Czesław Lang, dyrektor Tour de Pologne, choć uprawiał i zajmuje się sportem zaliczanym do letnich igrzysk, z uwagą śledzi przebieg Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Sam jest dwukrotnym olimpijczykiem i zdobywca srebrnego medalu na igrzyskach w Moskwie (1980).

Oglądam i kibicuję, a jednocześnie podglądam organizatorów, bo przecież moim głównym zajęciem jest organizacja imprez sportowych – mówi Czesław Lang. – Patrząc na organizację igrzysk widzę sporo mankamentów. Przygotowując trasy, stadiony nie można zapominać o zawodnikach. Oni są najważniejsi. Oni są aktorami, którym ma służyć scenografia, otoczenie. Tymczasem okazuje się, że trasy, tory, areny zmagań często „nie trzymają” odpowiednich standardów. Komfort, sprawiedliwa rywalizacja, jednakowe warunki – to elementy, które muszą być przestrzegane, nawet kosztem pewnych przesunięć w programie. Igrzyska są raz na cztery lata. Presja medalu jest ogromna. Każdy ze startujących włożył ogrom pracy w przygotowania, na nich zwrócone są oczy wszystkich Polaków, a tymczasem trud ów niweczy pogoda, nieprzygotowany tor i inne rzeczy nienależne od sportowca. Nie podobają mi się też dążenia to dodatkowych ocen w różnych dyscyplinach. Sport powinien być jak najbardziej wymierny i czytelny dla widza. Sędziowie, mając nieraz istotne instrumenty w ręku, mogą taką rywalizację wypaczyć. Takich możliwości powinno być jak najmniej. Skoczył najdalej – wygrał. Mówię tu o skokach narciarskich, bo – porównajmy – czy w skoku w dal ktoś oceniał styl Boba Beamona?

– Czasy są takie, że liczą się medale – kontynuuje Czesław Lang. – Choć i dawniej tak bywało. W Moskwie sięgnąłem po srebrny medal – to wszyscy wiedzą i pamiętają, a o czwartym miejscu drużyny szosowej na tych samych igrzyskach, tuż za podium, nikt już nie wspomni. Cztery lata wcześniej drużyna torowa, której jechałem, zajęła miejsca 5-8, też blisko medalu… Dlatego gratuluję Justynie Kowalczyk i Adamowi Małyszowi i współczuję wszystkim tym, którzy stanęli tuż za podium.