fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Wielka Pętla jest uważana za najważniejszy i najbardziej prestiżowy wyścig kolarski na świecie, zostawiając za plecami Giro d’Italia i Vuelta a Espana oraz monumenty. Czy sytuacja może ulec zmianie?

Porównywanie wyścigów jednodniowych z trzytygodniowymi raczej mija się z celem, przyjrzymy się zatem bliżej Wielkim Tourom. Spośród nich najsłabszą pozycję zajmuje Vuelta a Espana, a emocje towarzyszące rywalizacji nie mają większego wpływu na tę hierarchię.

Pierwsza edycja Vuelty odbyła się dopiero w 1935 roku, Giro d’Italia w 1909, a Tour de France już w 1903. Aż do 1994 roku włącznie wiosenny termin hiszpańskiej imprezy kolidował z Wyścigiem dookoła Włoch i Półwysep Iberyjski przegrywał tę prestiżową rywalizację. Organizatorzy Vuelty nie potrafili także zbudować pozycji koszulki lidera, która utkwiłaby w świadomości kibiców równie mocno co maglia rosa i maillot jaune. Czerwona koszulka przynależna zawodnikowi prowadzącemu w klasyfikacji generalnej pojawiła się dopiero w 2010 roku, zastępując złotą.

Vuelta a Espana nie posiada również takiego globalnego charakteru jak pozostałe Wielkie Toury. W latach 1995-2017 rywalizacja rozpoczynała się poza terytorium Hiszpanii ledwie trzy razy. W przypadku Giro d’Italia z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia ośmiokrotnie, a Tour de France aż dwunastokrotnie.

Rozgrywanie wyścigu na przełomie sierpnia i września ma także swoje wady. Dla żadnego liczącego się kolarza Vuelta a Espana nie jest imprezą pierwszego wyboru, a dopiero kolejnym celem w kończącym się sezonie.

Trudności związane z hiszpańskim Wielkim Tourem znajdują swoje odzwierciedlenie w tabelach wszech czasów. Alfredo Binda, Fausto Coppi i Eddy Merckx triumfowali w Giro d’Italia pięciokrotnie, również pięć razy Wielką Pętlę wygrywali Jacques Anquetil, Bernard Hinault, Miguel Indurain oraz wspomniany „Kanibal”, a był jeszcze pewien pan z Teksasu… Rekord czterech zwycięstw w Vuelta a Espana należy zaś do Roberto Herasa, przy czym z uwagi na dopingowe niejasności, ostatni jego triumf jest mocno kontrowersyjny.

Na placu boju, jako jedyna impreza rywalizująca z Tour de France, pozostało więc Giro d’Italia. Historia nieznacznie przemawia na niekorzyść Włochów. A teraźniejszość?

Wielka Pętla należy do grona najbardziej medialnych wydarzeń sportowych na świecie – niektóre źródła podają, że łączna suma telewidzów w ciągu trzech tygodni przekracza trzy miliardy. Batalia o maglia rosa o takim zainteresowaniu może, mimo ciągłego wzrostu, jedynie pomarzyć. Przekłada się to również na zainteresowanie sponsorów, a ostatecznie na pulę nagród, która w tegorocznym Tour de France wyniosła niecałe 2,3 miliona euro. Walczący w setnej edycji Wyścigu dookoła Włoch kolarze podzieli między sobą blisko 1,4 miliona euro.

Tour de France przyciąga na swe trasy najlepszych specjalistów od wyścigów wieloetapowych, sprinterów oraz „klasykowców”. Ci ostatni w szczególności, z uwagi na wyczerpującą wiosenną kampanię, rzadko goszczą w maju we Włoszech. Alejandro Valverde zadebiutował w Giro d’Italia mając trzydzieści sześć lat, a Tom Boonen trzydzieści pięć. Do dziś nie uczynili tego Peter Sagan i Greg Van Avermaet, a Michał Kwiatkowski wystartował w Giro w 2012 roku, będąc jeszcze szerzej nieznanym zawodnikiem.

Trasa tegorocznego Wyścigu dookoła Włoch zdecydowanie bardziej sprzyjała góralom niż Tour de France (złośliwi powiedzą, że nie tylko tegorocznego), co zaowocowało nadzwyczaj silną obsadą, nawet jeśli Chris Froome wybrał Wielką Pętlę.

Siła Tour de France polega na tym, że jest to… Tour de France. Po prostu. Żaden inny wyścig nie oddziałuje na wyobraźnię mas tak, jak ten. Gdyby przez kilka lat z rzędu najlepsi kolarze decydowali się na start w Giro d’Italia, coś mogłoby się w tej materii zmienić. Co jednak miałoby ich do tego skłonić?

Wygląda na to, że pozycja Wielkiej Pętli pozostaje jednak niezagrożona…

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments