HampstenW kolejnym odcinku cyklu, przy pomocy kilku historii z przeszłości, argumentuję dlaczego nie zgadzam się z modą na skracanie i ułatwianie wyścigów.

Kilka dni temu Patrick Lefevere powiedział, że trudniejsza trasa Wyścigu Dookoła Flandrii oznacza nudne ściganie. Dodał, że organizatorzy nie powinni wprowadzać dodatkowych podjazdów na Milan-San Remo, a odkąd liczba pagórków na Liege-Bastogne-Liege wzrosła z jedenastu do dwudziestu siedmiu, w Staruszce nie ma już nic ekscytującego. Nie zapomniał też podkreślić, że Wielkie Toury powinny zostać skrócone z 21 do 17 dni, że taki format byłby znacznie bardziej nowoczesny.

O ile trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że wyścig tworzą kolarze a nie trasa, w takim myśleniu jest coś bardzo niepokojącego. W końcu ciężko nie patrzeć krzywo albo przynajmniej z obawą na zmiany, które celują w samą istotę kolarstwa, w to, czym być może najbardziej nas porusza. Oczywiście sam Lefevere zdaje sobie sprawę z tych fundamentalnych wartości, pod pewnymi względami na pewno lepiej niż my, ale patrzy na nie już z innej, bardziej pragmatycznej perspektywy.

A przecież wymagająca trasa nie raz sprawiała, że ściganie było bardziej emocjonujące i aby to stwierdzić, wystarczy spojrzeć na ostatnie kilka sezonów. Etap Giro 2010 ze zjazdami z Mortirolo na pewno nie byłby tak porywający w przypadku mniejszej skali trudności, nie podziwialibyśmy też aż tak bardzo wyczynu Arroyo. Natomiast na Giro 2011 chyba najbardziej spektakularnym, odcinkiem górskim był ten z metą na Gardecci – nie dość, że sam w sobie bardzo ciężki to następujący po dwóch innych wymagających etapach z metą pod górę.

Na cześć tras trudnych i wszystkich tych kolarzy, o których Cipollini nigdy nie powiedziałby, że tracą atrybuty męskości, wspomnijmy kilka etapów i wyścigów zapamiętanych właśnie dlatego, że były nieludzko ciężkie.

Mistrzostwa Świata 1995, Duitama, Kolumbia

Jeszcze przed startem z Mistrzostwami Świata w Kolumbii wiązało się wiele kontrowersji. Na początku przyznanie imprezy Duitamie uznano za wielki triumf kolumbijskiego kolarstwa, jednak początkowy optymizm szybko został przykryty narzekaniami na brak zaangażowania ze strony lokalnych polityków oraz na faworyzowanie piłki nożnej. Poza tym Kolumbijczykom nie podobało się, że trasa jest dopasowana do przyzwyczajeń Europejskich kolarzy – chcieli trudniejszych podjazdów, a przede wszystkim wysokości.

Cóż, okazało się, że dla Europejczyków tak czy inaczej nie była to przysłowiowa bułka z masłem, ani nawet zwykły wymagający wyścig jednodniowy. Ba, Claudio Chiapucci stwierdził, że w całej swojej karierze nie widział trudniejszej rundy. Kolarze musieli pokonać ją 15 razy, a liczyła 17,7 km. Start wyznaczono na wysokości 2,540 metra, a najwyższy punkt to 2,890. W centrum okrążenia znajdował się podjazd, w którym – przynajmniej oficjalnie – maksymalne nachylenie wynosiło 8,5%, ale zawodnicy opisywali je jako 10-13%. A do mety musieli pokonać niebezpieczny, niezwykle stromy zjazd.

Lider reprezentacji Włoch, Gianni Bugno, odpadł już na pierwszym okrążeniu. Co prawda udało mu się doścignąć peleton, ale cztery rundy później był już poza wyścigiem. Na szóstym kółku do pracy wzięła się reprezentacja Hiszpanii i zredukowała główną grupę do 21 zawodników. Niedługo potem zaczął padać siarczysty deszcz. Wielu zawodników przewróciło się na zjeździe, którego nachylenie sięgało 16%, kolejni kolarze wycofywali się z rywalizacji…

Na ostatnich kółkach do ataków przystąpili najwięksi. Trzy okrążenia od mety z akcją próbną ruszył Marco Pantani, ale został szybko doścignięty przez Miguela Induraina, który zaraz potem złapał gumę i przez pięć minut gonił pierwszą grupę. W tej było już tylko sześciu kolarzy – Big Mig i Olano z Hiszpanii, Richard i Gianetti, oboje ze Szwajcarii, a także Pantani i Casagrande z Włoch.

