tinkoff-saxoOsoby, które dopiero poznają świat kolarstwa szosowego, często stawiają sobie pytanie: czy to naprawdę sport drużynowy? Ja natomiast zastanawiam się, jakie elementy definiują współczesny zespół i czy na pewno coś może się w tej materii zmienić.

 Jest kilka takich aspektów ekipy kolarskiej, które cyklicznie wzbudzają ogromne emocje. Po pierwsze chodzi o sponsorów. To zresztą nic dziwnego – w końcu to właśnie oni warunkują istnienie danej drużyny, jej ambicje i cele w danym sezonie, a także transfery, na jakie może sobie pozwolić. Te ostatnie są kolejnym chętnie dyskutowanym tematem, często podejmowanym na długo, zanim pojawi się możliwość ich oficjalnego ogłaszania. Dalej mówi się oczywiście o składach na najważniejsze wyścigi, ewentualnych konfliktach wewnątrz drużyny, powtarzających się skandalach czy problemach z licencją.

Niestety jednak mało miejsca poświęca się prawdopodobnie najpiękniejszym elementom każdego zespołu, które stanowią o tym, że kolarstwa szosowego pod żadnym pozorem nie można byłoby nazwać sportem indywidualnym. Jego wewnętrzna organizacja (choćby na miarę skromnych środków), posunięcia taktyczne, zdolność ustalania priorytetów, umiejętność poświęcenia się dla lidera, w końcu coś, co nieco górnolotnie nazywamy „duchem” danej ekipy.

Na przykładzie kilku drużyn, które w ciągu ostatnich sezonów zaznaczyły swoją obecność w peletonie – wybranych według własnego uznania – postaram się zilustrować i zanalizować te nieco zapomniane wartości.

Euskaltel-Euskadi, czyli tęsknota za pomarańczem

Zacznę od ekipy, która co prawda już zniknęła z horyzontu, ale przez dłuższy czas twardo reprezentowała określone ideały, nie zważając na to, że rok w rok wpędzały ją w finansowe i „kadrowe” problemy. Jak wiadomo baskijski zespół charakteryzowały bowiem nie tylko pomarańczowe stroje, ale też fakt, że aż do 2012 cały skład kompletowano z zawodników pochodzących z Pais Vasco (z uzasadnionymi wyjątkami dla „wychowanków” regionu). Oczywiście nie było to ani rozsądne, ani przyszłościowe, ale być może właśnie dzięki temu Baskowie wzbudzali taką sympatię kibiców.

Zresztą nie można powiedzieć, aby w peletonie spełniali rolę „chłopców do bicia”. Sanchez stawał na podium Wielkich Tourów, Anton jeszcze nie tak dawno należał do największych nadziei, podobnie zresztą jak Nieve czy Intxausti. A wcześniej byli choćby Mayo czy Laiseka – kolejne nazwiska, które wciąż przewijają się w naszych wspomnieniach. Warto przy tym zaznaczyć, że ten regularny napływ talentów to nie przypadek, bo Fundacio Euskadi udało się zbudować świetny system szkoleniowy.

Jakby nie było, Euskaltel należało do tych drużyn, którym kibicowało się po prostu, bez oglądania się na konkretne gwiazdy. Niezależnie od tego, czy chodziło o smutne pożegnanie Igora Antona z Vuelta a Espana 2010, czy o radość jaką wywoływał niezmordowanie atakujący Amets Txurruka, czy może o niekonwencjonalne celebracje Samuela Sancheza – pomarańczowe koszulki, może dzięki swojej bezpretensjonalności, zawsze wzbudzały spontaniczne emocje.

Zespoły sprinterskich pociągów

A teraz coś dla kontrastu. Jeśli oldschoolowy Euskaltel zazwyczaj wywoływał tak pozytywne reakcje, pewne techniki potrafią proporcjonalnie frustrować kibiców, choć przy okazji listy ich sukcesów często ciągną się w nieskończoność. Mowa tu na przykład o sprinterskich pociągach, które wielu skutecznie zniechęciły do oglądania płaskich końcówek.

W przypadku Mario Cipolliniego łatwiej było przełknąć to zmechanizowane rozprowadzanie, bo ciężko nazwać wiele z jego wyczynów monotonnymi. Ale już choćby Cavendish niejednokrotnie doprowadzał do szału, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy ustalona przez HTC czy Omegę taktyka wymagała stuprocentowego poświęcenia. Mało kto cieszył się, że na dzień przed czasówką Tony Martin musi kierować pogonią za ucieczką. Albo tym, że w pociągu Cavendisha swoje funkcje ma Peter Velits, chociaż walczy o utrzymanie miejsca na podium Vuelty.

Poza tym ciężko zaprzeczyć, że rozrywkę zapewniali nam raczej kolarze, którym udało się sprinterów przechytrzyć – jak choćby Vinokourow podczas Tour de France 2006. A jeśli już ceniliśmy najszybszych zawodników, to raczej tych, którzy wygrywali niekonwencjonalnie, mimo braku wsparcia, na przykład Robbiego McEwena czy Oscara Freire, który w dodatku był workiem bez dna, jeśli chodzi o anegdoty.

