74. edycja wyścigu z Paryża do Nicei, a zwłaszcza ostatni etap, przejdą do historii współczesnego kolarstwa. Rzadko się bowiem zdarza, by do ostatniego metra trwała walka o zwycięstwo między obecnie najlepszymi specjalistami od wyścigów etapowych na świecie. 

1. Nacer Bouhanni połączył kolarstwo z boksem.

bouhanni i matthews

Finisz drugiego etapu był po prostu dziwny. Ni stąd nie zowąd Bouhanni, Matthews i Bonifazio uzyskali niewielką przewagę nad peletonem i we trzech rozegrali sprint o etapowe zwycięstwo. Bouhanni pomógł sobie łokciem omal nie doprowadzając do kraksy Matthewsa, a może także i swojej. Sędziowie zdecydowali, że przesuną krewkiego (tym razem nie dzielnego) Francuza na trzecie miejsce. To była jedna z najbardziej niekonwencjonalnych i brzydkich sprinterskich końcówek w ostatnim czasie.

2. Dwudniowa szarża Alberto Contadora, która nie przyniosła zwycięstwa.

contador

Szósty królewski i siódmy ostatni – to na tych etapach do pracy zabrał się Alberto Contador, który miał wielką ochotę założyć żółtą koszulkę i podbudować swoje morale w kontekście lipcowego Tour de France. Do dzieła zmobilizował swoją drużynę. „El Pistolero” był prawie jak kiedyś – atakował, doganiał grupki, w których później dynamicznie przyspieszał, by zmęczyć rywali oraz energicznie podrywał się z siodełka, kołysząc się w charakterystyczny dla siebie sposób. Żeby być zupełnie jak dawniej zabrakło tylko zwycięstwa. Hiszpan nie wygrał nawet etapu, a w klasyfikacji generalnej zajął ostatecznie drugie miejsce.

3. Praca pomocników na wagę złota.

getty_paris_nice_515100550_670

Po tegorocznej edycji „wyścigu ku słońcu” chyba nikt już nie ma wątpliwości, że kolarstwo to sport drużynowy. Czymże byłyby szarże Contadora, gdyby nie chociażby Rafał Majka? Czy Geraint Thomas wygrałby wyścig bez swoich kolegów, a przede wszystkim bez Sergio Henao? Kto oglądał telewizyjne relacje z etapów lub czytał sprawozdania na naszym portalu, doskonale wie, że odpowiedź brzmi NIE! Contador ma w sobie z pewnością wiele złości,  Rafał pewnie trochę też, ale w nas jest duma, że mamy kolarza, którego tempo w górach mało kto jest w stanie wytrzymać. Z kolei drużyna Sky po raz kolejny potwierdziła, że jej bronią jest mocna drużyna, w której nie-liderzy muszą być niemal, albo tak samo mocni, jak lider.

4. Czy Tom Dumoulin pojedzie jeszcze kiedyś tak, jak w ubiegłorocznej hiszpańskiej Vuelcie?

dumoulin

Holender mówił przed sezonem, że chce skoncentrować się na „czasówkach”. Prologu Paryż-Nicea nie wygrał, ale zaliczył dobry występ. W górach natomiast nie był w stanie walczyć o czołowe lokaty. Tempo narzucane przez drużyny Sky i Tinkoff było dla niego zbyt duże, a przecież nie były to jeszcze Alpy czy Pireneje. Ciekawe zatem jaka będzie dalsza część sezonu dla tyczkowatego kolarza Giant-Alpecin, który w sierpniu i wrześniu ubiegłego roku zadziwił cały kolarski świat niemal do końca licząc się o zwycięstwo w hiszpańskiej Vuelcie.

5. Drużyna Sky we Francji czuje się jak w domu. 

WATSON_00004530-010-630x421

Od 2012 roku kolarze Teamu Sky czterokrotnie wygrali wyścig Paryż-Nicea. Raz zrobił to Bradley Wiggins, dwukrotnie Richie Porte, no i teraz „G”. Ponadto brytyjska ekipa już trzy razy zgarnęła główną nagrodę w Tour de France – wyścigu, który także należy do ASO. Zresztą oglądając oba ma się wrażenie, że to te same imprezy. Taka sama szata graficzna podczas transmisji, taka sama strona internetowa, takie same koszulki liderów poszczególnych klasyfikacji, a nawet taki sam lew-maskotka wręczany kolarzom na podium. Sky wysyła na te wyścigi silne drużyny i co roku bardzo poważnie do nich podchodzi, co im się zdecydowanie opłaca, ale czy wynika z tego coś jeszcze? Nad tym być może przyjdzie kiedyś czas zastanowić się w innym felietonie.

Fot. AFP/Tim De Waele/Getty Images/Giant-Alpecin/Facebook/Graham Watson

Marta Wiśniewska