© Unipublic/Photogomez Sport

Wydaje się, że wprost proporcjonalnie do słabnącej siły Chrisa Froome`a w górach, wzmacnia się kolektyw jego kolegów z drużyny. Ta opowieść najprawdopodobniej nigdy by nie powstała, gdyby nie zbliżony do ideału (jeśli nie idealny) występ Team Sky, jakiego świadkiem była 104. edycja Tour de France.

Tour de France

Od dziesiątego etapu la Grande Boucle 2015 do La Pierre-Saint-Martin nie widzieliśmy zdecydowanej akcji ofensywnej Chrisa Froome`a w górach. Wówczas Brytyjczyk zaatakował sześć kilometrów przed szczytem podjazdu Col de Soudet (kat. HC) i przyjechał samotnie na metę. Prawie minutę za nim kreskę przekroczył Richie Porte (wówczas Team Sky), a ponad minutę Nairo Quintana (Movistar).

Chris Froome był wówczas na drodze do drugiego w karierze zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Wielkiej Pętli. Taktyka, za pomocą której realizował zamierzony cel polegała na ataku podczas pierwszego, górskiego etapu, a następnie na defensywnej jeździe aż do Paryża. Od edycji 2016 strategia uległa zmianie. Okazją do zyskiwania przewagi nad rywalami stały się etapy jazdy indywidualnej na czas, a w górach Brytyjczyk postawił na jazdę na remis.

Deszczowy, a co za tym idzie niebezpieczny etap jazdy indywidualnej na czas w Düsseldorfie, który otworzył tegoroczny Tour, dał wyraźny sygnał, że Chris Froome jest w wysokiej formie, a jego koledzy piekielnie mocni i gotowi do pracy na rzecz swojego lidera. Czterech „Niebiańskich” uplasowało się w pierwszej dziesiątce (pierwszy Geraint Thomas, trzeci Vasil Kiryienka, szósty Froome i ósmy Michał Kwiatkowski, a Froome nad najlepszym specjalistą od jazdy na czas spośród swoich najgroźniejszych rywali Richiem Porte, nadrobił trzydzieści pięć sekund.

Nie słyszałam bardziej trafiającego w punkt komentarza do rozstrzygnięć tego etapu niż ten autorstwa Lance`a Armstronga, który ze swojego kampera w Kolorado transmitował opinie i eksperckie analizy o Tourze: „Jadąc zachowawczo możesz stracić 10 lub 12 sekund. Ale 35 sekund? To nie wynika z bycia ostrożnym. To nie dzieje się z powodu tego, że częściej niż inni hamujesz przed zakrętami”.

O to, czy Chrisowi Froome`owi wygrać Tour de France po raz czwarty w karierze bardziej pomogli rywale czy koledzy z drużyny, można by się sprzeczać w nieskończoność, bowiem oba czynniki okazały się w Tour de France 2017, siódmej edycji w historii pod względem niewielkich różnic w klasyfikacji generalnej, kluczowe. Nad drugim Kolumbijczykiem Rigoberto Uránem miał przewagę wynoszącą 54 sekundy.

I o ile do lidera drużyny Cannondale-Drapac (obecnie EF Education First-Drapac) nie można mieć pretensji, bo co innego miał zrobić poza utrzymywaniem się z najlepszymi i czekaniem na rozwój wydarzeń, o tyle pozostali z pewnością mogą żałować, że nie spróbowali  postawić Froome`a pod ścianą. Romain Bardet, Fabio Aru i inni nie ustrzegli się również błędów taktycznych.

Przykładem jednego z nich są losy etapu do Chambéry, kiedy to Bardet nadrobił na zjeździe z Montu du Chat nad grupą Froome`a 30 sekund, dojeżdżając do uciekającego Warrena Barguila (Team Sunweb). W grupie Froome`a jechali jeszcze Urán i dwóch kolarzy Astany – Fabio Aru i Jakob Fuglsang, którzy podjęli zabójczą dla siebie samych decyzję o pogoni za Bardetem. Jeśli przytrzymaliby nerwy na wodzy, lider Team Sky zostałby zmuszony wziąć pościg w swoje ręce, a tak usiadł tylko na ich koło i wykorzystał swoje coraz lepsze umiejętności zjazdowe.

Gdy [rywale] widzieli Froome`a niepewnego, jaki był w Wogezach, albo samotnego, jaki był w Jurze, albo słabego, jaki był w Pirenejach, albo pechowego, jaki był w Masywie Centralnym, stwierdzili, że w Alpach będzie jeszcze bardziej bezbronny, więc odłożyli dokonanie zabójstwa

– skomentował zachowanie rywali Chrisa Froome`a redaktor naczelny magazynu “Procycling” Edward Pickering.

