Środprzemek niemiecowym etapem z Ortigueiry do piłkarskiego miasta La Coruńa, 69. edycja hiszpańskiej Vuelty wkroczy w decydującą fazę. Pozostaną tylko cztery odcinki ze startu wspólnego i jeden jazdy indywidualnej na czas. Wydaje się, że największe emocje mamy już za sobą, ale mam nadzieję, iż jest to jednak tylko złudzenie.

Niestety nie mogłam obejrzeć na żywo etapu, który wygrał Przemysław Niemiec. O sukcesie polskiego kolarza Lampre-Merida dowiedziałam się z serwisu informacyjnego jednej ze stacji radiowych. Po powrocie do domu obejrzałam w sieci ostatnie kilometry. Potem, gdy na spokojnie przeanalizowałam tę rywalizację, doszłam do wniosku, że to w jaki sposób Przemysław utrzymał przewagę nad rywalami, już chyba na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą. Co więcej, przypuszczam, że dla niego też. Później w jednym z wywiadów przeczytałam wypowiedź Niemca, który mówił, że wszystko wyszło „na styk” i niezła wpadka byłaby, gdyby rywale wyprzedzili go, gdy zapinał koszulkę i zakładał okulary. Zgadzam się. Widać ten etap musiał wygrać Przemek Niemiec i może dlatego czas płynął jakoś inaczej?

Cieszę, że spełniły się moje życzenia powodzenia dla Rydera Hesjedala. Szczerze gratuluję Kanadyjczykowi wygranego etapu, gdyż styl, w jakim to zrobił był tak samo piękny, jak i dziwny. Piękny, bo znakomicie przyspieszył i ograł Zaugga (współczuję Szwajcarowi i jego fanom), a dziwny, bo wydawało się, że zwycięzca Giro d`Italia 2012 raczej „spłynie” niż zaatakuje. Bardzo miło było również oglądać triumfującego Fabio Aru, który także wyrobił sobie nazwisko we włoskim wielkim tourze. Jeszcze raz słowa uznania dla obu panów, choć w przyszłości chyba częściej usłyszymy o Włochu.

Nie mogę pominąć zwycięstwa etapowego w koszulce lidera. To zawsze piękne widowisko, ale przede wszystkim rodzaj udowodnienia, że zasługuje się na Maillot Rojo. Ci, którzy czytali moje podsumowanie pierwszego tygodnia, pewnie pamiętają opinię na temat słuszności otwierania wielkiego touru drużynową czasówką. Pisałam to przede wszystkim w kontekście niepotrzebnego stwarzania możliwości założenia czerwonego trykotu kolarzom na to kompletnie nie zasługującym. Gdyby ktoś pytał o bardziej precyzyjne kryteria do tego wyróżnienia, niech obejrzy wczorajszą jazdę „El Pistolero”. Odpowiadał na wycieńczające zmiany tempa Chrisa Froome`a, a potem sam był w stanie odjechać. Szacunek, Liderze!

Umiejętność rozprowadzania, jaką już po raz kolejny pokazała ekipa Giant-Shimano, pewnie zostanie na krócej w pamięci kibiców, a szkoda. Pociąg Omegi Pharma-Quick Step był i jest bardzo dobry, ale nie boję się zaryzykować stwierdzenia, że powoli zaczyna ustępować temu ustawianemu przez Giant-Shimano. Złożony z powtarzających się, ale jednak czasami różnych kolarzy-wagonów na wielu wyścigach radzi sobie znakomicie, czego najprostszym potwierdzeniem są chociażby zwycięstwa Marcela Kittela czy Johna Degenkolba.

O sławnej bójce między Rovnym a Brambillą będzie tyle, na ile zasługują takie wydarzenia. Dziecinada i brak kultury. A ci, którzy piszą komentarze, że w tym sporcie to albo Armstrong, albo bijatyki, są tak samo mali, jak małe jest znaczenie tego typu incydentów dla sportowej rywalizacji.

Życie nigdy nie pozwala nam się nudzić i podczas szesnastego etapu kolarską ucztę „wzbogaciło” o śmierć motocyklisty, który był funkcjonariuszem hiszpańskiej Gwardii Cywilnej. Niech dane mu będzie w jakikolwiek sposób uczestniczyć jeszcze w kolarskich wyścigach, a jego rodzinie i najbliższym składam szczere wyrazy współczucia.

Foto: bettiniphoto.net

Marta Wiśniewska