Trek Emonda S4Trek promuje swoje rowery szosowe hasłem „Choose your weapon”, dając tym samym do wyboru trzy serie o odmiennym przeznaczeniu. Madone – bezkompromisowy ścigant, którego rama została zaprojektowana, aby opór powietrza ledwie zauważał jej obecność. Domane – wygodny klasyk, poczujesz się jak na kanapie. Emonda – lekka jak kilo pierza.

To właśnie na ostatni z nich padł mój wybór. Emonda, model s4, niestety najniższy, ale czy na pewno?

Model dostępny tylko w jednym malowaniu, dość standardowym, co może rozczarować niektóre osoby – mi przypadło do gustu. Na tle połyskującego czarnego lakieru wyraźnie odznacza się logo producenta. Dodatkiem jest kilka innych białych akcentów podkreślających model oraz technologie wykonania. Moim faworytem jest grafika na przednim widelcu, świetnie prezentuje się od frontu. Dodajmy również, że całość uzupełnia owijka w kolorze białym oraz siodło do wyboru (czarne/białe). Minimalistycznie i stylowo.

Zaleta? Rower nie rzuca się w oczy. Wada: rower nie rzuca się w oczy.

Budowa i geometria

To, co rzuciło mi się w oczy w pierwszym momencie, to pokaźne przekroje rur. Jak tu uwierzyć, że to siostrzany produkt najlżejszego seryjnego roweru?

Materiał, którego użyto do produkcji ramy to karbon OCLV serii 300. Jest to włókno, którego proces produkcji został opracowany przez inżynierów Treka. Jeżeli chcecie uzyskać więcej informacji na jego temat, odsyłam na stronę marki, przedstawione zostały tam wykresy i inny techniczny żargon, w którym pewnie wielu z Was się odnajdzie.

Całość wykonana została bardzo starannie, widać, że to przemyślana konstrukcja. Cieszy zwężana główka ramy oraz masywny splot suportu. Producent deklaruje, że oba te rozwiązania zwiększają sztywność konstrukcji, co dla nas przekłada się na wydajniejsze pedałowanie.

Razi brak wewnętrznego prowadzenia linek, w tej klasie powoli staję się to standardem, chociaż w żaden sposób nie wpływa na sama jazdę – ot miły dodatek.

Geometria, opisywana skrótem H2, to pewien rodzaj kompromisu pomiędzy typową wyścigówką, a rowerem endurance. W praktyce, dostajemy tutaj nieco wyższą główkę ramy oraz łagodniejsze kąty, co pozwala odciążyć plecy i szyję. Wydaję mi się, że jest to idealne rozwiązanie do amatorów z aspiracjami: z jednej strony jazda nie męczy, a z drugiej nie czujemy się jak na typowej kozie.

Osprzęt

Najniższy model Emondy wyposażony został w pełna grupę Tiagry z kompaktową korba 50x34T oraz kasetą 12x30T. Takie rozwiązanie pozwala na jazdę w każdym terenie – to cieszy. Nie zdecydowano się tutaj na żadne zabiegi obniżające koszty, które tak często stosują producenci (via hamulce bądź korba innego producenta), co znacznie usprawnia działanie całości. Myślę, ze jest to duży plus.

Klamkomanetki mają wygodny chwyt, biegi wchodzą lekko, ze słyszalnym stukiem. Mechanizm działa precyzyjnie i płynnie. Równie dobrze, spisują się hamulce – pozwalają na płynne dozowanie siły i działają z oczekiwanym rezultatem. Nie spodziewałem się tak dobrego działania tej grupy. Czego chcieć więcej? No może ładniejszej korby, przyznam, że blat Tiagry nie przemawia do mnie urodą…

Zejdźmy niżej: koła. Cóż, trzeba przyznać, że nie powalają one swoją wagą i przypadku większych wyścigowych aspiracji należałoby je wymienić. Z drugiej strony, toczą się nad wyraz płynnie, co trochę dziwi, ale i sprawia radość. Zdecydowanie warto również podkreślić ich wytrzymałość, na nierównych podwarszawskich asfaltach zarówno obręczom, jak i oponom nic złego się nie stało.

Wrażenia

Pewnie znacie to uczucie. Kupiliście nową zabawkę – bo jak inaczej uzasadnić taki zakup? Poziom ekscytacji rośnie, osiągając punkt kulminacyjny w momencie, w którym opuszczacie sklep. Oczywiście odpowiedni dzień wybraliście już dawno, z uwagą przeglądając meteorogramy. Wyszliście z pracy odpowiednio wcześnie, przecież szybko się ściemnia, a potrzebujecie trochę czasu razem. To nie może się nie udać. Ubranie leży już przygotowane od 2 dni, stylówa to ważna sprawa. Licznik, kask, oświetlenie, to wszystko już czeka, aż pojawi się ona.

Do sklepu przyjeżdżacie w pełnym ekwipunku, sprzedawca patrzy się na Was trochę dziwnie, ale Wy wiecie, że w głębi serca rozumie. Wychodzicie na zewnątrz, zaczyna się.

Siodełko jest nad wyraz wygodne, chwyt również. Zaczynam kręcić, rower ochoczo wyrywa się do przodu. Na liczniku czwórka z przodu. To już? Nic nie czuję. Rozpędzam się powoli, delektując się każdą chwilą. Wiem, że to, co przeczytałem to prawda, wierzę, że cała moja siła przesuwa asfalt pode mną, nic się nie marnuje. W tej chwili zewnętrzny świat guzik mnie interesuje.

I to chyba o to w tym wszystkim chodzi. Rower sprawia mi masę frajdy, a jego specyfikacja w żadnym z aspektów mnie nie ogranicza. Tego samego Wam życzę.

Nawiązując do początkowego zdania, chciałbym zauważyć, że modele S4/S5/S6 są do siebie bliźniaczo podobne. Dzielą tą sama ramę, różni je jedynie osprzęt. Różnica pomiędzy Ultegra a Tiagra z całą pewnością jest dostrzegalna, ale czy dla Was ma to znaczenie?

Opowiedzcie sobie sami, my wyruszamy w kolejną trasę.

Rower możecie kupić w naszym sklepie > tutaj

Paweł

[flagallery gid=90]