Nawet po pozornie łatwym etapie kolarze walczący o zwycięstwo w Giro d’Italia wyglądali na bardzo zmęczonych. Jednym z nich jest Cadel Evans, który dzieli się z kibicami swoimi spostrzeżeniami na temat tegorocznego Giro.

Na ostatnich kilometrach środowego etapu do Pejo Terme David Arroyo i Cadel Evans próbowali utrzymać się w pociągu ekipy Liquigas. Na końcowych metrach musieli mocno przycisnąć na pedały, aby złapać atakującego Michele Scarponiego. Na mecie Arroyo wyglądał jakby po raz drugi wjechał na Plan de Corones. Potrzebował nawet pomocy masażysty, aby dojść na podium.

Cadel Evans również musiał skorzystać ze swojej najwyższej mocy, ale wyglądał znacznie lepiej niż dzielny Hiszpan. – To wcale nie był etap tylko przenoszący nas z jednego miejsca w drugie. Na początku było szybko z powodu zjazdu, ale przez całą drogę wiatr był czołowy, co utrudniło złapanie ucieczki. Na początku podjazdu było trochę dziwnie. Działy się wszystkie możliwe rzeczy. Więcej energii traci się na wypracowanie sobie dobrej pozycji, niż na końcowych fragmentach etapu. Liquigas nadał solidne tempo uniemożliwiające jakiekolwiek ataki – powiedział kolarz z Antypodów.

– Nie czułem się dzisiaj szczególnie dobrze. Nie wiem jak czuli się inni, ale po etapach, które pokonywaliśmy ostatnio, dzisiejszy był naprawdę spokojny.

Po 17 etapach ścigania po wszelkiego rodzaju nawierzchniach, często w czasie złej pogody, Evans przyznaje, że tegoroczne Giro d’Italia jest niemal równie wymagające co Tour de France. – Trudnością tegorocznego Giro jest ilość naprawdę ciężkich etapów. Nawet pozornie proste odcinki były wymagające. Nie jest tak, że albo jedzie ucieczka, albo pracują ekipy sprinterów. Czasami robiło się gorąco przez wiatr, czasem z innych powodów. Było kilka ponad 200-kilometrowych etapów z rzędu. Nigdy nie ścigałem się tak długo w trzytygodniowym wyścigu – wyznał aktualny mistrz świata.

Kolarz BMC po raz kolejny porównał dwa największe wyścigi wieloetapowe: Tour de  France i Giro d’Italia. – Przypuszczam, że na Tourze prędkość jest nieco wyższa przez cały czas. Tutaj są momenty, kiedy jest trochę łatwiej i można przez parę minut się zrelaksować. Na TdF takich momentów jest mniej.

Evans zyskał dzisiaj 8 sekund nad swoim rodakiem Richim Portem (Saxo Bank), kiedy w końcowej fazie etapu skoczył na koło atakującemu Scarponiemu. Dzięki temu czwarty w generalce Cadel traci tylko 25 sekund do zajmującego trzecie miejsce Porte. Do Basso strata wynosi 41 sekund, a do liderującego wyścigowi Davida Arroyo 3:09.

Przed Hiszpanem z Caisse d’Epargne stoi wielka szansa na wygranie swojego pierwszego wielkiego Touru. Przeszkodzić mu mogą już tylko Ivan Basso i Cadel Evans, którzy ruszą do decydującego ataku na górzystych etapach do Aprici (piątek) i Ponte di Legno (sobota). Jeśli w tych dniach zabraknie im trochę czasu do Arroyo, to ostatnią ich szansą będzie ostatni etap – niedzielna jazda indywidualna na czas w Weronie.

Biorąc pod uwagę czas, który Arroyo tracił na poprzednich górskich odcinkach, wielu ludzi jest przekonanych, że walka o zwycięstwo w wyścigu rozegra się między Basso a Evansem. Sam zainteresowany nie zgadza się jednak z tym twierdzeniem i nie wyklucza, że David Arroyo zdoła utrzymać maglia rosa aż do Werony. – Tak długo jak Arroyo jest przed nami, walczymy o drugie, trzecie, czwarte miejsce – stwierdził Cadel Evans.