Niespodziewanie zaatakował wtedy Miguel Indurain. Hiszpanie wykorzystali to, ile sił pozostali stracili na pościg i zaraz po dojechaniu do bardziej utytułowanego z nich, zaatakował Abraham Olano. Mimo poświęcenia Casagrande na rzez Pantaniego i kilku prób zdecydowanego przyśpieszenia ze strony tego drugiego, nikomu nie udało się go doścignąć. Co ciekawe, na kilometr przed metą Hiszpan złapał gumę, więc do mety dojechał bez powietrza w tylnej oponie.

Sprint o drugie miejsce wygrał Indurain, a jako trzeci finiszował Pantani. Z 89 startujących uczestników wyścig ukończyło jedynie dwudziestu.

Giro d’Italia 1956, etap 20

Tego dnia kolarze mieli do pokonania cztery podjazdy – Costalungę, Rolle, Brocon i Monte Bondone. Na ostatnim z nich wyznaczono metę. To, czy kolarze w ogóle staną na starcie stało jednak pod znakiem zapytania. Dyrektor wyścigu, Torriani, został poproszony o jego odwołanie ze względu na złe warunki pogodowe. Nie zgodził się, ponieważ uznał, że do tej pory wyścig nie był ekscytujący i trudny dzień w Dolomitach może to naprawić…

Już od początku, z powodu deszczu, zimna i niewłaściwych strojów kolarze skarżyli się i protestowali. Zapytano Torrianiego, czy mógłby chociaż skrócić etap. Odmówił.

Na dwóch pierwszych podjazdach Fornara, lider wyścigu, kontrolował sytuację. Na Costalundze i Rolle pierwszy zameldował się Charly Gaul, ale zaraz potem złapał dwie gumy, co nieco skomplikowało jego – i tak niełatwe, bo miał 16 minut straty w klasyfikacji generalnej – położenie.

Luksemburczyk jednak wyraźnie miał swój dzień i jako pierwszy wjechał również na Brocon. W dwuosobowej ucieczce znalazł się też Bruno Monti, a trzeci, z ponad 2-minutową stratą, Federico Bahamontes.

O ile do tej pory wszystko toczyło się w miarę normalnie, ale wtedy zaczęło się piekło – albo raczej jego lodowate przeciwieństwo. Najpierw zrobiło się bardzo, bardzo zimno, potem zaczął padać śnieg. Zawodnikom przestały działać hamulce, więc wielu z nich – w tym Charly Gaul – używało butów do zatrzymania roweru. Lider wyścigu, Fornara, postanowił się wycofać. Wicelider, Nino Defilippis, już widział oczami wyobraźni różową koszulkę, ale wkrótce poszedł w jego ślady i powiedział, że nie ukończyłby nawet za milion lirów.

Natomiast Charly Gaul kontynuował swój rajd do mety i został nową różową koszulką. Warto jednak dodać, że na mecie jego koszulka była tak zamarźnięta, że trzeba było ją pociąć, aby się jej pozbyć.

Co ciekawe, jeden kolarz zrobił tego dnia coś jeszcze bardziej godnego podziwu (krótko wspomniałam o tym w jednym z poprzednich tekstów, ale takie historie należy powtarzać, bo to substancja prawdziwych kolarskich legend). Na trzecim miejscu etap skończył Fiorenzo Magni, obrońca tytułu, który na wcześniejszych etapach złamał dwie kości i już raz wylądował w karetce, ale zrobił ratownikom awanturę, że chce wracać na wyścig. O etapie dwudziestym mówił tak:

Cały dzień padał śnieg i było bardzo zimno; nie czułem jak bardzo. Po drodze mijałem wiele rowerów zaparkowanych przy barach i zapytałem co się dzieje. Powiedzieli mi, że większa część peletonu zamarzła i musiała się wycofać. Potem, zanim dojechaliśmy do Trentu, zobaczyłem, że wycofuje się też różowa koszulka. „Co? Czy ja naprawdę to widzę?!”, pomyślałem. Jeśli byłbym różową koszulką, na pewno bym kontynuował, nawet jeśli musiałbym iść, nigdy bym się nie wycofał!

Kiedy byliśmy w Trencie, samochód mojego zespołu podjechał i powiedział, że jestem trzeci. „Trzeci?!”, znów nie mogłem uwierzyć. Byłem trzeci tego dnia i awansowałem na drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Właściwie to myślałem o zaatakowaniu Charly’ego Gaula w ciągu następnych dni i wygraniu mojego czwartego Giro.

