Kolarscy fani pałają miłością do zawodników opierających swoją jazdę na instynkcie, a nie chłodnej kalkulacji. Uwielbiają spontanicznie − lub przynajmniej wyglądające na takie − ataki i widowiskowe szarże. W ramy kolarza romantycznego w tegorocznej Vuelcie doskonale wpisuje się Pablo Castrillo. Młody Hiszpan z Equipo Kern Pharma ma już na swoim koncie dwa etapowe triumfy i tysiące zakochanych w nim kibiców.
Kto by pomyślał, że „dzielny Hiszpan” Pablo Castrillo, tak chętnie zabierający się w odjazdy w pierwszych dniach Vuelta a España, stanie się jedną z największych gwiazd rodzimego wyścigu. Z niepozornego uciekiniera, solidnie spisującego się w górzystym terenie, kolarz Equipo Kern Pharma zamienił się w objawienie hiszpańskiego wielkiego touru, a o jego usługi już teraz zabiegają najlepsze ekipy na świecie.
Piękna historia Castrillo zaczęła się wraz z odważnym atakiem na podjeździe pod Manzanedę. Wykorzystał tam niezdecydowanie grupy pościgowej i odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w karierze, będące zarazem historycznym triumfem dla jego ekipy, która w Vuelta a España startuje po raz drugi. Wygraną zadedykował zmarłemu dzień wcześniej założycielowi zespołu, Manolo Azconie. Dla 23-latka, mającego przed sobą całą karierę, taki triumf był spełnieniem marzeń i otwarciem drzwi do World Touru.
Zanim oficjalnie wkroczył na kolarskie salony, musiał skupić się na dokończeniu Vuelty − w jak najlepszym stylu. Zrelaksowany, bez większej presji przystępował do kolejnych etapów, w tym do niedzielnego odcinka z metą na piekielnie trudnej ścianie Ciutu Negru. Ikoniczny podjazd był łakomym kąskiem dla uciekinierów, ale każdy z zawodników, którzy po długiej walce znalazł się w całkiem sporym odjeździe, wiedział, że na etapową wygraną mogą liczyć także faworyci klasyfikacji generalnej.
− Po prostu chciałem znaleźć się w ucieczce i w zasadzie nie zużyłem dużo sił, by to zrobić. Czułem się zrelaksowany, bo miałem już zwycięstwo etapowe i wiedziałem, że faworyci mogą dopaść nas w każdej chwili
− opisywał Pablo Castrillo, który ponownie wykorzystał swój instynkt i znalazł się w odpowiednim odjeździe.
Ciężkie podjazdy w połączeniu z nawarstwiającym się zmęczeniem powodowały selekcję w prowadzącej grupie. Z każdym kolejnym wzniesieniem z przodu zostawało coraz mniej kolarzy − wielkie, worldtourowe nazwiska, jak Pavel Sivakov i Aleksandr Vlasov, a także Pablo Castrillo. Już nie tak niepozorny, jak trzy dni wcześniej. Wytrawni górale musieli liczyć się z Hiszpanem, który praktycznie cały czas jechał na ostatniej pozycji, czekając na swój moment.
Ten nadszedł na samym początku najstromszego odcinka podjazdu pod Ciutu Negru. Z ułańską fantazją wystrzelił do przodu tak, jakby meta była tuż, tuż. 3 kilometry w perspektywie całego etapu to co prawda niewiele, ale wijąca się we mgle szosa wydawała się nie mieć końca. Pablo Castrillo odjechał rywalom i przez chwilę miał ponad 10 sekund przewagi. W okolicach finałowego kilometra dołączył do niego Aleksandr Vlasov − jeden z najlepszych górali w peletonie. Hiszpan się go jednak nie przestraszył.
− Vlasov zbliżył się do mnie na łatwiejszym fragmencie ostatniej stromej części, ale gdy zobaczyłem jego twarz, widziałem jak cierpi. Wiedziałem, że muszę ponownie zaatakować i mieć nadzieję, że odjadę. Wiedziałem, że mam szansę go zgubić
− relacjonował.
Jak pomyślał, tak zrobił. Zaatakował i ponownie dał z siebie 110%. Zakosami pokonywał strome stoki wspinaczki, ale jego najwięksi rywale byli jeszcze bardziej zmęczeni. Na mecie Pablo Castrillo starczyło sił na wielki wybuch radości − taki sam, jaki poznaliśmy kilka dni wcześniej na Manzanedzie.
− Brak mi słów. Wygranie drugiego etapu, na takiej wspinaczce i z tak wymagającymi rywalami to coś niesamowitego. Po raz kolejny dedykuję zwycięstwo Manolo, całej drużynie i mojej rodzinie. Nie zapomnę tego do końca życia. Byłem więcej niż usatysfakcjonowany zdobyciem jednego etapu, wszystko inne to bonus. Tym razem starałem się zaatakować bardziej zdecydowanie, nie obawiając się o to, co dzieje się za mną. Próbowałem naciskać na pedały najmocniej jak to możliwe i myślę, że pomogło mi to zrobić różnicę. Nie sądziłem, że mogę wygrać na tak mitycznej górze przeciwko Sivakovowi i Vlasovowi
− wyjaśniał Pablo Castrillo. Młody Hiszpan był pod wrażeniem towarzystwa, w jakim znalazł się na najtrudniejszym odcinku 15. etapu Vuelty. Sam przyznał, że w ciemno wziąłby trzecie miejsce.
− Utrzymanie się z nimi i dojechanie na trzeciej pozycji byłoby świetne. Manzaneda była niewiarygodna. To jest jak sen
− zakończył Pablo Castrillo, który z pewnością nie chciałby się z niego obudzić. Kto wie, jeśli nikt go nie uszczypnie, być może w trzecim tygodniu Vuelty popisze się kolejną szarżą?










co za typ!! uwielbiamy takich zawodników
Super artykuł, ten etap był tak niesamowity, że można o nim czytać i oglądać finisz bez końca.