiłem trzy urządzenia i nigdy nie było żadnego poślizgu. Ostatnio znalazłem informację, że montaż wersji CUSTOM w twojej korbie trwa obecnie dwa dni, co jeszcze bardzie skraca czas realizacji zamówienia. Po upływie kilku dni kurier przywozi ci zgrabną paczuszkę. W środku jest pudełko, wewnątrz którego znajdziesz jeszcze jedno, trochę mniejsze.

Opakowanie zawiera:

  • miernik mocy zgrabnie zamontowany w twojej korbie
  • kartę z indywidualnym nr urządzenia i kodem PIN
  • instrukcję obsługi w języku polskim
  • podręcznik treningu z pomiarem mocy
  • baterię
  • trochę naklejek
  • fakturę

Następnie wszystko montujesz sobie w rowerze, pamiętając by śruby zostały dokręcone z odpowiednim momentem (niezbędny jest klucz dynamometryczny). Montujesz baterię CR 2032, która spokojnie wystarczy na 150 godz. eksploatacji, czyli w praktyce na kilka miesięcy. Dalej należy “sparować” miernik z komputerkiem rowerowym. Powercrank obsługuje zarówno ANT+, jak i bluetooth, więc żadnych kłopotów mieć nie powinieneś. Zresztą przez cały proces montażowy przeprowadzi cię załączona do zestawu instrukcja. Jeśli wszystko się “połączy” możesz wyruszać na swoją pierwszą jazdę.

Fot. naszosie.pl

Fajną rzeczą jest załączony poradnik. Znajdziesz w nim podstawowe informacje na temat treningu z pomiarem, opisy testów i jednostek treningowych, jakie możesz sobie zaaplikować. Wszystko ładnie wydane, w kompaktowej formie z komentarzem dr. Rafała Hebisza.

Warto zauważyć, że producent oferuje możliwość ściągnięcia z netu stosownej aplikacji Inpeak Menager i to zarówno na Andro, jak i IOS. Dzięki niej możesz zarządzać swoim miernikiem z poziomu telefonu, czyli wyświetlać wszystkie jego parametry, wykonywać kalibrację, czy adaptację RPM. Nic wielkiego, ale jest.

Ok. Wysłałeś, zapłaciłeś, otrzymałeś, zamontowałeś, skonfigurowałeś. Uf… Możesz jechać. Przed wyruszeniem w drogę musisz jeszcze skalibrować swój miernik. Czynność jest prosta i wykonuje się ją z menu twojego komputerka rowerowego, lub wspomnianej aplikacji. Po co to? Kalibracja zapewnia dokładność odczytu – tak najogólniej mówiąc. Musisz jeszcze ustawić sobie na wyświetlaczu odpowiednie pola danych, tak aby komputer wyświetlał interesujące cię wartości.

W rodzinie mam kilka Inpeak-ów, które trafiły do różnych rowerów. Jeden z nich użytkuje moja żona, jeden trafił do przełajówki, jeszcze inny trafił do treningowej szosy.

Cały sezon letni były ostro katowane na szosie, w przeróżnych warunkach. Nie straszne im były deszcz i zmiany temperatury. Eksploatowane były w jesienne słoty, jak i w upale włoskiego słońca. Często przewożone w samochodzie w ścisku, poprzekładane innym sprzętem. Były myte wodą, czasem pod ciśnieniem, często z użyciem chemii rowerowej. Ogólnie nic się nie działo. Za każdym razem ruszaliśmy na trening i miernik po prostu działał. Świetnym poligonem testowym jest cyklokros. Zmienne warunki atmosferyczne, kurz, błoto, woda śnieg potrafią wykończyć nawet najlepszy sprzęt. Tu akurat sprawdzam działanie sprzętu od niedawna, jakoś tak od miesiąca. Była okazja, żeby polatać w śniegu i błocie. Miernik sprawdziłem też w warunkach bojowych, czyli podczas zawodów. Myłem go myjką ciśnieniową. Nic złego się nie dzieje. Nie ma żadnych kłopotów ze szczelnością. Miernik po prostu działa. Wyświetlane dane nie wykazują żadnych anomalii, także w czasie jazdy po dużych nierównościach.

Użytkuje też mierniki Quarq-a, więc mogę porównać ich działanie z Inpeak- iem. Jeśli chodzi o dane to Quarq dostarcza nieco większą liczbę cyferek. Niemniej jednak najistotniejsze, porównywane wartości są bardzo zbliżone. Oczywiście w warunkach domowych trudno jest dokonać precyzyjnych pomiarów. Zawsze jednak starałem się wybierać te same odcinki, podobne warunki pogodowe, a wartości mocy odnosiłem do pułapu HR. Porównań dokonywałem też w czasie zimowego treningu w zaciszu czterech ścian. W każdym przypadku uzyskiwane dane były ze sobą porównywalne.

