fot. PhotoNews

Mark Cavendish przebił dziś rekord Eddy’ego Merckxa w liczbie wygranych etapów Tour de France. Ten rekord podkreśla to, czego trudno nie zauważyć – “Cav” jest wielkim sprinterem. Być może jednak jeszcze lepiej jego najważniejsze cechy podkreśla inny rekord – między jego pierwszym, a ostatnim (jak na razie!), zwycięstwem w Wielkiej Pętli minęło bowiem aż 16 lat. Żaden kolarz nie może pochwalić się podobnym osiągnięciem, ale nie ma w tym nic dziwnego. Mało który kolarz pokonywał kryzysy z takim uporem, jak on. 

Jest wielu kolarzy, których kojarzy się z kolarską długowiecznością. Raymond Poulidor najpierw rywalizował z będącym u szczytu sławy Jacquesem Anquetilem, by następnie przetrwać całą erę Eddy’ego Merckxa i jeszcze na koniec zająć trzecie miejsce w pierwszej Wielkiej Pętli po jej zakończeniu. Historia Gino Bartalego chwyta za serce. On już w wieku 22 lat zaczął swoje pasmo sukcesów w Tour de France, niedługo później najlepsze lata odebrała mu II wojna światowa, ale on wrócił i już po jej zakończeniu drugi raz wygrał ten wyścig. 

Zresztą, historia Jeana Alavoine’a – dotychczasowego rekordzisty, jest bardzo podobna do historii Włocha. Jego zmartwienia związane z I wojną światową nie kończą się na tym, że nie mógł kontynuować kariery, którą rozpoczął na dobre wygrywając w 1909 roku swój pierwszy etap Tour de France. On w trakcie Wielkiej Wojny stracił brata, który zginął w katastrofie lotniczej. Na szczęście po wszystkim zdołał się pozbierać i na francuskich szosach błyszczał jeszcze przez wiele lat, ostatnie zwycięstwo etapowe w Wielkiej Pętli odnosząc w 1923 roku.

Od dziś jednak najbardziej długowiecznym kolarzem w historii Tour de France nie jest jednak żaden z nich, a Mark Cavendish. Wiele było momentów, które wydawały się idealne do tego, by zakończyć karierę, ale on nie zamierzał rezygnować. Za wszelką cenę chciał pobić ten rekord Eddy’ego Merkckxa. Udało się, a przy okazji pobił także inny. Okres między pierwszym, a ostatnim zwycięstwem w Tour de France u nikogo nie trwał tak długo, jak u niego. Tak wygląda czołówka tej klasyfikacji:

  • Mark Cavendish – 16 lat
  • Jean Alavoine – 14 lat
  • Gino Bartali – 13 lat
  • Louis Mottiat – 13 lat
  • Rene Vietto – 12 lat
  • David Millar – 12 lat
  • Raymond Poulidor – 12 lat
  • Lucien Van Impe – 11 lat
  • Andre Darrigade – 11 lat
  • Gerben Karstens – 11 lat
  • Cedric Vasseur – 10 lat
  • Ferdinand Bracke – 10 lat
  • Joaquim Agostinho – 10 lat
  • Jean Stablinski – 10 lat
  • Richard Virenque – 10 lat

Talent z “Solidarki”

– Gdy przyjechał do Polski, nikt go tutaj nie znał. To była wielka niespodzianka, pamiętam, że on sam był zaskoczony tym swoim sukcesem. Wtedy jednak nie uważaliśmy go za żaden wielki talent. A już na pewno nie sądziliśmy, że wygra 35 etapów Tour de France – mówił nam Włodzimierz Rezner, gdy zadzwoniliśmy do niego tuż po tym, jak Cavendish wypełnił najważniejszą misję w swojej karierze. Legenda polskiego dziennikarstwa była na mecie wtedy, gdy Brytyjczyk odnosił swoje pierwsze zawodowe zwycięstwo, wygrywając w Kielcach 3. etap Wyścigu Solidarności (co ciekawe, dzień wcześniej zatriumfował… Laurens Ten Dam).