Mimo wszystko, to też element kolarskiej gry, jaką toczą między sobą drużyny i trzeba się z tym po prostu pogodzić. Nawet, jeśli na płaskich etapach nudzi nas Kittel, a w górach pociąg drużyny Sky. Zresztą to nie tak, że wynikają z tego tylko złe rzeczy, ba, wielu zawodników na tym zbudowało niesamowite, godne najwyższego szacunku kariery. Wystarczy wspomnieć choćby Marka Renshawa, któremu sławy wcale nie przyniosły indywidualne szansy, jakie przecież dostawał. A jeśli chodzi o góry, przecież jeszcze nie tak dawno analogicznie spełniał się Sylwester Szmyd i sam przyznawał, że do wygrywania się nie nadaje.

Jak widać, z takiej organizacji sportu cieszą się nie tylko liderzy, my natomiast możemy być zadowoleni z różnorodności, jaką ona zapewnia.

Tinkoff-Saxo/Saxo Bank/CSC – ekipa totalna?

W przypadku zespołu Bjarne Riisa, a teraz właściwie Olega Tinkova, o nudzie mowy nie było, ale zawsze pojawiał się jeden problem, przed którym nie ma sensu uciekać – dlaczego „Pan 60%” w ogóle ma prawo pozostać w kolarstwie? Ale te zarzuty wydają się o tyle zabawne, że jeśli przeanalizujemy sytuację, prawdopodobnie wyjdzie na to, że sport skorzystał na jego obecności (w roli dyrektora sportowego) bardziej niż on na tym, że ktoś łaskawie mu na to pozwolił.

W końcu, jeśli niektórzy twierdzą, że wizjonerem jest odpowiedzialny za stworzenie Sky David Brailsford, co najmniej taki sam status należy się Riisowi. Przy tym jego zasługi powinny nieco bardziej przypaść do gustu kibicom, bo zamiast tworzyć armię robotów, jak nikt potrafi budować „chemię” zespołu, a przy tym jest jednym z lepszych taktyków.

Zdolności w kierunku zarządzania zespołem zdradzał zresztą jeszcze jako kolarz, kiedy próbował na trasie pokierować Ullrichem za czasów Telekomu. A w ramach przypomnienia, jakie numery potrafił wyciąć peletonowi zza kulis – pomyślcie choćby o tym, jak Sastre wygrał Tour de France 2008 albo jak Nuyens triumfował w Wyścigu Dookoła Flandrii w 2011. Komu udało się to przewidzieć?

Przy tym wydaje się, że teraz jest najbliżej zbudowania ekipy, na jakiej mu zależało. Choć dobrze radził sobie z okiełznywaniem trudnych charakterów (jak Fabian Cancellara czy Andy Schleck), od razu widać było, z jakim błyskiem w oku planuje przyszłość zespołu z Contadorem jako liderem. Mimo niespodziewanych zakłóceń, chyba się nie zawiódł, biorąc pod uwagę ilość taktycznych forteli, jakie razem wykonali. W dodatku na horyzoncie pojawił się Tinkov, który nie tylko zapewnia stabilizację finansową, ale jego ekscentryczne wizje paradoksalnie świetnie wpisują się w politykę Riisa (czy ktoś jeszcze pamięta, że to właśnie Duńczyk pierwszy powiedział, że kiedyś ich celem będzie wygranie przez Contadora wszystkich trzech Tourów w jednym roku?).

Krótko mówiąc, należy cieszyć się, że właśnie w tej ekipie mamy tylu polskich zawodników. Zwłaszcza, że Tinkoff-Saxo to też doskonałe środowisko do rozwoju – wystarczy spojrzeć na Rafała Majkę albo bliżej przyjrzeć się składowi sztabu trenerskiego. A jeśli ktoś chciałby wiedzieć więcej o metodach pracy Riisa, niezmiennie polecam dokument Overcoming.

Aby nie pogubić priorytetów

To właśnie w nim padło słynne zdanie Carlosa Sastre, który na prośbę Riisa, aby nie przekraczał 400 watów, odpowiedział: Nie jestem taki, Bjarne. Komputer musi zrozumieć mnie. Ja nie muszę zrozumieć jego. Chyba w tym właśnie tkwi klucz do sukcesu ekipy kolarskiej. Technologia powinna być służebna wobec taktyki, intuicji, osobowości, naturalnych predyspozycji i relacji wewnątrz zespołu. Dopiero to tworzy autentyczny, zrozumiały sens istnienia drużyn. Są tacy dyrektorzy czy managerowie, którzy doskonale o tym wiedzą, inni natomiast nie zdają sobie sprawy, że ślepe brnięcie w innowacje to raczej rozwiązanie na krótką metę, podobnie jak nieprzemyślane wydawanie milionów na wielkie nazwiska.

 

Ania Gmaj

Fot.: bettiniphoto.net