Gdzieś przeczytałem, że miernik od Inpeak może być wrażliwy na pole elektromagnetyczne emitowane przez linie wysokiego napięcia, czy chociażby elektryczną trakcję kolejową. Sytuacja miała dotyczyć chwil, kiedy przejeżdża się pod wspomnianymi trakcjami. Miernik mógł wtedy pokazywać błędne wskazania. Mi jednak nigdy nic takiego się nie przytrafiło. Krótko mówiąc działa to po prostu dobrze! Jeśli chodzi o zużycie baterii to tu Powercrank wypada bardzo dobrze. Baterię po raz pierwszy wymieniłem po 4 miesiącach dość intensywnej, aczkolwiek amatorskiej eksploatacji. W Quarq- ach wymieniam średnio raz w miesiącu. Taki szczegół.

Czy przytrafiły się jakieś kłopoty? Niestety jeden z mierników po ok. 4 miesiącach ostrej eksploatacji zaczął generować błędy, polegające na tym, iż pokazywał odczyty wartości, które dla użytkującej go osoby były po prostu nie osiągalne. Wymiana baterii pomogła, ale po konsultacji z producentem miernik wysłałem do serwisu. Szybko wrócił do mnie z powrotem. W serwisie wykonano kilka czynności, których opisywać nie będę, bo zupełnie się na tym nie znam. W każdym bądź razie sprzęt znów działa bez zarzutu, a co najważniejsze wcześniejsze problemy ustały. Wszystko bez opłaty! Musiałem jedynie opłacić koszt wysyłki w jedną stronę. Dla mnie super.

Fot. Inpeak

Wrócę jeszcze na chwilę do wątku kontaktu i obsługi klienta, bo dla mnie jest to bardzo ważna sprawa. Przy okazji sprawdziłem jak działa łączność telefoniczna. Panowie zawsze są dostępni, zawsze chętnie odpowiadają na wszelkie pytania, a jak trzeba to udzielą wsparcia technicznego. Poza tym można ich spotkać na różnych zawodach, gdzie czasem promują swoje produkty, a czasem po prostu w nich uczestniczą. Tam też zawsze są skorzy do rozmowy, wymiany informacji i wszelkiej pomocy. Super!

Na zakończenie wsadzę trochę kij w mrowisko. Powyższy tekst nie jest sponsorowany. Wszystko kupiłem za swoją kasę, a opisane wrażenia mogą jedynie pomóc w dokonaniu wyboru podczas ewentualnego zakupu 😉

Po co to komu?

Trening z pomiarem mocy to generalnie cyfry. Cyfry i wykresy. Jeśli ten świat to twój świat to otrzymujesz ich całe mnóstwo. Tylko od ciebie zależy w jaki sposób je wykorzystasz. Jeśli ogarniasz temat “mocy”to urządzenie dostarczy ci mnóstwa danych. Danych, które odpowiednio potraktowane pozwolą ci wejść na niedostępny dotychczas poziom sportowy.

Jeśli nie ogarniasz, ale chciałbyś poprawić swoje wyniki sportowe to miernik dostarczy wiedzy twojemu trenerowi. Jeśli go nie masz to pomyśl o tym, bo w przeciwnym wypadku będzie to tylko kolejny gadżet zamontowany w twoim rowerze.

Z pewnością miernik nie przyda się osobom traktującym rower jako środek transportu do przemieszczania się z punktu A, do punktu B. Nie przyda się też osobom traktującym kolarstwo z raczej turystycznym zacięciem. No chyba, że masz akurat trochę kasy, z którą nie bardzo wiesz co zrobić.

No to teraz najważniejsze. Ja uważam, że jeśli na rynku jest dostępny krajowy produkt, który swoją jakością w ogóle nie ustępuje tym, zza granicy, jeśli do tego jest w przystępnej cenie, a obsługa klienta odbywa się na najwyższym poziomie to wybierać trzeba nasze, polskie. Tym bardziej, że opisane przeze mnie urządzenie zostało stworzone z pasji, przez ludzi ze środowiska, którego sam jestem częścią. Takich ludzi, jak Dawid i Marcin trzeba wspierać, bo dają nam, amatorom dostęp do dobra, które do niedawna było niedostępne.

Arek “Arvelo” Posmyk

Mój blog: jezdzior.blogspot.com