Końcówka 68. edycji E3 Saxo Classic z pewnością na długo pozostanie w pamięci kibiców. Samotnie uciekający przez wiele kilometrów Mathieu van der Poel został praktycznie dogoniony na 1000 metrów przed metą, a gdy wydawało się, że 4-osobowa pogoń schwyta Holendra, ta rozjechała się i praktycznie oddała zwycięstwo w wyścigu. Jak tłumaczyli się zawodnicy, którzy przegrali walkę o triumf?
Za nami naprawdę piękna edycja E3 Saxo Classic. Belgijski wyścig generował olbrzymie emocje, a losy zwycięstwa ważyły się aż do ostatnich metrów wyścigu. Przez kilkadziesiąt kilometrów na czele kręcił co prawda główny faworyt, czyli Mathieu van der Poel (Alpecin-Premier Tech), ale z czasem Holender zaczął słabnąć, a Florian Vermeersch (UAE Team Emirates-XRG), Per Strand Hagenes (Team Visma | Lease a Bike), Stan Dewulf (Decathlon CMA CGM Team) i Jonas Abrahamsen (Uno-X Mobility) zbliżali się do niego i praktycznie go schwytali. Końcówka bez wątpienia przejdzie do legendy, bowiem czwórka mając rywala na widelcu rozjechała się, a Mathieu van der Poel sięgnął po 3. z rzędu zwycięstwo w E3 Saxo Classic.
The final km of today's E3 should be watched with Benny Hill's theme, so ridiculous. 🙈🤣 If Mathieu really stopped pedalling for one second on purpose so the others think he gave up and then he kept pushing, it was a 200+ IQ move.#E3SaxoClassic pic.twitter.com/4Iab25SHXk
— Mihai Simion (@faustocoppi60) March 27, 2026
Po wyścigu Mathieu van der Poel opowiedział, że ten sukces był dla niego jednym z najbardziej bolesnych w karierze – Holender nie pamięta, czy kiedykolwiek w przeszłości włożył aż tyle sił w to, by sięgnąć po końcowy triumf. Patrząc na przebieg wyścigu takie słowa nie mogą dziwić, albowiem 31-latek w końcówce faktycznie wyglądał na skrajnie wykończonego. Ciekawić może jednak to, co do powiedzenia mieli zawodnicy z grupy, która go goniła, a która na ostatnim kilometrze oddała zwycięstwo bez walki. Rozpocznijmy od 2. na mecie Pera Stranda Hagenesa.
Myślę, że drugie miejsce to dla mnie dobry wynik. Kiedy widzisz, że wciąż jesteś tak blisko, naturalnie masz nadzieję, że będziesz w stanie powalczyć o zwycięstwo. Ostatecznie jednak nikt nie chciał załatać tej niewielkiej luki – to się zdarza, tak czasem wygląda ściganie. Myślę, że pokazałem już dobry poziom. Czasami po prostu zdarza się. Nie ma co kryć – Florian Vermeersch chciał, żeby to Jonas Abrahamsen dał jeszcze jedną zmianę, ale on nie chciał tego zrobić. Ja też nie chciałem, bo dzięki temu zachowałem siły, by zająć 2. miejsce. Dla mnie to naprawdę świetny wynik
— opowiadał 22-letni Per Strand Hagenes.
3. miejsce zajął Florian Vermeersch, który również nie miał sobie wiele do zarzucenia. To kolarz UAE Team Emirates-XRG był bowiem tym, który napędzał pogoń, a to właśnie po jego zmianie ta się rozjechała. Ciężko zatem byłoby oczekiwać, że 27-letni Belg dowiezie pozostałą trójkę na finisz za swoimi plecami, choć finalnie decyzja o próbie wymuszenia zmiany na rywalach okazała się być fatalna w skutkach.
Co mam powiedzieć – nagle współpraca skończyła się. Pomyślałem, że nie mogę dać z siebie wszystkiego, by inni mnie objechali. Już wolałem pozwolić Mathieu odjechać nam. Została nam walka o 2. miejsce? Trudno. To są wyścigi. Nie jestem zły na moich współuciekinierów, każdy grał w swoją grę. Szkoda mi tylko tego, że czułem, że stać mnie na więcej. Miałem gumę w kluczowym momencie. Bez niej wyścig mógł wyglądać inaczej, choć jestem daleki od powiedzenia, że pojechałbym za Mathieu. Może po prostu wówczas miałbym ciut więcej energii w kluczowych momentach. Koniec końców jednak udało mi się wywalczyć miejsce na podium, nie jest źle, choć od zawsze powtarzam, że ścigam się, żeby wygrać. Chciałbym kiedyś być o 2 miejsca wyżej w wynikach
— jasno deklarował Florian Vermeersch.
