Alberto ContadorTegoroczna Vuelta – a właściwie cały bieżący sezon – dobitnie pokazały, dlaczego w wyścigach etapowych Alberto Contador gra w swojej własnej lidze.

Co prawda niejednokrotnie udowadniał to już w przeszłości, ale jego zdolność “podnoszenia się” nie przestaje zaskakiwać. W końcu talent miało, ma i będzie miało wielu zawodników. Jeszcze kilka sezonów temu mówiło się, że Contador nie dorówna Armstrongowi wyłącznie ze względu na to, że zbyt duży potencjał ma Andy Schleck. Wielokrotnie wygrywać Wielkie Toury i bić rekordy mieli Ivan Basso, Igor Anton, nawet Jose Rujano. Ale tym, co odróżnia “El Pistolero” od wymienionych zawodników wcale nie jest fakt, że – jak powiedział wspomniany już wielokrotny (nie)zwycięzca Touru – to najbardziej utalentowany człowiek, jaki kiedykolwiek jeździł na rowerze.

Oczywiście, zdolności wykazywane od najmłodszych lat to część wciąż pisanej legendy Contadora. To pozwala patrzeć na niego nieco inaczej niż na Froome’a czy Sami-Wiecie-Kogo, bo nieprawdopodobna eksplozja ich talentu nastąpiła nagle. A Alberto, jak mówią anegdoty, już jako dziecko uciekał kolegom w górach, w juniorach przezywali go “Pantani”, natomiast kiedy w 2003 roku wygrywał czasówkę w Karpaczu – niektórzy obserwatorzy już nazywali go kandydatem do żółtej koszulki na Polach Elizejskich.

Ale o ile cenimy jego styl jazdy, te najbardziej spektakularne ataki i szczególnie przekonujące zwycięstwa – takie jak Angliru 2008, Verbier 2009 albo Etna 2011 – to, co wpływa na wyjątkową pozycję Contadora w peletonie i w historii tego sportu to sposób reagowania na porażkę czy choćby jej widmo. Wydaje się, że w sytuacji podbramkowej ma on w zanadrzu nieskończoną ilość niekonwencjonalnych rozwiązań, nie mówiąc o rezerwach odporności psychicznej.

Przecież tym, co odróżniało Contadora od innych rywali Armstronga była przede wszystkim umiejętność postawienia się;  jako jeden z niewielu nie przegrał z Amerykaninem i jego charakterkiem “szkolnego gnoiciela” bitwy psychologicznej.

Ostatnio za to chyba wygrał ją z Froome’em i nie chodzi mi wcale o zabawną wojnę medialną dotyczącą “przystanków na kawę”. W zeszłym sezonie wydawało się, że zrobotyzowany, ale szalenie efektywny styl Sky także jego pokonał – i że jest to zmierzch pewnej epoki w kolarstwie. Brytyjski zespół i jego zawodnicy jakby nie było potrafią zaimplementować tylko jedną taktykę. Mocna jazda w czasówkach plus dyktowanie morderczego tempa w górach, które lider wykorzystuje na ostatnim podjeździe. Przy ciągłym obserwowaniu parametrów i wiecznym powielaniu tych samych – pod kątem taktycznym niezbyt błyskotliwych – schematów, na dłuższą metę nie wygląda to zbyt ekscytująco.

Dlatego kiedy w tegorocznym Tirreno-Adriatico Contador zaatakował kilkadziesiąt kilometrów od mety albo kiedy sam udał się w szaleńczą pogoń za Talanskym w Dauphine – było to jak swego rodzaju powiew świeżości.

Nie chodzi bowiem tylko o to, że Contador jest jedynym kolarzem, być może obok Quintany i Nibalego, który potrafi zagrozić Froome’owi i Sky, ale też jak umie to zrobić. Nie wygląda to jak walka robotów, bo ta również stałaby się monotonna. Jedna strona na szczęście bazuje raczej na kolarskiej intuicji niż na cyferkach pokazywanych na liczniku. Albo powiedzmy inaczej: jeśli Froome to uosobienie kolarstwa nowoczesnego, Contador stoi po stronie starych ideałów, stylu oldschoolowego.

Froome oczywiście też jest zawodnikiem poniekąd ofensywnym, ale nie posiadającym takiej osobowości (nie jako człowiek, ale jako kolarz, na trasie). To Contador jest autorem większości niekonwencjonalnych posunięć na Wielkich Tourach ostatnich kilku lat. W trakcie Tour de France 2011 zaatakował 100 km od mety w ramach zaznaczenia swojej osobowości w wyścigu i spowodował mały przewrót w “generalce”, Vueltę 2012 wygrał w najbardziej spektakularny i nieprawdopodobny sposób, jaki można sobie wyobrazić, nawet w Wielkiej Pętli w 2013 akcja jego drużyny na płaskim etapie to jeden z najciekawszych momentów wyścigu.

Co prawda jego tegoroczny powrót do wielkiej formy wydawał się mieć smutny koniec, kiedy zakończył się widowiskową kraksą. Nawet tutaj objawił się jednak wyjątkowy charakter Contadora, który nie tylko jechał kilkadziesiąt kilometrów z poważnym urazem, ale podobno od razu po wejściu do samochodu Tinkoff-Saxo powiedział: możecie być pewni, będę na Vuelcie. I zaraz potem wznowił treningi, zaciskając zęby czy jak sam powiedział: ze skarpetą w ustach, aby nie krzyczeć z bólu.

Co ciekawe, kiedy niespodziewanie ogłosił swój udział w hiszpańskim wyścigu, większość kolarzy bez wahania wymieniała go jako głównego kandydata do zwycięstwa, mimo lepszego przygotowania Froome’a, Quintany czy Rodrigueza.

Cóż, w końcu nie pierwszy raz wiele rzeczy poszło nie po jego myśli. Nie tylko wracał po ciężkiej kontuzji, w formie, która miała być gorsza niż w przypadku pozostałych kandydatów do końcowego triumfu, ale też był wspierany przez bardzo średni skład Tinkoff-Saxo. Ale podczas gdy większość zawodników do zwycięstwa potrzebuje, aby wszystko poszło zgodnie z planem – on zwykle potrafi wykorzystać choćby minimalną szansę, która zabłyśnie gdzieś na horyzoncie.

Nie chodzi tu zresztą o wystawianie laurek, a przynajmniej nie żadnemu konkretnemu zawodnikowi. Ale poprzez zauważenie tego, co przez ostatni sezon i we wcześniejszych latach zrobił Contador oddajemy hołd pewnemu podejściu do sportu, które jest jednocześnie bardzo rzadkie i niezwykle cenne. To ono triumfowało, kiedy “El Pistolero” wygrywał na Ancares. To właśnie dlatego tak dobrze opisuje go zdanie, którym kilka sezonów temu – kiedy pomógł wygrać etap Giro d’Italia 2011 dawnemu koledze z drużyny, Paolo Tiralongo – opisała go La Gazzetta: Contador, che grande signore. 

 

Fot.:bettiniphoto.net

Ania Gmaj