Żadna inna drużyna w peletonie oprócz Sky nie może pozwolić sobie na to, aby kolarze, którzy sami mogliby walczyć o zwycięstwo, pracowali na rzecz jednego, bezdyskusyjnego lidera. Od pełnych słodyczy komplementów pod adresem Michała Kwiatkowskiego może już mdlić, zatem wspomnijmy Mikela Landę, wspaniale dysponowanego w górach, który notabene przegrał podium o sekundę, a w drodze do stolicy Francji nie ustrzegł się porównań do Froome`a nie tylko w kontekście talentu i formy, ale również w kontekście  zachowania Brytyjczyka w Tour de France 2012, kiedy to miał dość służenia Bradleyowi Wigginsowi. Narastające spekulacje Bask uciął jednak na podjeździe pod Col de Peyra Taillade na etapie do Le Puy, gdy doprowadził Froome`a do grupki liderów po defekcie.

Wybuczany na Stade Vélodrome w Marsylii, gdzie usytuowano metę przedostatniego etapu jazdy indywidualnej na czas, i zmuszony do robienia dobrej miny do złej gry (kontrowersje wokół Team Sky związane z tajemniczą paczką oraz zachowaniem szefa drużyny Dave`a Brailsforda wobec dziennikarza portalu Cyclingnews), Chris Froome zabrał do swojego domu w Monako czwarte trofeum za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Tour de France. Nie porwał, ale jednocześnie nie dostał tego zwycięstwa w prezencie. Po prostu wygrał, przekuwając rozmaite okoliczności w sukces.

Vuelta a España

O taktyce, którą prezentował w Tour de France w latach 2013 i 2016, Chris Froome przypomniał sobie w hiszpańskiej Vuelcie, a więc w wyścigu, w którym 2011 roku zajął drugie miejsce, zdradzając potencjał do bycia specjalistą od trzytygodniowych wyścigów.

Czerwoną koszulkę założył już po trzecim etapie do Andorra la Vella, a znakomitą dyspozycję potwierdził na Cumbre del Sol, gdzie odniósł pierwsze, z jak się później okazało, dwóch etapowych zwycięstw. Co ciekawe, nie licząc klasyfikacji generalnej Tour de France, była to pierwsza wygrana Froome`a w sezonie 2017.

Zgodnie z planem, przewagę nad rywalami Brytyjczyk powiększył dzięki 40-kilometrowej “czasówce” do Logroño. Po wycofaniu się Rohana Dennisa, lider Team Sky stał się głównym faworytem do etapowego zwycięstwa. Oczekiwaniom sprostał bez problemu. Pomimo dość spokojnego początku, wraz z upływającymi kilometrami przyspieszał i ostatecznie drugiego Wilco Keldermana pokonał o 29 sekund, ale co ważniejsze, Vincenzo Nibaliego aż o 57 sekund.

Następnego dnia przypłacił za ogromny wysiłek włożony w samotną walkę z czasem i dał odjechać “Rekinowi z Messyny”. Nadzieja lidera drużyny Bahrain-Merida szybko jednak zgasła za sprawą szybkiej odpowiedzi Froome`a. W dodatku, Włoch zmuszony do dawania z siebie wszystkiego na mokrych zjazdach prowadzących do podnóża Angliru, miał kraksę, która osłabiła go fizycznie i z pewnością także mentalnie.

Wygrywając piąty wielki tour w karierze Chris Froome dołączył do Alfredo Bindy, Gino Bartaliego i Felice Gimondiego. 34 spędzone dni w koszulce lidera wielkich tourów w jednym sezonie zrównały go w tej zaś statystyce z Eddym “Kanibalem” Merckxem. Został również dopiero trzecim kolarzem w historii, który ustrzelił dublet Tour-Vuelta (wcześniej osiągnęli to Bernard Hinault i Jacques Anquetil) i pierwszym, który dokonał tego w czasach, gdy Vuelta rozgrywana jest na przełomie sierpnia i września.

Wyjątkowe wytrzymałość, hart ducha oraz siła Team Sky, tkwiąca również w dyrektorach sportowych, trenerach, mechanikach, masażystach i kucharzach, sprawiają, że Brytyjczyk, który jeszcze kilka lat temu miał problemy ze zjechaniem z rampy startowej, jest obecnie jednym z najlepszych kolarzy na świecie, który w wieku 32 lat zapewnił sobie dożywotnie miejsce w galerii kolarskich sław.