4. miejsce w wyścigu zajął za to Stan Dewulf (Decathlon CMA CGM Team), którego obecność w czołówce mogła być pewną niespodzianką. 28-letni Belg był bowiem uczestnikiem ucieczki dnia, a gdy ją skasowano, udało mu się utrzymać z najlepszymi zawodnikami. Ten jednocześnie podkreślał, że w końcówce nie dał zmiany, bo po prostu miał już absolutnie dość wszystkiego i brakowało mu energii.
Chciałem znaleźć się we właściwej ucieczce i to mi się udało. Gdy jednak ruszałem do przodu nawet w najmniejszym stopniu nie marzyłem o tym, że będziemy jechać na czele tak długo. Dawno nie miałem okazji pokazać się ze swojej najlepszej strony w północnych klasykach, więc bardzo mnie cieszyło, że teraz nadarzyła się taka okazja. Dzień był ciężki, w pewnym momencie była to dla mnie walka o przetrwanie, ale koniec końców mogę się pochwalić tym, że byłem ostatnim zawodnikiem, który towarzyszył Mathieu van der Poelowi, nim ten ruszył na solo. Dla mnie dalsza część wyścigu była niezwykle bolesna, miałem dość, brakowało mi sił, energii. Gdybym był w stanie, ruszyłbym w końcówce, ale po prostu nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej w finale
— mówił Stan Dewulf.
Z jednej strony można zatem spojrzeć na finał 68. edycji E3 Saxo Classic poprzez pryzmat tego, że czteroosobowa pogoń popełniła kardynalny błąd i w bardzo głupi sposób odebrała sobie szansę na końcowe zwycięstwo. Gdy jednak spojrzymy na sytuację poszczególnych zawodników można zrozumieć, co kierowało każdym w nich – w pewnym momencie grupie zabrakło po prostu wspólnego interesu, a wyjście na tą kluczową zmianę, która pozwoliłaby dogonić Mathieu van der Poela, byłaby jednocześnie niejako wypisaniem się z walki o triumf pod tym kątem, że nogi mogłyby nie pozwolić na jeszcze jeden zryw. Jest w tym jakaś logika, choć zawsze pozostanie pytanie, czy warto z rozsądku świadomie zdecydować, że się nie wygra?









Jak oni mogli to przegrać to się nie dzieje
Żałosna wypowiedź i zachowanie zawodnika Jumbo. Vermeerscha już mogę zrozumieć, nie będzie się pompował dla innych, chociaż myślałem, że jednak jest bardziej ambitny. Van der Poel oczywiście kozak, nie tylko za ucieczkę i moc, ale za walkę do końca. Samego końca, prócz Pogiego to jedyny, dla którego meta jest na kresce i który potrafi wyjechać się do całkowitego zera.
Jak dla mnie tradycyjnie zawodnik Visma nie chce pracować, by potem wyskoczyć z koła na linii… To już chyba norma, że nie współpracują.
Zabawna sytuacja ale nic ponadto – takie rzeczy są przecież na porządku dziennym. Nikt nie chce się podkładać pod innych, mimo, że wszyscy wiedzą jak to się skończy. Racjonalizowanie po wyścigu (albo „z kanapy”) nie ma większego sensu, bo na samym wyścigu biorą górę zupełne inne emocje. Poza tym wbrew powtarzanej mantrze, że w „kolarstwie liczy się tylko zwycięzca”, podium też się liczy – nie każdy miał tyle szczęścia w życiu jak Pogaczar czy inny MvdP, że może sobie gardzić każdą inną lokatą.
Czterech chłopa nie mogło dogonić jednego. Każdy bał się wyjść na zmianę, bo mogłaby się okazać ostatnią w życiu. VDP to jednak koń! Jak za nim nie przepadam, to jednak muszę uznać jego wielkość.