Giro d’Italia 1988, etap 17 

Bob Roll nazwał rozdział poświęcony temu etapowi następująco: Dzień, w którym wielcy mężczyźni płakali. Ten tytuł można zresztą interpretować dosłownie, bo Roberto Visentini – zdobywca różowej koszulki z 1986 – na szczycie Gavii był cały we łzach. Natomiast Johan Van der Velde, który jako pierwszy zameldował się na szczycie morderczego podjazdu, stracił 45 minut na przestrzeni ostatnich ośmiu kilometrów, bo jego ręce były zbyt zmarznięte, aby naciskać hamulce, więc do mety musiał… dojść.

W czym tkwiła trudność? Opis umieszczony na blogu crankpunk.com mówi: Był to dzień, kiedy Gavia ożyła i wypluła wszystko, co miała na próbujących ją zdobyć kolarzy. Zawodnicy musieli się zmierzyć nie tylko z wymagającym profilem (a dokładniej przejechać takie podjazdy jak Aprica czy właśnie Gavia), ale zmierzyć się z wymagającym profilem w trakcie śnieżycy. Na szczycie kluczowej góry wielu kolarzy nie było w stanie nawet zasunąć kurtek.

Ostatecznie etap wygrał Eric Breukink, ale nie mniejszym zwycięzcą okazał się Andy Hampsten. Amerykanin zaatakował jeszcze u podnóża Gavii, na metę dojechał drugi i zapewnił sobie zwycięstwo w całym wyścigu. Tak opisywał swoje odczucia: To był najtrudniejszy dzień w moim życiu. Nikt by nie narzekał i nie kłócił się ze mną, gdybym postanowił się nie ścigać. Było to ponad i poza tym, czego oczekuje się od kogokolwiek w jakimkolwiek wyścigu. To nie był sport… to było coś więcej niż sport.

Paryż-Roubaix 1987 (i nie tylko)

Co ciekawe, ten sam Andy Hampsten rok wcześniej startował w jednej z najtrudniejszych edycji wyścigu Paryż-Roubaix i… jako jeden z kilku zawodników nie zmieścił się w limicie czasu (innym był Bob Roll).

Ale tak naprawdę ta edycja jest tylko pretekstem, aby umieścić na tej liście Piekło Północy, bo wystarczyłoby wyjąć z kart historii dowolny inny wyścig, podczas którego warunki pogodowe dopisały – co w przypadku Paryż-Roubaix znaczy po prostu tyle, że były fatalne.

A w 1987 pogodowe życzenia kibiców zdecydowanie się sprawdziły. Było mokro i ślisko, było mnóstwo błota. Na 25-kilometrów przed metą przewrócił się Sean Kelly, znany zresztą ze stwierdzenia, że Paris-Roubaix bez deszczu to nie Paryż-Roubaix. Jego upadek zatrzymał większość faworytów, na czym skorzystał Eric Vandaraerden. Udało mu się dogonić trzech uciekinierów, którzy od dawna utrzymywali się z przodu – Dhaenensa, Versluysa i Vandenbrande’a. Razem dojechali do mety, ale bez trudu pokonał bardziej zmęczoną trójkę w sprincie. Po latach powiedział, że fatalne warunki były raczej jego sprzymierzeńcem, bo jako były kolarz przełajowy świetnie radził sobie z wodą i błotem.

W wyścigu wystartowało 192 kolarzy, a ukończyło go 47.

Na koniec kilka cytatów związanych z innymi edycjami Paryż-Roubaix:

W 1985 CBS przeprowadziło wywiad z Theo De Rooijem, który długo pozostawał na czele wyścigu.

Ten wyścig to jakieś żarty! Pracujesz jak zwierzę, nie masz czasu się wysikać, moczysz spodenki. Jedziesz przez błoto, ślizgasz się, to kawał g****!, żalił się Holender.

Na to dziennikarz zapytał, czy jeszcze kiedyś zamierza wystartować. De Rooij natychmiast odpowiedział: Oczywiście, to najpiękniejszy wyścig na świecie! 

Warto też przytoczyć słowa Bretona Guillaume Blota:

Na innych wyścigach podajemy sobie ręce, idziemy i pijemy kawę w autobusach innych zespołów, śmiejemy się… ale rano przed Paris-Roubaix znasz tylko swoich kolegów z zespołu. Twarze nie wyrażają żadnych emocji. Nie rozmawiamy ze sobą. Jest to wojna.

I lepiej, żeby tak pozostało. Nie dążymy przecież do wyścigu robotów, a mówiąc bardziej literalnie, implementowanych przez poszczególne zespoły technologii, które z jednej strony pozwalają im wytrzymać coraz więcej, ale z drugiej uczą wygody – co kończy się usuwaniem z drogi wszelkich naturalnych przeszkód. Co będzie następne, jeśli skrócimy Wielkie Toury? Wyrzucimy bruki z Paryż-Roubaix? Skrócimy etapy górskie do samego finałowego podjazdu?

 

Fot.: bettiniphoto.net

Ania Gmaj