Przemysław NiemiecPoprzednie edycje Giro d’Italia nauczyły Przemysława Niemca z Lampre-Merida oszczędzania sił i trzymania emocji na wodzy. W tym roku po raz pierwszy wesprze go krioterapia, która codziennie “schłodzi rozgrzaną wyścigiem głowę i pomoże w regeneracji”. Przed rozpoczynającym się w sobotę Giro d’Italia Niemiec pisze na swoim blogu także m.in. o trasie tegorocznego wyścigu, jego faworytach i atmosferze kolarskiego święta. Czuje się optymalnie przygotowany do Giro, chce jechać blisko czołówki i zapewnić wiele dobrych emocji.

Czołowy polski kolarz szosowy, który osiąga w tym roku znakomite wyniki, tuż przed Giro d’Italia pisze na przemyslawniemiec.blogspot.com:

“Jeszcze trochę i się zacznie. Niektórzy już teraz po nocach spać nie mogą, ale ja za dużo już przejechałem, żeby się spalać. Nie zadręczam się już długimi analizami, zakładam numer i jadę na start, ale rozumiem odmienne podejście. Gdy debiutowałem w Giro d’Italia, wszystko było dobrze przez pierwsze dwa tygodnie wyścigu. W trzecim tygodniu nagle po jednym z etapów dostałem 40 st. C gorączki, mój organizm był bardzo osłabiony. Był to dla niego pierwszy tak ekstremalny wysiłek, do tego podpalałem się pierwszymi etapami. Ukończyłem Giro, ale ostatnie 4 etapy przejechałem tak, żeby dojechać do mety. Poprzednie edycje wyścigu nauczyły mnie, że trzeba umiejętnie oszczędzać siły. Czasami lepiej pozwolić ciąć się sprinterom na płaskim etapie i stracić minutę niż walczyć w nim o każdą sekundę. Można przeszarżować i ryzykować stratę nawet 40 minut w kolejnym górskim etapie. Każdego dnia trzeba już myśleć o tym, co jutro.

Ważne jest, żeby nie wypruć się przez pierwsze dwa tygodnie i zostawić trochę sił na ostatni tydzień. W tym roku końcówka będzie bardzo mocna. Na pewno da popalić etap 19, z Passo di Gavia i Passo dello Stelvio, jednym z moich ulubionych podjazdów. Jest niesamowicie ciężki, obojętnie z której strony się go jedzie, a kręci się na nim z widokami na słynne serpentyny – naprawdę polecam. W tym roku dużą rolę mogą odegrać też czasówki. Jedna z nich jest pod górę, a druga nie dość, że liczy ponad 50 km, to ma podjazdy na małą tarczę, w tym podjazd na metę.

Jest 6-7 zawodników, którzy będą w tym roku walczyć o zwycięstwo. Najmocniejszym kandydatem wydaje mi się Nibali. Wigginsa trudno jest wyczuć, nie demonstruje tak swojej siły, ale ostatnio na Giro del Trentino był zawsze tam, gdzie trzeba było być. Trudno jednak porównywać 4-dniowy wyścig z Giro d’Italia, wszystko zweryfikuje szosa. Hesjedal był mocny w końcówce Liege-Bastogne-Liege, ale konkurencję będzie miał poważną. W zeszłym roku nie był wymieniany wśród faworytów, wyskoczył jak królik z kapelusza i wygrał, w tym roku też ktoś taki może się znaleźć. O Scarponiego jestem spokojny, wierzę, że Maglia Rosa jest w jego zasięgu. Będzie miał dobre wsparcie Lampre-Merida, a trzon naszej ekipy będą stanowić kolarze, którzy jechali na Giro del Trentino. Serpa jest mocny w górach, Durasek będzie dobry na pofałdowanych etapach, Ferrari pokazał w Romandii, że może powalczyć w sprinterskich finiszach o zwycięstwo. Pietropolli zdobył już na Giro wiele doświadczeń i będzie bardzo cenny dla ekipy. Stortoni i debiutant Cattaneo też są w stanie wnieść w drużynowy wysiłek wiele dobrego. Jest jeszcze Pozzato, który może chcieć się zrehabilitować po ostatnich mniej udanych startach. Co do mnie – jeśli będzie noga, trzeba będzie jechać z przodu, blisko czołówki. Z wykonania planu treningowego jestem bardzo zadowolony i czuję się optymalnie przygotowany do Giro.

Będziemy mieli też dodatkowe wsparcie, które schłodzi rozgrzaną wyścigiem głowę i pomoże w regeneracji. To krioterapia. Ciężarówka z odpowiednim sprzętem będzie z nami jeździć od etapu do etapu. Każdego dnia rano i każdego popołudnia po etapie czeka mnie 3-minutowa sesja w kriosaunie. Będzie to dla mnie nowość. Miło jest wiedzieć, że szefostwo Lampre-Merida tak o nas dba. Spraw do ogarnięcia podczas wielkiego touru jest mnóstwo, dlatego wszystkich osób z naszego sztabu będzie niemal dwa razy więcej niż nas – kolarzy. Znużenie swoją pracą na Giro mi nie grozi. Wpadam podczas wyścigu w taki rytm, że automatycznie wstaję, jem śniadanie, pakuję się, idę do autokaru i stawiam się na starcie etapu. Dziwnie jest po wyścigu, gdy budzę się rano i nagle okazuje się, że nie trzeba jeść makaronu na śniadanie. Swoją drogą, w trzecim tygodniu touru makaron rano nie bardzo już wchodzi. Odpowiednie posiłki na Giro to jednak podstawa, trzeba jeść dużo i dobrze.

Giro d’Italia to we Włoszech święto, cały kraj oddycha w rytm wyścigu. Wszędzie jest różowo, kwieciście, a całe szaleństwo jest świetnie zorganizowane. Wyjątkowa atmosfera udziela się także niektórym w Polsce. Mój znajomy kupuje w tym roku specjalnie na Giro nowy telewizor i bierze urlop, żeby dokładnie śledzić ostatni tydzień wyścigu. Oby maj dostarczył i jemu, i Wam wielu dobrych emocji. Zrobię wszystko, by pomóc je zapewnić”.

 

Źródło: przemyslawniemiec.blogspot.com