Okazało się jednak, że Mark Cavendish szybko nabrał rozpędu. Owszem, w 2006 roku nie dodał do swojego dorobku już żadnego zwycięstwa, ale już w kolejnym sezonie pokonał światową czołówkę sprinterów podczas Scheldeprijs, zaś w 2008 roku wygrał 4 etapy Tour de France. Stał się twarzą Team Columbia (później HTC) być może najlepszego sprinterskiego zespołu, jaki kiedykolwiek powstał. Mark Cavendish i Andre Greipel – w latach 2008-2009 roku sam tylko ten duet potrafił uzbierać odpowiednio ponad 30 i 40 zwycięstw. A gdy doda się do tego wcale nie pojedyncze sukcesy takich kolarzy jak Edvald Boasson Hagen czy Gerald Ciolek, to łatwo domyślić się, skąd wzięły się niesamowite liczby tamtej ekipy. 82 zwycięstwa z 2008 roku i 86 z 2009 to wyniki, których do dziś nie udało się przebić nawet fantastycznej jeszcze niedawno “Watasze” Patricka Lefevere’a.

Cavendish był twarzą tamtego zespołu, a jego pociąg, którego twarzami byli Mark Renshaw i Bernie Eisel, przez lata był wzorem dla innych ekip. O tym, jak duże wrażenie robił ten zespół najlepiej niech świadczy fakt, że doczekał się nawet swojego osobnego rozdziału w książce “Tour de France. Etapy, które przeszły do historii”. Nic więc dziwnego, że Cavendish z taką pomocą sięgał po kolejne sukcesy. Gdy wygrywał pierwsze etapy Tour de France miał 23 lata. Jako 24-latek miał ich już ich 10, a do tego zwycięstwo w Mediolan-San Remo. 

Nawet jeśli Mark Cavendish nie był złotym dzieckiem, to z pewnością był złotym chłopcem sprintu. Rok temu żyliśmy czterema zwycięstwami Jaspera Philipsena podczas jednej edycji Tour de France. Fakt, to wielkie osiągnięcie, ale całkowicie niknie przy tym, co wyprawiał w barwach HTC Mark Cavendish. Tylko na to spójrzcie:

  • Tour de France 2008 – 4 zwycięstwa
  • Giro d’Italia 2009 – 4 zwycięstwa
  • Tour de France 2009 – 6 zwycięstw
  • Tour de France 2010 – 5 zwycięstw
  • Vuelta a Espana 2010 – 4 zwycięstwa
  • Tour de France 2011 – 5 zwycięstw

Tak, patrząc na Marka Cavendisha aż chciało się powiedzieć: “Mark, daj spokój, oni mają 14 lat!”. I być może faktycznie ktoś mu czasem tak mówił podczas Giro d’Italia, bo w tym wyścigu szło mu niekiedy trochę słabiej. W 2008 wygrał tam “zaledwie” 2 etapy, a dwa lata później trzy.

Wygnany z raju

HTC Highroad było dla sprinterów prawdziwym rajem, jednak wszystko się kiedyś kończy. Sezon 2011 okazał się ostatnim w historii tej ekipy, ponieważ nie udało jej się znaleźć sponsora na nowy sezon. I nic w tej kwestii nie zmieniło nawet mistrzostwo świata Marka Cavendisha – nie mogło, ponieważ decyzja o jej zamknięciu została podjęta już w sierpniu, a więc miesiąc przed największym wówczas sukcesem w karierze “Rakiety z Wyspy Man”. 

Cavendish trafił więc do Team Sky. Niby wrócił do siebie – zespół był nie amerykański, jak HTC, tylko brytyjski, a on wrócił do kraju z Włoch, gdzie mieszkał przez kilka poprzednich sezonów. Nietrudno było jednak zauważyć, że wcale nie czuje się tam jak w domu. Wygrywał mniej niż w czasach HTC – w Giro d’Italia i Tour de France wygrywał “tylko” po trzy etapy, ale przede wszystkim czuł, że nie jest tam postacią numer jeden.

Jeśli wierzyć komunikatowi prasowemu Team Sky, bardzo cieszył się na przyjście do nowego zespołu – Mamy niesamowitą przewagę, jeśli chodzi o zaplecze – chwalił. Jednak już po sześciu miesiącach, w sierpniu Bradley Wiggins pytany był przez dziennikarzy nie o to, “czy”, ale “dlaczego” Cavendish chce odejść. I wcale nie krył się z odpowiedzią –  Budujemy teraz zespół, który ma walczyć w klasyfikacji generalnej i to jest niekorzystne dla Marka. W takiej konfiguracji nie możemy razem jeździć efektywnie, tzn. tak, aby obie strony mogły się realizować – tłumaczył.

