Jak powiedział Marco Pantani „nawet najgorszy kolarz jest i tak wielkim sportowcem”. Kolarstwo to piękny sport, którego popularność rośnie z każdym rokiem.

Organizowane jest coraz więcej imprez dla amatorów, zróżnicowanych pod każdym względem – długość trasy, przewyższenia, charakter, czasówki, kryteria, a nawet wyścigi na torze. Organizatorzy prześcigają się w wynajdywaniu ciekawych tras, dzięki czemu uczestnicy mają z czego wybierać.

Bardzo często zdarza się, zwłaszcza w wyścigach górskich, że trasy są tak poprowadzone że same w sobie sprawiają trudności nawet najbardziej doświadczonym zawodnikom. Czołówka, która walczy o zwycięstwo owszem daje z siebie wszystko, ale są momenty przestoju i chwile na czarowanie. Końcówka peletonu to zupełnie inna bajka. To tutaj tak naprawdę odgrywają się dramaty. Patrząc na tych zawodników odnosi się wrażenie, że mają dużo większe serce do walki niż czołówka. Walczą o każdy kilometr podjazdu, od samego początku do samego końca, dając z siebie więcej niż tak naprawdę mogą.

Podobnie jest w wysokich górach podczas wakacji. Ludzie, którzy cały rok nie jeżdżą na rowerze lub robią to sporadycznie wybierają się na urlop i mierzą się z podjazdami gdzie przewyższenie dochodzi do 2000 m na 25km. Po takim wyścigu czy treningu organizmy są wycieńczone.  Czy jest do dobre?

Jeśli chcemy połechtać własne ego to może i tak, ale dla naszego organizmu na pewno NIE. Bardzo często padają pytania o to skąd się mogą brać kontuzje i przeciążenia. Jedną z najczęstszych przyczyn na pewno będzie niedostosowanie wyścigów czy treningów do własnych możliwość i aktualnego poziomu wytrenowania. Jeśli przez cały tydzień siedzimy za biurkiem i nie mamy czasu na trening, nie nadrobimy tego w jeden dzień wyjeżdżając na 6 godzin na ciężki trening. Jeśli z naszego planu treningowego z różnych względów wypadł tydzień nie próbujmy „odrobić” tego w następnym. Dla naszego organizmu jest to swego rodzaju szok. Ciało potraktuje takie obciążenie jak zagrożenie dla jego prawidłowego funkcjonowania i będzie broniło się przed tym wszelkimi możliwymi sposobami. Będzie tworzyło zrosty i napięcia w tkankach, które z biegiem czasu mogą przerodzić się w ciężkie kontuzje lub dolegliwości bólowe. Co jeśli po kilkugodzinnym podjeździe gdzie tętno nie schodzi poniżej 90% max HR. zaczynamy stromy niebezpieczny zjazd i nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego wysiłku? Chwila dekoncentracji, bo przecież największy wysiłek za nami, jakaś słabość i tragedia gotowa.

Nie trenujcie zawsze na maksa. Nie trenujecie maksymalnie długo z myślą, że może w następnym tygodniu będzie mniej czasu. Postaraj się kończyć trening z uczuciem, że można było więcej. Nie planuj startów w wyścigach na 200 km jeśli trenujesz po 30 km. Jeśli jednak odczuwasz taką potrzebę pamiętaj, że Twoje ciało musi za to zapłacić. Nie mówię, że każdy powinien trenować z prywatnym trenerem (choć to pewnie byłoby najrozsądniejsze), ale miej trochę rozwagi. A na wyścigach zachowaj rozsądek. Zwłaszcza jeśli jesteś amatorem ścigasz się dla zabawy, a w domu czekają najbliżsi. Może nie warto za wszelką cenę. Pokonywanie własnych limitów jest super, ale stopniowo i może nie za wszelką cenę.

Dominik Omiotek