fot. BORA-hasngrohe

Kraj Basków nie zawiódł. Siedemnasty etap Vuelta a Espana znów sporo zamieszał. Czas na oceny.

Plusy:
Śmierć w oczach
Co to była za góra, co to był za etap?! Jak zawsze kraj Basków nie zawiódł. Ostatnie wzniesienie mogło się podobać nawet największym malkontentom. Zarówno w ucieczce, jak i w grupie liderów doszło do wielu roszad, a nawet najsilniejsi zawodnicy mieli problemy z pokonywaniem kolejnych kilometrów. Nie da się ukryć, że chyba każdy miał w oczach śmierć. Prawdziwą, kolarską.

Chciałbym być Baskiem
Za każdym razem, kiedy peleton odwiedza kraj Basków, na sercu robi się jakoś cieplej. Co by nie mówić, teren, ludzie, klimat i wszystkie inne składowe pozwalają tam stworzyć kapitalne widowisko. Co więcej, Baskowie ponownie pokazali, że kolarstwo to ich sposób na odejście od codziennych problemów. W końcu im jako narodowi wcale nie jest łatwo. Rower jednak pozwala o wszystkim zapomnieć. Chciałbym mieć tak samo romantyczne podejście do sportu. Coś niezwykłego.

Obroniony sezon
Choć plany były zdecydowanie ambitniejsze, nie był to najlepszy sezon Michaela Woodsa. Dziś jednak Kanadyjczyk uratował swój sezon. Zwycięstwo etapowe na tak trudnym odcinku to naprawdę potężny powód do dumy. Kolarz EF Education First ponownie pokazał, że czasem jednak warto na niego postawić.

Minusy:
Znów o krok…
Zła passa trwa. Rafał Majka nie wygrał już od ponad roku i dziś nie był w stanie tego zmienić. Kolarz BORA – hansgrohe ponownie okazał się gorszy od pozornie słabszych zawodników, tracąc szansę na ważne zwycięstwo. Czy wymagamy za wiele? Na pewno nie. Po prostu wiemy, że Rafała stać na więcej. On sam chyba też to wie.