“Starzeję się” – tak Mark Cavendish mówi już w 2013 roku!

W efekcie Cavendish trafił do Quick-Stepu, ale tam również nie był w stanie odtworzyć tego, co robił w barwach HTC. Owszem – zaczął wspaniale, od pięciu zwycięstw w Giro d’Italia, ale później nie było już tak dobrze. Jeszcze w tym samym roku przyjechał na Tour de France jako główny faworyt płaskich finiszów, ale nie udało mu się potwierdzić, że to właśnie on jest najlepszym sprinterem na świecie. Tour de France 2013 to bowiem nie tylko pierwsze zwycięstwo Christophera Froome’a w klasyfikacji generalnej, ale również narodziny gwiazdy Marcela Kittela.

Cavendish wygrał dwa razy – Kittel zrobił to aż czterokrotnie. Prawdopodobnie to właśnie postawa lśniącowłosego Niemca – młodszego od Brytyjczyka o zaledwie 3 lata, miała największy wpływ na to, że ten w przerwie międzysezonowej udzielił wywiadu, w którym stwierdził – Czuje się coraz starszy. Nie mam już w nogach takiej samej mocy, jaką dysponowałem wcześniej. Wygląda na to, że muszę przed sezonem mocniej skoncentrować się na treningu. – przyznacie chyba, że nie brzmi to jak słowa człowieka, który za 11 lat wygra 35. etap Tour de France, prawda?

A najlepsze jest to, że przez kolejne dwa lata jego słowa zdawały się potwierdzać. Rok później Marcel Kittel wygrał 5 etapów, a on ani jednego, choć całkowicie skupił się na Tour de France. Po dwóch miesiącach znów Wielka Pętla była jego jedynym wielkim tourem, a efekt był tylko niewiele lepszy – jedno zwycięstwo etapowe. Oczywiście, niejeden sprinter dałby się za taki występ pokroić, ale dla “Cava” było to za mało. Dla zespołu również, więc strony się pożegnały, a Patrick Lefevere wziął w jego miejsce Marcela Kittela. Cavendish zaś przeszedł do Dimension Data. – Myślę, że kolejna zmiana nie tylko da nam poczuć nową atmosferę, ale i odbudować się mentalnie – te słowa Marka Renshawa, jego rozprowadzającego, który wraz z nim obrał kierunek na Afrykę, dość dobrze oddawały nastroje w obozie dzisiejszej legendy.

Pierwszy wielki powrót

Mark Cavendish miał więc zaledwie 30 lat, kiedy po raz pierwszy wykonał ruch, który mógł wyglądać na rzucenie broni i przedwczesne przejście na emeryturę. Owszem – wciąż zapewniał, że dalej wierzy w pobicie rekordu Merckxa, ale czy jeszcze niedawno podobnych deklaracji, w nieco innej materii, nie składał Chris Froome? Sprinter przechodził do zespołu nieotrzaskanego na najwyższym poziomie – jeszcze rok wcześniej Dimension Data było drużyną prokontynentalną, znaną bardziej jako ciekawostka, dowód na to, że da się zbudować niezłą ekipę złożoną w większości z afrykańskich kolarzy.

Jeśli jednak była to emerytura, to na pewno w bardzo miłym towarzystwie. Cavendishowi stworzono drużynę marzeń. Edvald Boasson Hagen, Mark Renshaw czy Bernie Eisel – dzięki tej czwórce Brytyjczyk mógł się poczuć, jakby znów był kolarzem HTC. Jego nowy-stary pociąg na finiszach, choć niezły, bywał zawodny. “Nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki” – mówił Heraklit z Efezu i tu jego słowa znalazły swoje potwierdzenie. Po Renshawie i Eiselu widać było upływ czasu. Choć ułatwiali mu zadanie, to Cavendish musiał się wysilić zdecydowanie bardziej, by wygrać.

