lemontroyal.qc.ca

Wydawać by się mogło, że gdy w Europie rozgrywany jest jeden z najważniejszych etapów ostatniego trzytygodniowego wyścigu w sezonie to za oceanem ściganie nikogo specjalnie nie zainteresuje. Na korzyść Kanadyjczyków działa jednak fakt, że niedługo są mistrzostwa świata oraz inna strefa czasowa, a dzięki temu w niedzielny wieczór można przedłużyć emocje z popołudnia i oglądać pretendentów do walki o tęczową koszulkę. Zanim jednak wszyscy zjawią się w Innsbrucku najpierw powalczą o Wielką Nagrodę Montrealu, który przypomni bohaterów wiosennych klasyków w Ardenach.

W tym roku kanadyjski wyścig ma jednak pewien kłopot w odniesieniu do mistrzostw świata. 12 miesięcy temu trasa pętli w mieście położonym nad rzeką Świętego Wawrzyńca była znacznie bardziej zbliżona do trasy na jakiej rywalizowano podczas światowego czempionatu w norweskim Bergen. Tym razem podobieństwo jest praktycznie żadne, gdyż w Austrii góry znacznie większe niż te które umiejscowiono na pętli przy wzgórzu Mont Royal.

Duża rozbieżność tras wyścigów w Kanadzie i Austrii nie sprawiła jednak, że w Montrealu nie zobaczymy ciekawej listy startowej. Wciąż jest to jeden z ulubionych punktów w kalendarzu zawodników przygotowujących się do mistrzostw świata i w tej materii nie uległo nic zmianie, a przy okazji ponownie okazję do zaprezentowania się mają zawodnicy, którzy swój pierwszy szczyt formy szykowali na ardeńskie klasyki.

Grand Prix Cycliste de Montreal jest tym trudniejszym z kanadyjskich klasyków, czego potwierdzeniem jest lista jego zwycięzców zawierająca takie nazwiska jak Robert Gesink, Rui Costa czy Tim Wellens. Dwa podjazdy znajdujące się na trasie wyścigu są znacznie trudniejsze od tych pokonywanych w Quebecu, choć ich umiejscowienie w początkowej części rundy w znacznym stopniu redukuje ich wpływ na końcowy wynik rywalizacji.

Runda na której przyjdzie zmierzyć się zawodnikom liczy nieco ponad 12 kilometrów i zostanie pokonana piętnastokrotnie. Na każdym okrążeniu peleton będzie musiał pokonać podjazdy Cote Camillien-Houde (1.7 km, 7,6%) i Cote de la Plytechnique (0,7km, 5%), ale poza wspinaczkami do trudności należy także dodać nawrót znajdujący się 500 metrów przed metą. Należy wspomnieć również, że po tym nawrocie droga będzie wiodła jeszcze w górę ze średnim nachyleniem 4%, a to skutecznie powinno wyłączyć sprinterów z rywalizacji.

Po triumfie w Quebecu najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa wydaje się być Michael Matthews (Sunweb). Australijczyk w końcówce pokonał Grega van Avermaeta (BMC) i nie będę zdziwiony, jeśli ta dwójka ponownie stoczy walkę o wygraną.

Mocno liczę także na Michaela Valgrena (Astana), który pod koniec sierpnia zajął 2. miejsce w Bretagne Classic, a w piątek w Quebecu był 9. Charakterystyka końcówki wyścigu, a także fakt, że najpoważniejsze trudności znajdują się w pierwszej części rundy, sprawia, że wysoko powinien być także Sonny Colbrelli (Bahrain-Merida).

Jeśli Belgów nie uraduje van Avermaet to może to zrobić ktoś z trójki Jasper Stuyven (Trek-Segafredo)Tim Wellens (Lotto-Soudal)Olivier Naesen (Ag2r). Pierwszy z nich już w Quebecu był na “pudle”, a nieco trudniejsza trasa powinna sprzyjać pozostałej dwójce.

W takim terenie groźni będą także Enrico Gasparotto i będący w świetnej ostatnio formie Matej Mohoric (obaj Bahrain Merida), ale ich wynik zapewne będzie uzależniony od dyspozycji Colbrellego. Również ciekawy do obserwacji duet wysłała ekipa Mitchelton-Scott, ale problemem Romana Kreuzigera i Daryla Impeya może być fakt, że australijska grupa jako jedyna startuje w pięcioosobowym składzie.

Tytułu sprzed roku będzie bronić Diego Ulissi (UAE Team Emirates), który wraz z kolegą z grupy, również byłym triumfatorem tego wyścigu, czyli Portugalczykiem Rui Costą, mogą także solidnie namieszać.

Na starcie zobaczymy dwóch Polaków – w Team Sky pojedzie Michał Gołaś, a w ekipie bora-hansgrohe Paweł Poljański.