(c) ASO/letour.fr

Żarty się skończyły. Przed nami dwa dni wśród alpejskich przełęczy, które wraz z odcinkiem jazdy indywidualnej na czas zadecydują o podium tegorocznej Wielkiej Pętli. I o ile góry przez wieki stanowiły bezpieczną kryjówkę dla rabusiów, partyzantów czy różnego typu uciekinierów, jako najdoskonalsza arena kolarskich batalii brutalnie obnażą wszelkie słabości. Na pierwszy ogień pójdą majestatyczny Col de la Croix de Fer i klasyczna kombinacja Col du Télégraphe z Galibier.

Porywisty Mistral miał namieszać i tak też się stało. Zaskoczeniem był jednak fakt, że na wszystkich możliwych frontach poległa zazwyczaj doskonale odnajdująca się w takich okolicznościach ekipa Quick-Step Floors. Chyba nam wszystkim szkoda osamotnionego w tej walce Daniela Martina, ale dobra wiadomość jest taka, że to dopiero początek wielkich emocji związanych z ostatnim tygodniem rozgrywania 104. edycji Tour de France!

Pierwszą z zaplanowanych na środę niespodzianek już znamy, a będzie nią fakt, że zjeżdżając ze stanowiącego zaledwie subtelną przygrywkę Col d’Ornon peleton zignoruje kierunkowskaz na znane wszystkim entuzjastom kolarstwa i nadużywane przez Wielką Pętlę Alpe d’Huez, zamiast tego wybierając trasę wiodącą przez znacznie rzadziej pławiący się w świetle reflektorów, choć równie spektakularny Col de la Croix de Fer.

Już tu czeka nas kolejna zagadka, a rzecz wcale nie sprowadza się do dylematu, czy dynamiczny duet Alberto Contadora z Mikelem Landą przepuści kolejny atak z dystansu. Pytanie brzmi: gdzie jest krzyż? Niepotwierdzone plotki głoszą, że stanowiący symbol Col de la Croix de Fer żelazny krucyfiks został strącony w akcie wandalizmu zeszłej zimy, w dodatku przy użyciu samochodu z napędem 4×4. Nigdzie nie mogłam niestety znaleźć potwierdzenia tych doniesień, ani tym bardziej informacji o tym, czy powrócił on już na należne sobie miejsce.

W koronie czy bez, pokonywany od zachodniej strony Col de la Croix de Fer wraz ze znajdującą się blisko szczytu wzniesienia tamą dostarczą widzom niezapomnianych widoków. I chociaż najlepiej smakuje on w sprawdzonym duecie z Col de la Madeleine, również bezpośrednio poprzedzając punkt kulminacyjny środowej batalii sprawdzi się doskonale, poważnie nadwątlając siły pretendentów do tytułu i ich pomocników.

Ten stanowić będzie klasyczna kombinacja Col du Télégraphe z Col du Galibier, łącznie zapewniając liderom na klasyfikację generalną 35 kilometrów niemal nieprzerwanych cierpień. Co prawda mamy tu do czynienia z typowymi alpejskimi przełęczami, których stopień nachylenia i jakość szos ani na moment nie zbliżą się do poziomu trudności oferowanego przez szalony 9. etap w Jurze, jednak na tym etapie wartością dodaną będzie skumulowane podczas dwóch tygodni zmęczenie. 

Dach tegorocznego Tour de France, Col du Galibier (2642 m n.p.m.), nie tylko nie odpuszcza do samego końca, ale właśnie na ostatnim kilometrze rzuca największe kłody pod nogi zawodników, zmęczone zdającą się ciągnąć w nieskończoność wspinaczką. Byłby wymarzonym miejscem do przepuszczenia ataku, gdyby nie następujący po nim długi i jak na panujące ostatnio standardy wyjątkowo bezpieczny zjazd.

Oto, co na temat 17. etapu 104. edycji wyścigu Tour de France mieliśmy do powiedzenia jeszcze przed rozpoczęciem imprezy:

19 lipca 2017 – Etap 17: La Mure › Serre-Chevalier 183 km

Alpy powitają rywalizujących w tegorocznej edycji Tour de France kolarzy absolutnie brutalnym Col de la Croix de Fer (24km, 5.2%), królem bez korony, który nie tylko nie zajmuje dostatecznie wysokiego miejsca w hierarchii najbardziej legendarnych podjazdów tej części Europy, ale również ostatniej zimy pozbawiony został charakterystycznego żelaznego krzyża. Następująca po nim sekwencja Col du Télégraphe-Galibier wygląda równie obiecująco, lecz wszystko zniweczyć może prowadzący do Serre Chevalier zjazd. Gładki, szeroki i wyprofilowany niczym autostrada, na pewno nie będzie faworyzował samotnie uciekających zawodników.

Kolejne dni mijają, a podobnie jak miało to miejsce w przypadku majowego Giro d’Italia, najistotniejsze pytania pozostają bez odpowiedzi. Kto mógł przypuszczać, że przed wjazdem w Alpy czołowa czwórka klasyfikacji generalnej mieścić się będzie w 30 sekundach? 

Choć nie wpisuje się to w narrację tegorocznej edycji Tour de France, możemy być świadkami dwóch równoległych wyścigów, z pretendentami do tytułu zadowalającymi się walką o poprawę swojej sytuacji w klasyfikacji generalnej. Nikt nie zagwarantuje takiego rozwoju sytuacji, jednak sprawdzający się w górskich harcach uciekinierzy z pewnością dadzą temu szansę podejrzewając, że główni aktorzy nie odpuszczą sobie możliwości odniesienia triumfu na debiutującym w roli mety etapu Col d’Izoard w czwartek.

W odjeździe dnia znaleźć się powinien chcący ugruntować swoją pozycję króla gór Warren Barguil (Team Sunweb), a obok niego Thomas De Gendt (Lotto Soudal), Thibaut Pinot (FDJ), Serge Pauwels (Dimension Data), Primoz Roglic (LottoNL-Jumbo) czy Bauke Mollema (Trek-Segafredo).

Chociaż na wysokości przekraczającej 2000 m n.p.m. każdemu może przydarzyć się nagłe odcięcie prądu, spodziewam się, że grupa liderów ponownie dotrze na metę mniej więcej w komplecie, oszczędzając miażdżący atak na niezneutralizowany żadnym zjazdem finisz na Izoard. Wówczas o wyniku ich rywalizacji, a być może również zwycięstwie etapowym jeszcze raz zadecydują umiejętności sprinterskie, a te przemawiać będą za żądnym rewanżu Danem Martinem (Quick-Step Floors) i łączącym wbrew wszelkim podziałom Rigoberto Uranem (Cannondale-Garmin). Szans nie odmawiam również biegłemu w każdym aspekcie kolarskiego fachu (poza tym czysto estetycznym) Chrisowi Froome’owi (Team Sky).

Zakładając wejście w życie nieco mniej realistycznego scenariusza i odrzucając sugestie poetki, że nic dwa razy się nie zdarza, liczyć można na jeszcze jeden szalony atak Alberto Contadora (Trek-Segafredo). Jeśli on pojedzie, to Mikel Landa (Team Sky) też, a wówczas rozpęta się piekło rzadko spotykanego kalibru.

 

Pełną zapowiedź 104. edycji Tour de France można znaleźć > tutaj.

Mapy i profile tutaj

Lista startowa tutaj

Plan transmisji TV > tutaj