Na szczęście sam wyglądał, jakby był o 5 lat młodszy i w efekcie Marcel Kittel w koszulce Quick-Stepu mógł tylko patrzeć, jak Cavendish sięga po cztery zwycięstwa etapowe podczas Tour de France. Brytyjczyk znów był wielki i nawet dokonał tego, co nie udało mu się nigdy wcześniej – dzięki zwycięstwu na pierwszym etapie został liderem Tour de France. Z ośmiu zwycięstw, których brakowało mu do wyniku Eddy’ego Merckxa przed tamtym wyścigiem, zostały mu już tylko cztery. Wystarczyła jeszcze jedna, ostatnia bardzo udana edycja, by osiągnąć upragniony sukces. Żaden problem? No, niestety – nie do końca.

Pasmo niepowodzeń

Kolejny sezon Cavendish znów zaczął całkiem udanie – fakt, nie udało mu się wygrać ani jednego etapu w świetnie sprintersko obsadzonym Dubai Tour, ale już trzy tygodnie później, podczas Abu Dhabi Tour był najszybszy, choć musiał rywalizować z Marcelem Kittelem, Andre Greipelem i Calebem Ewanem. 

Niestety, później było już tylko gorzej. Kampania włoska zakończyła się klęską. W Tirreno-Adriatico nawet nie wziął udziału w żadnym finiszu. W Mediolan San-Remo zajął 101 miejsce. Już po miesiącu okazało się, że lekarze znaleźli przyczynę – wirus Epsteina-Barr. – Może wrócę za 10 dni, może za rok… – mówił w połowie maja, gdy nieuchronnie zbliżało się Tour de France.

Niestety, było o wiele gorzej. Owszem, wystąpił w Tour de France, ale niestety bez formy sprzed roku. Sam mówił przed wyścigiem, że na jakiekolwiek zwycięstwo może liczyć tylko dzięki szczęściu – tymczasem we Francji spotkał go wyłącznie pech. Starcie z Peterem Saganem na jednym z pierwszych finiszów zakończyło się dla niego wizytą w szpitalu, błyskawicznym wycofaniem z wyścigu i rozpoczęciem bardzo długiej tułaczki.

Skutki tamtej kraksy przestał odczuwać szybko – niestety skutki wirusa chodziły za nim jeszcze przez bardzo długi czas. Nie przez 10 dni, nie przez miesiąc, nawet nie przez rok, a przez okrągłe cztery lata. Nic nie pomagało – nawet transfer do Bahrain-McLaren, którego technologie wzięte żywcem z Formuły 1 miały być sposobem na powrót do seryjnego wygrywania. Zamiast tego było coraz gorzej. Jeśli przedostatni sezon dla Dimension Data był skrajnie nieudany, a ostatni koszmarny, to słów na nazwanie sezonu w Bahrainie po prostu brakuje. 

Najlepszy występ zanotował podczas… Tour de Pologne, gdzie dwa razy zameldował się w drugiej dziesiątce etapów. Tak, to było to Tour de Pologne, z którego wskutek kraksy szybko zniknęła blisko połowa sprinterów. Punkt kulminacyjny tamtego sezonu mieliśmy 11 października. To właśnie wtedy, chwilę po zakończeniu Gandawa-Wevelgem Mark Cavendish zalał się łzami przed kamerami Sporzy i zdołał wyksztusić tylko: “To był mój ostatni wyścig”.

Coroczne przedłużanie kariery

Zdecydowanie nie był – nie tylko dlatego, że jeszcze w tamtym sezonie zdążył wystartować w Scheldeprijs, Ronde van Vlaanderen i Brugge-De Panne. Tamte słowa Cavendish wypowiadał jako zawodnik bez kontraktu na przyszły sezon i te trzy wyścigi – dwa nieukończone i trzeci zakończony na 16. miejscu od końca nie mogły kogokolwiek przekonać do tego, że jednak warto na niego postawić. A jednak – znalazła się osoba, która się na to odważyła.

Nie, nie był to Dariusz Banaszek, choć jego Mazowsze Serce Polski, pół żartem, pół serio (choć zdecydowanie bardziej żartem) zgłaszało taką chęć na swoim Twitterze. I wydawać się mogło, że to właśnie tam Cavendish pasowałby ze swoją formą lepiej, niż do jakiegokolwiek zespołu World Touru. A już na pewno bardziej niż do Quick-Stepu, zdecydowanie najlepszej ekipy, do jakiej mógł wówczas trafić sprinter.

