fot. Marek Bala / naszosie.pl

Mimo dopiero 21 lat twardo stąpają po ziemi, są świadome swoich słabości i zalet, a co najważniejsze pragną wiedzy. Przed Martą Lach i Agnieszką Skalniak sezon u boku jednej z najlepszych kolarek w historii – Marianne Vos. Polki w 2019 roku będą reprezentowały CCC-Liv Team, drużynę powstałą na fundamentach holenderskiej WaowDeals, którą uratował, podobnie jak BMC, Dariusz Miłek – właściciel firmy CCC sprzedającej buty i torebki.  

Jaki był dla was ten miniony sezon 2018? 

Marta Lach (M.L.): Ten sezon był w porządku – zajęłam trzynaste miejsce w Mistrzostwach Europy, notabene bardzo trudnym wyścigu, myślę, że jednym z najtrudniejszych w moim życiu. Z dobrej strony pokazałam się także w wyścigach Gracia Orlova i Internationale Lotto Thüringen Ladies Tour. To na pewno wpłynęło po części na to, gdzie teraz jestem, ale to nie tylko w tym mijającym roku wywalczyłam sobie miejsce w składzie drużyny CCC-Liv. Myślę, że nie tylko miniony sezon dał mi miejsce w tej drużynie, ale już poprzednie trzy lata, kiedy to ścigałam się u Pawła i Pauli [w drużynie MAT Atom Deweloper, założonej przez Paulinę Brzeźną-Bentkowską i Pawła Bentkowskiego], ponieważ tam też miałam możliwość ścigania się w międzynarodowych wyścigach – nie tylko w mistrzostwach świata czy Europy, ale taże w różnych innych „etapówkach”.

Agnieszka Skalniak (A.S.): W moim przypadku wyścig w Czechach [Tour de Feminin – O cenu Českého Švýcarska] był dla mnie udanym startem, bo wygrałam jeden [dokładnie drugi] z etapów, a także Mistrzostwa Polski, gdzie zdobyłam złoty medal w kategorii U-23. Jednak niestety końcówka sezonu nie była dla mnie najlepsza, ponieważ po kraksie miałam problemy ze zdrowiem i nie mogłam jechać na Mistrzostwa Świata do Innsbrucka. Teraz mam dodatkową motywację w związku z pobytem w tej drużynie i chciałabym w przyszłym roku osiągnąć coś więcej.

Marta, nie ukończyłaś wyścigu o mistrzostwo świata, ale zjechałaś z trasy dopiero przed ostatnią rundą. Jak wspominasz te zawody? 

M.L.: Z mojej perspektywy wyglądało to następująco: na początku pomagałam Kasi [Niewiadomej] i Gosi [Jasińskiej] – osłaniałam je od wiatru. Później miałam problemy z przedostaniem się do przodu, a ten podjazd na rundach może nie był aż tak stromy, ale był długi i podjeżdżałyśmy go mocnym tempem. No i zostałam w grupetto. Grupkę, która jechała przede mną, w zasięgu mojego wzroku, sędziowie jeszcze wpuścili, ale mnie niestety już nie. Zobaczyłam czerwoną flagę i koniec – życie. 

Jak przyjęłaś piąte miejsce wywalczone przez Gosię Jasińską? 

M.L.: Kiedy wyścig się dla mnie skończył, zaczęłam oglądać końcówkę wyścigu na telebimie, więc widziałam jak Gosia walczy i ostatecznie zdobywa to piąte miejsce. Może nie udało się to tak, jakby sobie wymarzyła, ale mimo wszystko było wielkie „WOW”. Jej występ w tym wyścigu stanowi kwintesencję jej kolarskiej osobowości – waleczności do samego końca, tego, że nigdy się nie poddaje. 

Macie już ustalone kalendarze na przyszły sezon?

A.S.: Tak, ja mam już ustalony kalendarz startów. Sezon rozpocznę w styczniu, w Australii [w wyścigu Tour Down Under], a później, pod koniec lutego, wystartuję w Walencji [Vuelta a la Comunitat Valenciana Feminas], a następnie będę ścigała się w belgijskich klasykach. Dalsza część sezonu będzie zależała od tego, jak się będę czuła. Wstępnie mam rozpisany plan, ale to jeszcze nic pewnego. Na początku roku nastawiam się na pomaganie koleżankom, ponieważ w tym okresie zazwyczaj nie czuję się najlepiej. Szczyt formy chcę przygotować mniej więcej na połowę sezonu, kiedy to moim dużym celem będą Mistrzostwa Europy. To mój ostatni rok w kategorii orliczek, więc chciałabym to ukoronować miłym akcentem. 

M.L.: Jeśli chodzi o mój kalendarz… no cóż… Jest nas w drużynie jedenaście i każdego dnia mamy mnóstwo różnych zajęć, więc jeszcze nie doczekałam się swojej kolejki na spotkanie z dyrektorem sportowym. Ale wiem na pewno, że nie pojadę do Australii, ponieważ wciąż studiuję na studiach dziennych. Moim pierwszym wyścigiem na pewno będzie Vuelta a la Comunitat Valenciana, a później pewnie wiosenne klasyki. Zapowiada się sporo ścigania. Mam zamiar pracować dla dziewczyn, ponieważ są mocne – widać to już tutaj, na tym zimowym zgrupowaniu. Mam nadzieję, że jeśli zobaczą, że całe swoje serce oddaję im, to i ja otrzymam szansę na walkę dla siebie. Ponadto podobnie jak Aga mam nadzieję dobrze wypaść w Mistrzostwach Europy. Ona jest lepsza na czas, a ja ze startu wspólnego, więc jakoś to ogarniemy (śmiech).  

fot. Marek Bala / naszosie.pl

Przed chwilą rozmawiałam z waszym menadżerem Ericiem van den Boomem o tym, że, pomimo bardzo młodego wieku, jesteście bardzo ważnymi zawodniczkami dla drużyny. Dają wam to w jakiś sposób odczuć? 

M.L.: Tak. Ja wczoraj też rozmawiałam z osobą odpowiedzialną w naszej ekipie za kontakty z mediami i ona też uświadomiła mi, że jesteśmy dla nich ważne – zarówno z perspektywy medialnej, jak i sportowej. Wiadomo przecież, że młody człowiek posiada większe pokłady energii i może pochłonąć większą dawkę wiedzy. Ponadto mamy jeszcze okazję, aby pozbyć się pewnych złych nawyków, co czasami trudno jest zrobić osobom, które popadają lub popadły w rutynę. Tak, zdecydowanie da się odczuć, że oni na nas liczą. 

Nie da się ukryć, że drużyna CCC-Liv zbudowana jest przede wszystkim wokół Marianne Vos i Ashleigh Moolman, i to one będą liderkami, zarówno podczas wyścigów, jak i poza nimi. Otrzymujecie już od nich jakieś rady? 

A.S.: Zawsze nas o coś pytają – czy odpowiada nam pozycja na rowerze, jak się czujemy w górach, i w ogóle. Nie jest tak, że myślą tylko o sobie. Oczywiste, że podczas wyścigów, jeśli będą liderkami, to trzeba będzie na nie pracować, ale myślę, że każda z nas otrzyma szansę pokazania się w jakimś wyścigu – między innymi z tego powodu, że one nie są w stanie walczyć o zwycięstwo w każdym wyścigu. Zresztą rozmawiałam z dyrektorem sportowym i takie zapewnienie od niego otrzymałam. 

M.L.: To ja dodam coś jeszcze w kwestii rad. Podczas treningów Marianne czy Ashleigh radzą nam na przykład, jak pokonywać zakręty, czy jakich używać przełożeń. Podobnie zachowywała się Paula, która często mówiła: „Marta, lepiej będzie jeśli zachowasz trochę energii na końcówkę wyścigu”. Osobiście lubię, gdy ktoś wprost wytknie mi moje błędy.

Jak przebiega wasze zgrupowanie? 

A.S.: Zaczęłyśmy od dwóch-trzech godzin na rowerze, a później przejażdżki treningowe trwały około czterech godzin. Jeździmy w górach, starając się wypracować wytrzymałość. Dodatkowo każda zawodniczka robi w swoim hotelowym pokoju ćwiczenia rozciągające lub stabilizujące. Miałyśmy również różnego rodzaju gry integracyjne i spotkania, więc nie jest tak, że każda siedzi w swoim pokoju i z nikim nie rozmawia. 

M.L.: Tak, tu wyjdziemy na kawę, a innym razem pójdziemy na pieszą wycieczkę po górach. Chociaż jeśli już, to ja wolę na czekoladę (śmiech). Pośmiejemy się wspólnie, porozmawiamy, obejrzymy coś w internecie….

Nawet doświadczonym zawodniczkom zdarza się mieć wadę, zły nawyk lub przysłowiową pietę achillesową, której chciałaby się pozbyć. Macie coś takiego? 

M.L.: Myślę, że człowiek uczy się całe życie, dlatego jest dużo rzeczy, które chciałabym poprawić. Jednak nie będę ich zdradzać, bo konkurencja nie śpi (śmiech). Jestem w tej drużynie po to, by zaobserwować, w jaki sposób starsze ode mnie zawodniczki się zachowują – czy to na rowerze, czy poza nim – bo to też jest ważne. Jeśli wiem, że na przykład Marianne czy Ashleigh są dobre w tym, co robią, a są, to warto jest je podpatrywać, by stawać się coraz lepszym i iść do przodu. 

A.S.: Moją największą wadą, jeśli idzie o stronę fizyczną, jest zbyt mała stabilizacja ciała. Odczuwam bóle w plecach już po półtorej godziny jazdy. W tym roku z całą pewnością będę musiała mieć to pod kontrolą. 

W hiszpańskiej Dénii podczas zgrupowania drużyny CCC-Liv Team rozmawiali Marta Wiśniewska i Marek Bala