Dopuszczenie mistrzyni świata do rywalizacji pomimo opuszczenia trzech testów antydopingowych w ciągu 12 miesięcy odbiło się głośnym echem w świecie kolarstwa.

11 lipca Elisabeth Armitstead (Boels-Dolmans) została zawieszona po opuszczeniu trzeciego testu antydopingowego w ciągu 12 miesięcy. Za to wykroczenie groziło jej 4 lata dyskwalifikacji, została jednak oczyszczona z zarzutów po tym jak okazało się, że pierwszy z nich (z sierpnia 2015) został przeprowadzony w niewłaściwy sposób. Mistrzyni świata otrzymała pozwolenie na powrót do rywalizacji i start w Igrzyskach Olimpijskich.

W tej sprawie wciąż jednak jest więcej pytań niż odpowiedzi. Nie wiadomo dlaczego zawodniczka nie zaskarżyła pierwszej sytuacji zaraz po jej wystąpieniu, a nie dopiero prawie rok później, gdy groziło jej zawieszenie. Jak to się stało, że profesjonalistka dopuściła do tego, że ominęła aż trzy testy w ciągu 12 miesięcy?

Uczestniczę w systemie podawania swojego położenia od 2006 roku. Podróżowałam po świecie, mieszkałam w hotelach, jeździłam na obozy treningowe i wyścigi. Nigdy nie miałam problemu z tym, żeby kontrola znalazła mnie w hotelu. W sierpniu zeszłego roku zaktualizowałam swoje położenie w Szwecji, a bywałam tam od pięciu lat. Ogólnie tak to wygląda, że jakiś gość wchodzi z ulicy o 6 rano do hotelu i, bez żadnego tłumaczenia, pyta recepcjonistę o numer mojego pokoju. Jasne jest, że go nie dostanie. Następnie facet dzwoni na moją komórkę, która jest wyciszona, a gdy nie odbieram wypełnia raport o niezastaniu mnie w podanym miejscu – wytłumaczyła Armitstead w wywiadzie dla The Daily Mail.

Kolejne dwie sprawy powstały już z winy zawodniczki – za drugim razem prawnicy mistrzyni świata opisali to jako “przeoczenie”, a za trzecim – brak aktualizacji położenia z powodu ciężkiej choroby członka rodziny. UKAD (Agencja Antydopingowa Zjednoczonego Królestwa) zaakceptowała decyzję CAS o zdjęciu zawieszenia, ale oczekuje na pełne uzasadnienie. Co ciekawe nikt nie rozumie dlaczego zawodniczka nie wytłumaczyła się od razu po sytuacji. Dzięki temu oszczędziłaby sobie nerwów, pieniędzy i czasu.

Jeśli zawodnik opuści badanie, to ma możliwość podania przyczyny. Jeśli wytłumaczenie zostanie zaakceptowane przez organizację antydopingową, to sytuacja nie jest zapisana i nie zalicza się na konto trzech błędów w przeciągu 12 miesięcy, które oznaczają zawieszenie – dowiadujemy się ze strony Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).

Lizzie ominęłaby też wszechobecna krytyka ze środowiska kolarskiego – głos w tej sprawie zabrała m.in. mistrzyni świata w trzech konkurencjach (szosa, MTB, przełaje) Pauline Ferrand-Prevot (RaboLiv) przez krótki wpis na Twitterze brzmiący:

Po prostu hańba…

W podobnym tonie wypowiadają się Kanadyjczyk Geoff Kabush (“Rozumiem pierwszy test, ale bardzo mocno uważałbym przed drugim. Gdyby to się zdarzyło, to nie ma szans na opuszczenie trzeciego?!”) i Amerykanka Katie Compton (“Zgadzam się. Zawaliłam trzy takie testy w ciągu 13 lat. Dwa razy w ciągu roku zestresuje cię wystarczająco żeby uważać na trzeci!”).

Nie tylko trzy opuszczone testy nie podobają się rywalom Armitstead. Decyzja o unieważnieniu pierwszego badania została krótko opisana przez Saari Saarelainen:

To jakiś żart. Po co w ogóle bawić się w ustalanie przepisów.

Prawda jest taka, że nigdy w historii zawodowego kolarstwa szosowego nie zdarzyło się, żeby obecny mistrz (lub mistrzyni) świata został zawieszony za doping. I miejmy nadzieję, że ta statystyka się nie zmieni…