Na początku były zaprzeczenia. Patrick Lefevere w różnych wywiadach tłumaczył: “Nie jestem Jezusem Chrystusem, który może zamienić wodę w pieniądze”. A jednak później zdarzył się cud – a raczej seria cudów – być może nawet większych, niż zamiana wody w pieniądze. Najpierw było ogłoszenie transferu do Deceuninck-Quick Step, później splot niesamowitych okoliczności, który doprowadził do tego, że Cavendish znalazł się w składzie na Tour de France, a następnie 4. zwycięstwa po czterech typowo sprinterskich etapach i wyrównanie rekordu Eddy’ego Merckxa.

Sukces etapowy na Polach Elizejskich, przebicie wyniku “Kanibala” i zakończenie kariery – dla wielu brzmi to jak idealny scenariusz. Rzeczywistość przygotowała inny. W stolicy Francji lepsi okazali się Van Aert i Philipsen. Kariera Brytyjczyka została przedłużona zatem o rok. W 2022 znów był świetny – wygrał etap Giro d’Italia, ale to nie pozwoliło mu wygrać wewnętrznej rywalizacji z Fabio Jakobsen. To on pojechał na Wielką Pętlę, a rozczarowany Brytyjczyk długo nie mógł znaleźć nowej drużyny i dopiero w styczniu rękę wyciągnęła do niego Astana.

Teraz już niemal wszyscy kibicowali Cavendishowi, który u szczytu kariery wcale nie należał do sprinterów najbardziej uwielbianych przez innych kolarzy i kibiców. Gdy w maju wygrywał ostatni etap Giro d’Italia, rozprowadzał go Geraint Thomas, a z jego zwycięstwa cieszył się cały peleton. Ludzie płakali, gdy kilka tygodni później najpierw niewiele zabrakło mu do triumfu w Bordeaux, a dzień później musiał się wycofać z wyścigu – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami ostatnim w jego karierze. Wreszcie – znów łzy, tyle że szczęścia, pojawiły się na wielu policzkach wczoraj – gdy w końcu dopiął swego i pokonał nawet Jaspera Philipsena. 

Obrazek, który oglądaliśmy niedługo później – kolejki kolarzy ustawiających się do tego, by pogratulować 38-letniemu sprinterowi, który już 11 lat temu miał mieć swój najlepszy okres za sobą, był być może najbardziej wzruszającym w całej historii Tour de France. Szesnaście lat po swoim pierwszym zwycięstwie, Mark Cavendish wciąż jest wielki i będzie już zawsze, nawet jeśli nie wygra już ani razu!

Poprzedni artykułTour de France 2024: Jasper Philipsen relegowany za nieprzepisowy sprint
Następny artykułTour of Austria 2024: Brandon Rivera wygrywa, Rafał Majka 8. Godzinna neutralizacja tuż po starcie
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Salazar
Salazar

Piękne opowiadanie, piękna historia.
 
Znamienne, że na liście rozpiętości czasowej zwycięstw, gdzie lideruje Cav (16lat) nie ma współcześnie znanego nazwiska (dla młodych). To obrazuje chyba, że dziś jest dużo szybsza rotacja talentów niż kiedyś. Przychodzi taki Kittel, wygrywa jak chce na TdP, później na TdF, wydaje się, że tak długo będzie trwał, a tu proszę: już go nie ma. Wypalił się, zrezygnował.

W tym współczesnym coraz szybszym wyścigu, który mentalnie przeradza się w wyścig szczurów – już inne młode wilczki czekają na swoją kolej a technologia (jakkolwiek ją zwał) doda wilczkom supermocy, aby na chwilę wystrzelili w górę zanim ktoś bardziej wyśrubowany nie wystrzeli wyżej i szybciej.

Przy takiej tendencji coraz szybszej rotacji, wejście do owej listy rozpiętości czasowej, dla współczesnych liderów będzie bardzo trudne.

Patsi
Patsi

Świetnie napisane, historia obłędna, super że mogłem to oglądać